
LII.
Pogrzeb dwudziesty szósty, krótki ponieważ nie ma nad czym się
rozwodzić. Wszystko przygotowanie było perfekcyjnie. Rodzina trzeźwa,
kochankowie odsunięci na przepisową odległość dziesięciu kilometrów,
ścieżki dojazdowe do grobowca świeciły się jak przysłowiowe psu
jaja.
Brakowało tylko jednego, entuzjazmu z którym orszak mógłby ruszyć. Nie było
w tym jednak nic dziwnego, ponieważ ojciec dziewczyny mające za kilka chwil
przywitać się z wiecznością nie za bardzo miał ochotę w taką pogodę plątać
się po nieosłoniętych alejach narażając na przeziębienie.
- Nie po to wychowałem ją prawie na człowieka, by teraz dostać grypy z hon-kongu,
na dodatek pewnie z powikłaniami - biadolił.
- Ależ z ciebie debil, przecież po porodzie widziałeś ją nie więcej jak cztery
ra-zy, a i to po pijanemu - matka dziewczyny nie zważając na tak zwaną sytuację
rodzinną mówiła co myślała.
- Że też ojczym podkusił mnie taką wywłoką, w tych czasach tak zwanej wolnej
miłości mogłem przebierać...
....w celach, bez ograniczeń.
Na chwilę zapadło kłopotliwe milczenie przerwane jednak po chwili propozy-cją
dalekiego kuzyna, czy może jednak nie strzelić by po jednym ?
Jak postanowili tak uczynili. Ojciec chowanej nie zważając na okoliczności
wyjął papierosa, zapalił i rozejrzał po najbliżej stojących.
- Prawie nikogo nie znam - powiedział jakby z rozbawieniem. Że nie znam żony
i teraz już nieżyjącej córki to w pewien sposób zrozumiałe, ale żeby nie znać
ich przyjaciół ?
Usiłował powstać, ale szybko z tego pomysłu zrezygnował. W zamian posłał po
księdza.
Kiedy ten nachylił się nad jego uchem skruszony ojciec zapytał : jaka ona była
?
Ksiądz wyraźnie się zmieszał, raz, że nie znał jej zbyt dobrze, dwa iż pieniądze
które wczoraj wpłynęły na jego konta za uroczystości pogrzebowe już zdążył
przegrać w kasynie.
- Całkiem przyzwoita, religijna i subtelna młoda dama - burknął.
- Pieprzy ksiądz, w takim przypadku nie mogła być moją córką. Nie ma takiej
możliwości.
- Ależ proszę pana ! - zaprotestował ksiądz - przeze mnie przemawiają słowa
Stwórcy, jak może je pan w tak ordynarny sposób kwestionować ?
Mężczyzna zastanawiał się przez chwilę. W końcu zapytał :
- Czy jak zgaszę papierosa w doniczce tej pięknej paproci popełnię grzech ?
- W pewnym sensie - odpowiedział zmieszany ksiądz, który akurat w tego ro-dzaju
spekulacjach nie był najlepszy.
- Zgoda, chociaż słowo w pewnym sensie nic w przypadku moje córki nie zna-czy,
ale przyjmuję je za dobrą monetę. Następne pytanie brzmi : dlaczego moja córka
odeszła z tego świata i czy musimy chować ją w taką pogodę ?
Ksiądz na chwilę przeprosił zebranych, odwiedził zakrystię, napił się mszalne-go
wina prosto z butelki, przeżegnał i wrócił do rodziny pogrążonej w niewi-docznym
gołym okiem smutku.
I tak już miało pozostać na wieki, chociaż nic to nie znaczy.
LIII.
Wszystko nie układało się jak powinno. Najpierw
puszczono film Pasja , potem jakiś western. Gorzej być
nie mogło, ponieważ widownia w większości składała się z mało wyrobionej
filmowo publiczności, przez co tupotanie rozległo się zanim pierwsze
klatki filmu przeleciały przez ekran.
Najgorsze jednak miało dopiero nadejść. Pod postacią
rozpasanego wielmoży w mycce przypominającej portrety dawno zapomnianych
przodków.
Ale najpierw pojawił się wiatr. I przestraszył
większość, ponieważ najbardziej boimy się przyrody, czyli śmierci.
O niczym innym się nie mówi, jak tylko o Niej.
W szkołach dzieci pytały nauczycieli z jakiej litery mają pisać
jej imię : dużej czy małej ?
Niektórzy nie wiedzieli co mają opowiedzieć. Telefonowali
do swoich przełożonych, rodziców, czasami do współmałżonków, pytali
o radę, rzadko ją dostawali, ale i tak nie wiedzieli co mają odpowiedzieć.
Bali się popełnić błąd, bali o swoje miejsce pracy.
W nieprzewidywalnym świecie czasami nawet małe pomyłki nabierają
szczególnego znaczenia.
W jakiejś klasie podobno pewien ośmioletni chłopiec
za nic nie chciał napisać słowa śmierć , więc nauczyciel
wyrzucił go z klasy. I zabronił pokazywania w szkole bez rodziców.
Ale to plotki, prawda jest zupełnie inna, chociaż
nie za bardzo sprawdzalna. Brzmi trywialnie, prosto, nawet aż za
bardzo.
Zgłupieliśmy. I ani słowa więcej.
Tak więc, kiedy ten facet w mycce zszedł ze ściany,
nikt nie zwrócił na to uwagi. A w kilka chwil później było już
o wiele za późno.
I tak pozostało prawie do dzisiaj. Patrzymy na
ludzi którzy zeszli ze ścian, słuchamy co mają do powiedzenia,
zaczynam żyć według ich reguł. To jeszcze nie jest najgorsze, dopiero
kiedy zaczynają nas pouczać jak mamy postępować z dziećmi, kobietami,
kościołem nagle zdajemy sobie sprawę, jak bardzo jesteśmy od nich
uzależnieni.
Niby nic wielkiego, przecież wiek który właśnie
minął składał się wyłącznie z ludzi od kogoś uzależnionych, ale
wmawiamy sobie że powinniśmy być inni, chociaż nie za bardzo wiemy
na czym ta inność ma polegać.
Piszemy podobne wiersze, rozglądamy się za tymi
samymi kobietami, dotykamy przewodów elektrycznych znajdujących
się pod takim samym napięciem.
Taki już los urodzonych za późno. Tak właśnie
powinniśmy się nazywać, urodzeni za późno , ponieważ czas
na indywidualności skończył się. I nie ma na to rady ani przyzwoitego
wytłumaczenia dlaczego, chociaż tak naprawdę zbytnio nam na nim
nie zależy. Wystarczy to co mamy, czyli Nic, gdyż jak inaczej można
nazwać tych kilka ubrań zamkniętych w zjedzonej przez mola szafie
?
Podobnie ma się sprawa z dostępem do morza, fantazjami
seksualnymi, wrakami zepsutych samochodów. Nic poza pustkę wypełnioną
płaczem znudzonych dzieci, wrzaskami niewyżytej erotycznie żony
czy perspektywą ulicy z której nie wyłania się nadzieja na chociaż
w kilku procentach inne jutro.
Stepujemy, ślizgamy się po nie zamarzniętym lodowisku,
z zardzewiałych garnków układamy kruche barykady wzniesione przeciw
samemu sobie.
Dosłownie wszystko toczy się jakby w letargu.
Podchodzimy do okna, przyglądamy się wypłowiałej ulicy na której
filmowy polscy kręcą kolejny film o niczym. Jakaś kobieta udaje
nie wiadomo kogo, obok niej pan reżyser biczami z piasku próbuje
zmusić rzeczywistość do płaczu.
Przypomina to zarośnięte złomowisku na które boją
się wejść nawet zwierzęta. Z oddali wygląda to jednak na miejsce
szczęśliwe, ponieważ nie ma nic gorszego jak brak wiary w cokolwiek.
Tylko jak wmówić to społeczeństwu ?
Trudzi się nad tym wielu ludzi. Zatrudnieni przez
różnorakie instytucje państwowe, fundacje, godzinami wpatrują się
w pustką kartkę papieru, która pod wpływem ich wzroku zaczyna się
kurczyć, wyginać, pokrywać niezrozumiałymi hielogryfami.
I tak od wielu lat przyroda wygrywa z życiem doczesnym.
Jaka przyroda, a tym bardziej jakie życie, nikt nie mówi. Bo i
po co.
LIV. Pogrzeb dwudziesty siódmy, taneczny, pozbawiony
jakichkolwiek wątków moralizatorskich ( jeżeli naturalnie pogrzeb
da się w jakikolwiek sposób z moralizatorstwem połączyć ).
Szarzało. Puste czoła pozbawione nawet jednej
zmarszczki pochylały się nad wyblakłą, tanią, ledwie trzymającą
się dnia codziennego trumną.
Po deszczowej nocy świt wyraźnie nie pragnął nowych
wiader wody wylewanych na bogu ducha winne owieczki.
A tych przyszło sporo do rozlatującej się kaplicy
na obrzeżach nie największego miasta położonego nawet nie za bardzo
centralnie na mapie kraju. Można powiedzieć, iż bardziej z boku,
na prawo od głównej rzeki, wiele kilometrów od tak zwanej cywilizacji.
Ale ona zupełnie nie interesowała zebranych w
kaplicy. Mieli inne zmartwienia. Przecież zmuszeni zostali do wstania
jeszcze przed świtem, opłukania się w lodowatej wodzie, włożenia
na siebie co lepszych rzeczy, oraz spojrzenia w nienawistne oczy
od lat skłóconej ze sobą rodziny.
To, że ktoś tam umarł nie miało większego znaczenia,
ot co, zdarza się, czasami nawet w bardziej od ich poważanych rodzinach.
Nagle jakiś zabłąkany ptak wzbił się do lotu przez
co kilka dusz uleciało w stronę raju, ale jak to przeważnie bywa
jeszcze wcześniej wróciły.
Trumna leżała na czymś w rodzaju katafalku strasząc
swoją bliskością, jak i niezrozumiałością odchodzenia.
Zaspane dzieci próbowały dowiedzieć się od rodziców
dlaczego nie muszą iść do szkoły, ale zamiast odpowiedzi dostawały
nie zapalonymi jeszcze świeczkami w głowę, popychano je, odmawiano
picia i jedzenia, chociaż zbliżała się pora rozpoczęcia dnia w
jakiś bardziej cywilizowany sposób.
W zamian dyskretnie rozglądano się wokół siebie,
starano się unikać niepożądanego wzroku, chociaż z tym akurat było
ciężko ponieważ w tej rodzinie wszyscy byli skłóceni ze wszystkimi.
Już dawno zapomniano o co poszło, pewnie jak zwykle
w naszej ukochanej ojczyźnie o głupstwo, które celebrowane latami
urosło do niebotycznych rozmiarów tragedii.
- Kogo chowamy ? - zapytał nagle wyblakły młodzieniec
stojący w przedostatnim, złamanym niby to pod kątem prostym, rzędzie.
Odpowiedział mu złowrogi pomruk, szuranie nogami,
przesuwanie nieistniejących mebli.
- Niby skąd mam wiedzieć ? - szept rozległ się
gdzieś z oddali - obudzono mnie nad ranem, dano do wypicia jakieś
świństwo i kazano zgłosić się tutaj. Więc jestem, a miałem zameldować
się w pośrednictwie pracy.
Podobnych głosów odezwało się kilka, ale natychmiast
przykryto je czapkami milczenia. Oraz obłożono ekskomuniką.
Po jakiejś godzinie stojący najbliżej trumny zaczęli
się niepokoić. Nie mogli wyjść na papierosa, a co najgorsze nie
wiedzieli z której strony może nadejść niebezpieczeństwo. Lata
życia w niepewności nauczyły ich chuchania na nienarodzone.
- Chyba wrócimy do domu, przecież nie wypada aż
tak się wygłupiać stoją na nie wiadomo czyim pogrzebie, na dodatek
w kierunku odwrotnym do wiejącego wiatru. A już dawno temu przodkowie
wiedzieli iż należy starć się żyć w zgodzie z przyrodą.
Mężczyzna który wypowiedział tych kilka zupełnie
nikomu niepotrzebnych słów skłonił się ledwo widocznemu ołtarzowi,
poprawił baranicę i próbował wycofać się w kierunku unoszącego
się na zewnątrz świtu.
Nie przepuszczono go jednak. Stojący za nim ścieśnili
się i biedaczek ugrzązł jak śliwka na wierzbie.
- Zachciewa mu się zmian kiedy najważniejsze jeszcze
przed nim - usłyszał czyjś zniecierpliwiony głos.
- Czyli trumna ? - zapytał z niedowierzaniem.
- A masz jakieś inne wyjście ?
Wtedy zrozumiał. Zgromadzony tłum zebrał się jakby
na jego pogrzebie. Z niedowierzaniem rozejrzał się we wszystkie
możliwe kierunki. Wszyscy potakująco kiwali głowami, więc nie pozostało
mu nic innego jak podnieść wieko obskurnej trumny, przeżegnać się
i wślizgnąć do środka.
Kiedy to uczynił szmer zadowolenia przemieścił
się przez kaplicę, uchylił drzwi i wydostał się na zewnątrz.
W tej samej chwili także pojawił się ksiądz.
- Dobrze, że tak szybko doszliście do porozumienia
kto tym razem ma być pochowanym, w zeszłym roku zmarnowałem całe
trzy dni czekając aż się zdecydujecie.
Rodzina chowanego nawet się nie zmartwiła. Jeden
więcej, czy jeden mniej, pochylony nad misą kapuśniaku lub ostatniego
wydania Wyborczej nie stanowił dla niej różnicy.
Dalej wszystko poleciało jak z płatka. Msza, cmentarz,
pokropienie trumny i tak dalej. Gorzej jak zwykle było na stypie.
Rodzina znad jeziora nie chciała partycypować w jej kosztach, ale
po trzecim kieliszku jej głowa wyciągnęła z tylniej kieszeni spodni
kilka wymiętych obligacji Orlenu i z nonszalancją rzuciła na stół.
- Bierzcie, dzielcie się, a jak zostanie zapłaćcie
za picie i żarcie.
Popatrzono na niego z niesmakiem. Po pierwsze
nie wiedziano komu te obligacje ukradło, po drugie ostentacyjne
wykazywanie się bogactwem nie leżało w ich naturze.
- Znalazłem na śmietniku - facet jakby rozumiał
co w tej bajce jest najważniejsze - były jeszcze innych firm ale
przekazałem je na rzecz głodujących dzieci w Afryce i na Aids w
Azji.
Szybko napełniono mu szklankę samogonem by nie
gadał głupstw. Wypił, krople jak okruszki strząsnął na podłogę
i niespodziewanie zapytał :
- A dlaczego dzisiaj kolej przyszła na wujka Zenona
? Przecież ani nie był najstarszy, ani nie należał do żadnej partii
prawicowej ?
W sekundzie w krużgankach gdzie się znajdowali
zapanowała złowroga cisza. Nie dość iż bije w oczy obligacjami
Orlenu to jeszcze zadaje niedorzeczne pytania.
- Tak wynikało z zaplanowanego kalendarza. Nic
dodać nic ująć.
Tych kilka niesympatycznych słów nie wypowiedział
nikt bezpośrednio. Puszczono je z taśmy magnetofonowej, a tembr
głosu wskazywał na dawno nieobecnego w tym gronie młodego człowieka
który wyemigrował w głąb siebie.
- Piekielne stypy - powiedziała jakaś kobieta
cała w bieli - nie dość iż za każdym razem zachodzę od nich w ciążę,
to jeszcze na dodatek dostaję kataru.
- Prawie jak Marquez - uśmiechnął się i skomentował
ktoś na końcu wykrzywionego stołu na którym butelki mieszały się
z nadgryzionymi kurczakami i roślinami halugennymi - ten co prawda
nie zachodzi w ciążę, ale na co drugiej stronie swoich książek
narzeka na przeziębienie. Nie wiem jak mogą go czytać ludzie niezwiązani
w żaden sposób ze służbą zdrowia ?
W podobny sposób przekomarzali się przez kilka
godzin. Cały smutek związany ze wcześniejszym pogrzebem poszedł
w zapomnienie. Przecież to nie była ich wina, że ktoś tam zmuszony
był położyć się do trumny. Przecież w przyszłym roku może być ich
kolej.
Pili więc, rozkoszowali się zimnymi resztkami
kurczaka i gadali. Przeważnie o niczym. Fragment o Marquezie był
wyjątkiem nie z tego rozdziału. Przecież na zabitej deskami wsi
gdzieś w Polsce C, chociaż podobno od roku należącej do Europy,
nikogo nie interesuje zamorski pisarz. Ich nie interesuje żaden
pisarz.
Kiedy w butelkach pokazało się symboliczne dno,
dzieci obudziły się z popołudniowej drzemki a kobiety wyczerpały
wszystkie możliwości porozumienia się, zatrąbiono odwrót.
Z niechęcią podnoszono się z wymiętych legowisk,
przenoszono do podstawionych lektyk i kazano się nieść do domów.
Posłuszni niewolnicy odganiali muchy, sadowili
damy w taksówkach a kiedy te odjechały zabrali się za sprzątanie
pobojowiska.
- Jak co roku zabrakło im alkoholu. A co gorsza
także pomyślunku jak z tego wszystkiego się wyplątać. Przecież
to zupełnie bez sensu co dwanaście miesięcy spotykać się w tej
samej pralni brudów. I jeszcze na dodatek skazywać niewinnego na
śmierć.
Mężczyzna który wypowiedział tych kilka słów stał
tyłem do mówiących, więc nie byli w stanie rozpoznać jego twarzy.
Przysięgliby jednak iż był to ktoś bardzo podobny do księdza. Ale
to tylko plotki.
Nagle powiał wiatr i resztki ze stołów uniosły
się w przestrzeń tworząc coś na kształt samonaprowadzającego się
steru. Którego nikt nie trzyma w dłoniach.
LV.
W drodze do lasu zawsze musi przydarzyć się nieszczęście.
Nie inaczej było i tym razem. Kilka skąpo odzianych kobiet zabawiało
się przypadkowo napotkanym włóczęgą. Szarpały go za przerzedzoną
brodę, szczypały w pogniecione ciało, próbowały namówić do zapalenia
papierosa.
- Zniknijcie przeklęte - ni to krzyczał, ni bronił
się - gdybym miał ze dwadzieścia lat mniej.
- To co wtedy ? - zapytała najbardziej wyglądająca
na wyemancypowaną, ruda wywłoka z pobliskiej, zrujnowanej, nie
odwiedzanej przez nikogo agencji niby to towarzyskiej.
Były mężczyzna udawał że się zastanawia.
- Zagrałbym w totolotka, wtedy jeszcze wierzyłem
w możliwość odmiany przeznaczenia.
Kobiety zatrzymały się jakby w pół kroku, może
aparat filmowy uległ nagłemu zawilgoceniu i taśma nie nadawała
się do eksploatacji ?
- W totolotka ? - powtórzyły wszystkie jakby nie
rozumiejąc wypowiadanych słów.
Mężczyzna nie słuchał co mówiły. W myślach stał
przy poszarpanej desce służącej za ladę i kładł na niej szesnaście
kuponów wypełnionych nerwowymi krzyżykami za którymi kryło się
aż tak wielkie oczekiwanie.
- Proszę pokazać książeczkę ubezpieczeniową -
rozkazał przyjmujący kupony - nowe rozporządzenie ministra któremu
podlegamy nie pozostawia nam możliwości przymknięcia oka na tego
rodzaju nieprawidłowości.
- Chyba pan zwariował !
- O tak ! Wiele lat temu dlatego dzisiaj zamiast
wygrzewać się na greckich plażach użeram się z emerytami o gówniane
pieniądze.
- Nie gówniane, wielkie.
Zamyśliłem się.
- Chyba nie.
- Więc jesteśmy w domu.
Mężczyzna rozglądnął się. Rzeczywiście był w domu.
Kilka półnagich kobiet otaczających go w miarę ciasnym kołem, las
w którym pewnie czaiły się niedobitki oddziałów partyzanckich,
oraz przemożna chęć napicia się czegokolwiek dopełniały obrazu
sytuacji w której tak nagle się znalazł.
- Nie podobamy się panu ? - zapytała nagle najmniej
umalowana.
- W moim wieku żadna kobieta nie może się nie
podobać. Kiedy przekroczy się Rubikon, niechcący czy też z rozkazu
bożego, każda podarowana przez los kobieta jest piękna. Nawet ta
najbardziej szkaradna.
Kobiety odsunęły się na kilka kroków i z niedowierzaniem
popatrzyły na siebie.
- Którą z nas ma pan na myśli ?
Mężczyzna uśmiechnął się, usiadł na trawie, zapalił
wytrzebionego przez czas i historię papierosa.
- Żadnej. W miarę jak niknę w sobie nic co ma związek z rzeczywistością coraz
mniej mnie interesuje. Rozgrywki piłki nożnej, wybory do Sejmu, żółtaczka -
wszystko to już dawno za mną. Jak i rozrywki na nartach, w zaślinionych barach,
ranne wstawania do płaczących dzieci czy strzelanie do uciekających dzików.
- Po co więc żyć ? - zapytała ta najbardziej nieśmiała
przez co zawsze miała najwięcej klientów, naturalnie do momentu
kiedy mężczyźnie miewali jeszcze jakieś pieniądze.
- Większość żyje z przyzwyczajenia, część na złość
najbliższym, reszta przez przeoczenie lub przypadek. Sam siebie
zaliczam do - na szczęście wymarłego już gatunku - żyjących z rozpędu,
to znaczy - dodał po chwili zastanowienia - wegetujących ponieważ
nie mają innego wyjścia.
Niektóre dziewczyny chciały coś powiedzieć ale
rozległ się przeraźliwy, krótki gwizdek na który otrząsnęły się
jak z koszmarnego snu, krzyknęły manewry i biegiem ruszyły
w stronę pobliskich zabudowań.
Pozostał siedzący na trawie mężczyzna, czas z
którym nie wiadomo co począć oraz zapalony papieros, który pewnie
wypali się szybciej niż życie, ale tego - na szczęście - nikt nie
może być w stu procentach pewien.
Po drugiej stronie lasu, także na ścieżce do niego
prowadzącej dwóch chłopców wyrywało motylom skrzydła.
- Tak robił mój dziadek, ojciec, więc chyba naturalną
koleją rzeczy jest że także ja niszczę te wstrętne, poszarpane...
- Na zdjęciach które mi pokazywałeś dziadek i
ojciec wyrywali coś ludziom, nie motylom - okrąglutki chłopczyk
o twarzy zgasłego anioła z niechęcią przypatrywał się systematycznej
pracy kolegi.
- Od czegoś przecież trzeba zacząć ! Nieszczęście
ludzkości polega - moim zdaniem - na zaczynaniu wszystkiego w nieodpowiednim
momencie. Na przykład, czy zejście z drzewa naszego pradziadka
było do końca przemyślane ? Mam poważne wątpliwości. Także lot
w kosmos, przyznanie niepodległości narodom bałkańskim, tarzanie
się w rozpuście, zapuszczenie się Aleksandra, później zwanego Wielkim,
do Azji - przykładów pomyłek można mnożyć. Tylko po co ? Ja chcę
ich uniknąć, więc trenuję od najmłodszych lat.
Zaskoczony kolega popatrzył na niego przerażony.
Już dawno rodzice zabronili mu się z nim bawić, ale w okolicy był
jedynym, który tak interesująco opowiadał, poza naturalnie Alicją,
ale ta pokazywała wszystkim, i każdemu z osobna, swoje wypolerowane
ciało, na co każdorazowo ostro reagował ksiądz proboszcz.
- Boję się - powiedział nagle, jakby do siebie
ale usłyszał to cały wszechświat. Takie przynajmniej miał wrażenie.
- I dobrze - przyznał wyrywacz skrzydeł - odczuwanie
strachu jest pierwszym krokiem do zrozumienia siebie. Jeżeli nadal
będziesz reagował w tak przemyślany sposób wyrośnie z ciebie nowy...
...nadczłowiek.
Chłopczyk odłożył niedokończonego, to znaczy motyla
z jednym skrzydłem, z plecaka wyciągnął jakąś postrzępioną książkę
i podsunął koledze pod nos.
- Napisał ją w więzieniu, poza Karolem Mayem najbardziej
znana książka napisana za murami.
- Ale dzisiaj zakazana...
Chłopczyk nie zdążył odpowiedzieć, zobaczył nową
ofiarę czyli wielkiego, kolorowego motyla i pobiegł za nim jak
szalony.
Jego kolega dyskretnie przeżegnał się, rozpalił
ognisko i włożył do niego postrzępioną książkę. Wiedział że postępuje
źle, przecież w takich miejscach nie wolno palić ognia, ale postanowił
zaryzykować.
W niewielkiej odległości od nich smutny, ale ubrany
z rzucającą się w oczy elegancją mężczyzna w średnim wieku z tępotą
graniczącą z szaleństwem wpatrywał się a małe, kwadratowe zdjęcie
przedstawiające fragment zardzewiałego muru, a za nim wodospad.
Był to naiwny fotomontaż nie przedstawiający większej wartości
artystycznej, ale dla wpatrującego się w niego mężczyznę stanowił
najcenniejszy dar jaki mogła dać mu kobieta.
Jego była żona z rzeczy niematerialnych najbardziej
lubiła fotografować - i naturalnie przypatrywać się - mury i wodospady.
- Wykończyła mnie tymi swoimi fanaberiami - burknął
pod nosem, podarł zdjęcie i rzucił za siebie, ale natychmiast podniósł
te kilkanaście okruchów minionej przeszłości, z którą tak naprawdę
nie potrafił skończyć.
Jakieś dziecko na zbyt za dużym jak na nie rowerze
ochlapało go odpryskami dnia dzisiejszego, ale nie zwrócił to najmniejszej
uwagi. Cały pochłonięty był wspomnieniem kobiety, która nie tak
znowu odległego ranka wstała z łóżka, spakowała najcenniejsze dla
niej kosmetyki i nie mówiąc ani jednego słowa położyła klucze od
mieszkania na stole.
- Nie rób tego - krzyknął - w Skandynawii klucze
na stole oznaczają nieszczęście.
Kobieta jakby się uśmiechnęła, ale dzisiaj nie
był tego jej uśmiechu pewien. To, że tej nocy kochali się dwa razy,
rano nie miało już jakiegokolwiek znaczenia.
Zapalił, przez chwilę poczuł głód, rozejrzał się,
ale nigdzie nie zauważył nic godnego uwagi.
- Zaczynam popadać w obłęd - pomyślał - ubrany
jak na pogrzeb albo chrzciny włóczę się głodny po lesie, wpatruję
w kawałek ogłupiałego muru i wodospadu, tęsknię za kobieta, która
pewnie teraz unieszczęśliwia kogoś innego. Za dużo jak na jedno
sumienie.
Zgasił papierosa, fragmenty zdjęcia włożył do
kieszeni i ruszył przed siebie jak niemowle poszukujące rodziców.
Nie zauważył, iż nad lasem pojawiła się wielka,
czarna chmura zapowiadająca deszcz. Kiedy mijał starszego mężczyznę
otoczonego przez na wpół rozebrane kobiety przystanął, chwilę mu
pozazdrościł, ale odwrócił wzrok kiedy usłyszał krzyki rozpasanego
dziecka próbującego złapać motyla.
W lesie - jak w życiu - natura przerastała rzeczywistość
- albo odwrotnie.
LVI. Pogrzeb dwudziesty ósmy - limeryczny, bez
podtekstów erotycznych, chociaż...
Nie wiadomo dlaczego pachniało sianem. Do tego
nie zwiezionym z pól. Bardzo przyjemny zapach, ale czy akurat w
kościele ?
Większość zebranych w remontowanym ze zbiórek
na mszach przybytku zastanawiała się nad zapachem nie wiadomo skąd
dochodzącym, a nie nad faktem, iż zebrali się by kogoś tam pochować.
To było oczywiste, zapach siana nie.
Nawet ksiądz który pojawił się w najmniej oczekiwanym
momencie, przez moment zawahał się czy wejść, ale wrodzone przez
lata nauki i terminowania poczucie obowiązku zwyciężyło nad uprzedzeniami.
Przecież nie godzi się prowadzić mszę pochówkową kiedy pachnie
sianem. Do tego nie zwiezionym z pół.
Tylko rodzina zmarłego/zmarłej nie za bardzo zdawała
sobie sprawę, co się wokół niej
rozgrywa. Przywiązana do posłuszeństwa rzeczom
i zdarzeniom wyższym nie zastanawiała się dlaczego ludzie zebrani
w kościele kręcą się, psioczą, plotkują.
W kącie kościoła dzieci przybyłe na pogrzeb bawiły
się resztkami po wypalonych świecach, kośćmi pozostawionymi przez
roztargnionych archeologów jak i nowymi książeczkami do nabożeństwa,
jeszcze nie rozpakowanymi, ale przez wścibskie, młode istoty wyrwane
z paczek walających się w sieni.
Nikt jednak nie zwracał na nie uwagi. W czasach,
kiedy śmierć bywa zwiastunem nowej, dobrej wiadomości, dzieci nie
są na świeczniku.
Podobnie miała się sprawa ze zmarłym/zmarłą. To
coś leżało sobie spokojnie w trumnie, czekało na kolej rzeczy która
na pewno nastąpi i nie martwiło się już doczesnością, jaka tym
razem dopadła żyjących pod postacią zapachu siana.
Przypadek ? Nikt nie potrafił na to pytanie odpowiedzieć.
Podobno w kościele nie ma przypadków, więc co poniektórzy skłaniali
się ku... No właśnie, czemu ?
Nagle zabrzmiały organy, ludzie jakby otrząsnęli
się z jednych mrzonek by popaść w inne. Nie wiadomo czy bardziej
dające się wytłumaczyć. Człowiek niestety już tak jest zaprogramowany
że bez przerwy musi o czymś myśleć. Bark myślenia oznacza sen,
chorobę lub śmierć. Nie w każdym przypadku, ale w zdecydowanej
większości.
Kiedy organy ucichły do działania przystąpił ksiądz
i przez najbliższe minuty zapach siana ustąpił miejsca rzeczom
wzniosłym. Aż do momentu spuszczenia trumny do grobu. Wtedy uczestnicy
ceremonii jakby otrząsnęli się z letargu, nałożyli nakrycia głowy,
przeżegnali się, niektórzy jakby westchnęli i znowu powrócił niewytłumaczalny
zapach siana.
- W środku zimy, w miasteczku oddalonym o kilometry
od terenów rolnych taka niegodziwość socjalistyczna niegodziwość
? - ni to pytał ni stwierdzał pozbawiony dostępu do internetu jegomość
o twarzy własnego ojca.
- Dlaczego socjalistyczna ? - natychmiast zaprotestował
starszawy przedstawiciel partii skazanej na wymarcie.
- Ponieważ macie na rękach krew - odkrzyknął teraz
już zdenerwowany jegomość o twarzy własnego ojca, odwrócił się
na pięcie i majestatycznie odszedł w niebyt. Specjalnie nikt mu
w tym nie przeszkadzał.
- Z prawicowcami tak jest zawsze, rzucą kalumnie
i uciekają. Przecież...
Nie zdążył dokończyć co miał na myśli ponieważ
poproszono na stypę, niezbyt ochoczo, wiadomo, koszty, ale jak
każe zwyczaj należy nakarmić i napoić darmozjadów. Nawet tych najbardziej
nie lubianych.
Także w knajpie do której ich spędzono zapach
nie zwiezionego siana dało się wyraźnie odczuć. Pachniały nim talerze,
sztućce, kieliszki, zapalniczki a nawet dwie świeżo myte kelnerki.
Po trzeciej kolejce jeden z miejscowych mędrców
zwanych dla niepoznaki oszołomami powiedział, ( czym zaskoczył
nawet siebie ) :
- W Hikmat al.- Iszraq Suhrawardi opisał
własne oświecenie ( za Historia Boga Karen Armstrong
).
Na kilka minut zapanowało przerażające milczenie.
Ludzie nie wiedzieli jak mają zareagować, bali się wychylić z szeregu,
więc czekali jak zachowa się ksiądz. A ten o dziwo przyglądał się
swojemu nie wiadomo dlaczego ropiejącemu palcu, aż w końcu widząc
napięcie malujące się na twarzach niby to biesiadników roześmiał
się.
- Nie czytałem - powiedział, chociaż biskup polecał.
Jednak nawał zajęć w parafii nie pozwala na dosłowność.
Do dzisiaj nie wiadomo dlaczego akurat użył słowa dosłowność. Przecież
łamało ono reguły gramatyki polskiej, jak i poprawnego wysławiania.
Nikt jednak nie zapytał go o to, tak spragnieni byli niezależności,
jedzenia, picia, swobodnej rozmowy, a ksiądz jakby lekko ich krępował.
Więc kiedy szybko się pożegnał nikt nie protestował. Wyszedł jakby
w nicość nie niepokojony, a razem z nim jego dosłowność.
Za to pozostał zapach siana, nawet jakby wzmogła
się jego intensywność. Jednak biesiadnicy jakby przestali na to
zwracać uwagę. Przecież na stypach nie takie rzeczy się działy,
więc jedzono, pito, plotkowano i czekano kiedy zapach siana przebije
inna niespodzianka. Nic takiego jednak się nie stało.
W kilka dni później jeden z bardziej rozgarniętych
uczestników stypy zapytał sąsiada kogo właściwie chowano, na czyim
pogrzebie byli.
- Niby skąd mam wiedzieć ? - odpowiedział urażony
właściciel trzech morgów - dali znać że pachnie sianem więc polecieliśmy.
I tyle.
Doprawdy niewiele potrzeba człowiekowi by egzystował.
Zepsuty rower, nadmuchana kobieta, wędka do łowienia wiadomości.
I może jeszcze dostęp do jakiegoś morza, ale o tym już gdzieś pisano,
więc nie będziemy się powtarzać.
Jak zwykle pozostał niezapłacony do końca rachunek
za stypę, zawiedzione kelnerki którym kolejny raz nikt z podpitych
gości nie zaproponował małżeństwa, jak i klucz od wieczności nierozsądnie
zgubiony przez bliżej nieznanego świętego.
To wszystko. Co do nieboszczyka/nieboszczki zdania
pozostają podzielone, ponieważ w okolicy nie ubył nikt kogo by
znano. Pewnie znowu - jak zdarzało się już wielokrotnie - zakpiono
sobie z dobre imienia parafii.
Ksiądz jednak nie zareagował. Bardziej interesował
się ropiejącym palcem, nie przeczytaną książką Karen Armstrong,
ciążą gospodyni niż parafianinem, który przecież jednak nie zniknął
z rejestrów.
Co do samego zapachu siana zdania pozostają podzielne.
Jedni wierzą w ponadmaterialną moc przyrody, inni skłaniają się
przy nie włażeniu w butach we wszystko czego nie da się wytłumaczyć.
Jak na przykład od lat nieuregulowanej rzeki San. Albo...
LVII.
Ponad czterdziestoletnia, lekko wypłowiała kobieta
z niedowierzaniem przypatrywała się własnemu biustowi. Przez jedną
noc odrósł jej do rozmiarów, który miała jako dwudziestolatka,
czyli do czasów, kiedy imponowała wszystkim mężczyzną w dzielnicy.
Stawała wtedy na pierwszym z rzędu rogu ulicy,
nabierała powietrza w płuca i nieliczne wtedy samochody wpadały
na rowerzystów, dzieci gubiły spinki do włosów a dorośli biegiem
oddalali się z miejsca przestępstwa.
Później wszystko w jej życiu potoczyło się jak
w złych bajkach dla partyjnych, miłość, ciąża, ślub cywilny, sześć
lat orki na ugorze, raz wakacje w Szklarskiej Porębie, rozwód,
zanik biustu, aż tutaj nagle taka niespodzianka.
Podbiegła do lustra, które od ciosu obcasem pękło
wzdłuż, i zgłupiała znowu. Biust miała jak marzenia, chociaż wijąca
się zygzakami w lustrze, trochę jakby nad nim twarz jakoś do siebie
nie pasowały.
- Lepiej coś jednak posiadać - westchnęła przez
łzy - mieć biust a wstydzić się twarzy jest przecież wyborem z
gatunku...
Zadzwonił telefon ale nie odebrała go, ponieważ
abonament był niezapłacony, a jako kobieta przestrzegająca zasad
współżycia nigdy nie pozwalała sobie na korzystanie z rzeczy do
których nie miała prawa.
- Pewnie znowu chcą namówić mnie na skorzystanie
z darmowej promocji garnków za które zapłacę w przyszłym miesiącu
- stwierdziła, wyszła na balkon, usiadła na krześle i wystawiał
właśnie co odzyskany biust na działanie promieni słonecznych. Bała
się raka, to prawda, ale jeszcze bardziej żartów z nieopalonych
cycków.
W jakąś godzinę później postanowiła zaryzykować
i wyjść na zakupy, otworzyła szafę i zbaraniała. Żaden z sześciu
staników, które czaiły się jakby do skoku na półce we wewnątrz
mrocznego wnętrza nie pasował na nią. Zrozpaczona zapaliła papierosa
chociaż bardzo odradzała jej to sąsiadka sama kopcąca jak komin
z powieści Hrabala pod tytułem...zapomniała jak brzmiał, usiadła
na małym krzesełku i tak po prostu rozpłakała się.
Nie dość że pełnymi krokami wchodziła w okres
klimakteryczny, to jeszcze przedmioty dawno uważane za martwe zaczynały
z niej kpić. Najpierw biust, później staniki a teraz papierosy.
Zrozpaczona otworzyła ołtarzyk. Tak po odejściu
męża nazywała część kredensu w której jej byłe szczęście trzymało
klucz do swojego szczęścia, czyli kilka nie napoczętych butelek
z alkoholem.
Nie znającym się na nim otworzyła pierwszą lepszą
i już po chwili mdławy zapach zgniłych śliwek przesmyknął się przez
jej gardło.
- I dla czegoś tak ulotnego ten wypomadowany idiota
poświęcił żonę, dziecko, rodzinę, ogródek i niedzielne obiady u
teściowej ? - zdziwiła się, nie po raz pierwszy tego poranka.
Jednak drugi kieliszek smakował już lepiej, a
trzeci wiarygodnie. W sekundzie ubrała się, nie pomalowała ponieważ
doszła do słusznego wniosku, iż brak stanika i wymalowana facjata
to za dużo jak na tę samą kobietę.
Nie zamknęła za sobą na klucz drzwi, gdyż postanowiła
od tego ranka nie zajmować się drobiazgami. Fakt, iż jakby odrósł
jej biust był wystarczającym powodem do podjęcia kilku ważnych
życiowo decyzji.
U fryzjera nic nie zauważyli, w sklepie mięsnym
także. Z rosnącym zdziwieniem ale i zdenerwowaniem z coraz większym
zniecierpliwieniem obchodziła coraz to nowe miejsca w miasteczku.
Nic się nie wydarzyło, to znaczy nikt nie zauważył zmian w jej
sylwetce.
Roztrzęsiona i wkurwiona wróciła do domu, zaglądnęła
do ołtarzyka i bogatsza o kilka kieliszków usiadła na łóżku, wróciły
wspomnienia bezsennych nocy kiedy spał tylko mąż, popatrzyła na
aparat telefoniczny i zdecydowała się w sekundzie.
Pan Andrzej był przyjacielem rodziny który po
swoim rozwodzie składał jej niedwuznaczne propozycje. Nigdy wcześniej.
Zatelefonowała do niego nie zważając na niezapłacony
abonament, łamiąc przy tym sztywne zasady postępowania którym była
wierna przez lata i poprosiła go by jak najszybciej się u niej
pojawił.
Zajęło mu to ze trzy pacierze. Kiedy zasapany
rozglądał się co się znowu w mieszkaniu zepsuło nie mówiąc ani
słowa zdjęła bluzkę i stanęła na środku pokoju w pełnym świetle,
nie krępując się dość przecież niezręczną sytuacją.
Także teraz nic się nie wydarzyło tylko pan Andrzej
jakby lekko zbladł. Przeszła więc do kuchni, przyniosła butelkę
i dwa kieliszki, napełniła i dopiero po wypiciu panu Andrzejowi
jakby wrócił głos.
- Naoglądałaś się filmów erotycznych, czy coś
? - nie było to ani stwierdzenie ani pytanie. Ot taki sobie głupi
żart.
Rzuciła w niego obcasem z nieistniejącego buta,
ale chybiła.
- Pokazuję ci idioto najcenniejszą rzecz jaką
posiadam, która na dodatek w nocy jakby mi się odnowiła, a ty wzywasz
na pomoc erotyzm.
- Wszystko zmierza ku niemu, przecież bez tego
nie da się żyć. Nawet Rosjanie i starożytni Rzymianie, nie mówiąc
już ani słowa o...
- Odrósł mi biust.
Przez kilka minut mężczyzna stał z otwartymi ustami,
z kieliszkiem w ręku, nie mogąc wymówić ani słowa. W końcu wydukał
:
- Napiszę do Mariana do więzienia, pewnie sakramencko
się ucieszy.
- Co ma z tym wspólnego Marian ? Pokazuję tobie.
- Ale to przecież, jakby nie było, twój mąż. Gdy
się proboszcz dowie...
- Niby dlaczego ma się dowiedzieć ? Po drugie
po co wrzucasz do jednego worka byłego męża i księdza ? Patrz jeżeli
ci się podoba, nawet możesz dotknąć, ale nie mów niczego czego
później możesz żałować.
Mył ręce kilka minut, następnie uklęknął, pomodlił
się, wstał, podszedł do okna i szczelnie zasunął zasłony. Następnie
dotknął jej biustu. Poczuła lodowate ukłucie węża.
- Taki sam jak dwadzieścia osiem lat temu. Pamiętasz
spacer nad rzeką, grę w truskawki i nagrodę w postaci dotknięcia
twoich piersi ?
Niestety pamiętała, oraz późniejsze lanie za spóźnienie
się na rekolekcje.
- Więc twierdzisz, że nic się nie zmieniło ?
- Zmieniło się wszystko oprócz twojego biustu.
To niesamowite, Rosja już nie jest sobą, Grzesiek z komunisty nawrócił
się na katolicyzm, stary Grędula wrócił z Ameryki tak samo biedny
jak wyjechał, a ty masz cycki jak ...
Zamknęła mu usta pocałunkiem, czego przez kilka
następnych lat - zanim przywykła - żałowała, ponieważ nie minęło
pięć minut a już był do niej sprowadzony. Matce z którą mieszkał
powiedział że wyjeżdża do stolicy, kilka rzeczy które posiadał
zapakował do plastykowej torby i ...już nie mieszkała sama.
Miała w domu chłopa, nowy biust i jak poprzednio,
żadnych perspektyw. Ale przecież nie te są najważniejsze, wystarczy
by dobrze się czuć.
Którejś, kolejnej nocy kiedy nie mogła zasnąć
dotknęła swoich piersi i zbaraniała. Znowu były małe, sflaczałe
i jakby poddając się prawu grawitacji ciągnęły ku ziemi.
Tym razem jednak nie zrobiła z tego faktu sensacji.
Jest rzeczą ziemską iż w końcu wszystko wraca do pierwotnego kształtu.
Nawet rzeczy tak przyziemne jak kobiecy biust.
LVIII. Pogrzeb dwudziesty dziewiąty - patologiczny.
Czas wpisany jest w koło. Albo odwrotnie. Podobnie
mają się sprawy z : chorobami wenerycznymi, zbrodnią i karą, posiadaniem
a ubóstwem, kochaniem a zdradzaniem, popijaniem w domu lub w knajpie.
Mężczyzna który leżał w trumnie nie miał już jednak
tego rodzaju myśli. Był, ale jakby nie istniał. Dylemat z pogranicza
wiary, filozofii, materii i kilku innych dziedzin tak materialnych
jak i metafizycznych.
Trumna była dębowa, przystrojona w jakieś wstążki,
kokardy, dzwonki, kotyliony. Nie wiadomo, co jeszcze zdesperowana
rodzina potrafi wymyślić, lub dać sobie wmówić, szczególnie kiedy
posiada się pieniądze.
A tych zmarły miał w nadmiarze. Więc, kiedy poczuł
się na tyle źle, iż przeczuł zbliżający się koniec pobytu na tym
padole łez odwiedził zakład specjalizujący się w spełnianiu różnych
dziwnych zachcianek zblazowanych obywateli, i spędził w nim kilka
godzin.
Później zdążył odwiedzić jeszcze pewien kolorowy
budynek pełen przeźroczystych panienek mówiących z wyraźnym wschodni
akcentem, i jako honorowy gość dopuszczony został do malutkiego
otworu w ścianie, będącego przez ostatnie kilka lat jego jedynym
łącznikiem ze światem.
Wydziedziczył jeszcze domowego lekarza, kota wysłał
na dach, żonę do kochanka i spokojnie położywszy się do łóżka w
kilka minut później miał wszystkich z głowy.
Teraz zbierano się nad jego trumną, lamentowano,
co bardziej zdesperowani na pokaz próbowali nawet wyrywać sobie
włosy z głowy, ale ich powstrzymano. Istnieją przecież podobno
granice kretynizmu, których nawet na pogrzebach nie wypada przekraczać.
Kiedy zabrzmiała muzyka wszyscy wstali. Wdowa,
synowie, córka, współpracownicy. Następnie ksiądz zrobił swoje
i gdzieś po niespełna godzinie, kiedy wszyscy gotowali się do opuszczenia
kościoła i udania się na pobliski cmentarz, nagle rozległ się głos
umarłego wbijając wszystkich bez wyjątku w posadzkę.
Chłopcy z zakładu spełniającego dziwne zachcianki
zblazowanych obywateli spisali się na medal. Rozmieścili kilka
głośników w taki sposób, iż nawet najsłabiej słyszące ciotki nie
musiał dopytywać się o co w tym wszystkim chodzi.
Przez mniej więcej piętnaście minut monotonnym,
ale zdesperowanym i pewnym swego głosem, wyliczył wszystkim ich
gorszące uczynki. Żonie comiesięczne zdrady już w tydzień po ślubie,
dzieciom pijaństwo, pazerność, bujanie w obłokach i nie interesowanie
się życiem codziennym, współpracownikom okradanie go. Wszystko
z nazwiskami, przykładami. A na końcu powiedział
- Jestem wami zmęczony, jak tylko człowiek potrafi,
więc postanawiam ...- i tutaj skrupulatnie wyliczył kogo czego
pozbawia, a na końcu dodał - naturalnie moja wola zostaje także
spisana by przypadkiem nie przyszło wam do głowy włóczyć się po
sądach. Pozostaje powiedzieć mi ostatnie słowo : pocałujcie się
w dupę.
Kiedy wyłączono magnetofon zapanowała przeraźliwa
cisza przerywana jedynie odgłosami nerwowo przełykanej śliny.
- To jakiś smutny żart - po chwili powiedziała
szanowna wdowa.
- Chyba nie mamo, w większości nazwiska twoich
kochanków zgadzają się, jeżeli naturalnie nie myli mnie pamięć
- córka nie lubiła matki, więc nawet w kościele mściła się, naturalnie
najbardziej delikatnie jak tylko potrafiła.
Mama popatrzyła na nią z odrazą, odwróciła głowę
i wyszła z kościoła. Za nią uczyniła to większość, tak że po kilku
minutach przy trumnie pozostał jedynie ksiądz i kilka nie znających
się osób, ale nie należących do rodziny.
- Jakie miłe zgromadzenie. Rozsądni ludzie na
wpływowych stanowiskach. Do tego wprost przeżarci miłosierdziem
bliźniego.
Mężczyzna który wypowiedział te słowa podszedł
do trumny, dotknął jej, następnie przeżegnał się i także opuścił
kościół.
- Co robimy ? - zapytał księdza wikary.
Ten popatrzył na niego z niedowierzaniem i w kilku
chwil później skromny kondukt ruszył w stronę cmentarza.
Z oddali przyglądała mu się młoda, ubrana w zielony
kostium kobieta. Kiedy zauważyła trumnę spuszczaną do ziemi rozpłakała
się i wyszeptała :
- Mogłeś jeszcze tak długo żyć, ale nie chciałeś.
Co ja teraz bez ciebie pocznę ?
Odpowiedział jej wrzask ptaków, jakby odgłos rozpadającego
się od starości roweru i przeświadczenie iż na tym najsmutniejszym
ze światów nawet bycie bogatym nie upoważnia do niczego.
W jakąś godzinę później siedziała samotnie wśród
tłumu ubranych w nieskazitelną biel kelnerów i z zażenowaniem przypatrywała
się jak kilogramy jedzenia psują się na suto zastawionych stołach.
Poza nią i wieloletnim kierowcą pana R. nikt na
stypę się nie pofatygował. Z roztargnieniem sięgnęła po kieliszek,
który natychmiast usłużny kelner napełnił, zapaliła długiego papierosa
chociaż zdawała sobie sprawę z absurdu tego gestu i znudzona zastanowiła
się jak długo jeszcze powinna wytrwać na tej przerażającej ją pustyni.
- Pewnie jest pani kobietą do której zawoziłem
pana R. we wtorki i czwartki.
- Po osiemnastej - odpowiedziała nie patrząc na
niego.
- I u której zostawał zawsze nie dłużej jak godzinę
i czterdzieści minut.
- Seks zajmował mu około dziesięciu minut, dwadzieścia
mycie się i ubieranie. Resztę czasu poświęcał na przypatrywaniu
się mnie nagiej leżącej na łóżku. Co prawda kilka razy polecił
mi bym wstała i przeszła się po pokoju, ale większość z tych czternastu
lat przeleżałam na łóżku. Nawet kiedy było w mieszkaniu zimno nie
pozwalał mi się ubrać ani przykryć.
- I nie nudziło się pani ?
Dopiero teraz podniosła na niego wzrok. Przystojny
mężczyzna bez większej dozy skrępowania czy zakłopotania.
- Okropnie, ale wolałam to od na przykład pracy
w fabryce, przy chorych dzieciach czy bezdusznych starcach. Płacił
nad wyraz dobrze, niczego nie wymagał, poza naturalnie dwoma szybkimi,
nie wyrafinowanymi i w gruncie rzeczy bezuczuciowymi stosunkami
w tygodniu, plus naturalnie około godziny leżenia nago na łóżku.
Upiła łyk wina, zgasiła papierosa w śnieżnobiałej
popielniczce i z niechęcią rozejrzała się po sali. Miała do siebie
żal że się tutaj znalazła.
Czyli pan R. także nie był bez winy.
- O jakiej winie pan mówi ? Podupczyć sobie niezobowiązująco
raz na tydzień nie jest przecież jakimś wielkim grzechem. Naturalnie,
jeżeli ta druga osoba, czyli ja, nie ma nic przeciwko temu.
Na chwilę zapadło kłopotliwe milczenie, więc by
je przerwać wskazała mężczyźnie krzesło obok siebie. Poczęstowała
go także papierosem.
- Jestem, byłam - natychmiast się poprawiła -
zupełnie czymś innym niż reszta jego rodziny, wiem o wszystkim,
gdyż kiedy dwa razy w tygodniu leżałam na łóżku naga opowiadał
mi o swoich kłopotach, tak w domu jak i w fabryce.
- Nie miał żadnych kłopotów, tylko same nieprzyjemności.
- Co za różnica ? - zapytała z zaczepką w głosie.
- Wyłącznie w nazwie.
Przez chwilę popijali w milczeniu. Szeregi śnieżnobiałych
kelnerów krążyły po sali jakby w oczekiwaniu na lepsze czasy. Kiedyś
pewnie się ich doczekają.
- Co teraz będzie pani robiła ?
Zastanowiła się i przez chwilę poczuła ból w bliżej
nieokreślonym miejscu w ciele.
- We wtorki i czwartki będę się rozbierała, kładła
na łóżku i patrzyła w sufit. W pozostałe dni tygodnia postaram
się żyć jakby się nic nie stało. Przecież, właściwie, nic takiego
się nie wydarzyło. Ziemia przyjęła kolejną ofiarę.
Długo przełykał ślinę zanim się przemógł i zapytał
:
- Mogę przyjść popatrzeć ?
Cała odwróciła się w jego kierunku i szybko oszacowała
go wzrokiem.
- Właściwie dlaczego nie ? Leżenie nago na łóżku
bez publiczności jest swojego rodzaju zboczeniem, taką sztuką dla
sztuki.
Skinęła na kelnera i zażądała szampana. Kiedy
go pili nagle na sali pojawiło się kilka zamaskowanych postaci.
- Widzi pan to samo co ja ?
- Pewnie tak, kilogramy jedzenia, mnóstwo zakorkowanych
butelek...
Zniecierpliwiona przerwała mu w połowie zdania.
- Myślę o postaciach w maskach na twarzach.
Poparzył na nią zdumiony i delikatnie odłożył
kieliszek.
- Tak, w maskach - napierała.
- Oczywiście - przyznał, chociaż już nie był taki
pewien iż w najbliższy czwartek przysunie do łóżka krzesło by usiąść
na nim i przez mniej więcej godzinę przyglądać się nagiej kobiecie.
- Kim one mogą być ? Chyba nie przedstawicielami
tego, podobno lepszego, ze światów.
Nie odpowiedział jej, pożegnał się i wyszedł na
rozkojarzony świat pełen małych myszek goniących za doskonałością.
Wsiadł do samochodu i pojechał pod zakład fryzjerski odebrać żonę
pana R. Ta stała już na krawężniku i ze złością co sekundę spoglądała
w kierunku świtu.
- Gdzie się tak długo podziewałeś ? - zapytała
jak tylko usadowiła się na tylnim siedzeniu.
- Załatwiałem ostatnie sprawy pana R.
- Przyziemne ? - w jej głosie czaiła się złość,
nienawiść i wszystko, co tylko kobieta potrafi z siebie wykrzesać
kiedy nienawidzi.
- Aż za bardzo. Krzesło, łóżko, brak perspektyw
i...
- Bądź tak uprzejmy i oszczędź mi szczegóły. Tan
szubrawiec...
Nie słuchał co mówiła. Wiózł ją gdzie kazała,
ale myślami był już przy krześle, które przysuwał w kierunku łóżka.
Poza tym wszystko było w należytym porządku. Ludzie
rodzili się, dostawali gorączki, wspinali się w górach. Niektórzy
powtarzali to samo, tylko w odwrotnym kierunku. Nic jednak z tego
nie wynikało.
LIX.
Czasami strasznie trudno zrozumieć samego siebie.
Jest to truizm, ale prawdziwy. Wchodzimy do sklepu i kupujemy kapelusz
którego nigdy nie założymy, na targowisku kilogram grzybów, które
w domu wyrzucamy do śmieci, mówimy żonie że ją kochamy, kiedy tak
naprawdę utopilibyśmy ją w łyżce śmietany, którą z taką zażartością
pożera.
Ale to drobiazgi. Bardziej poważne jest przeżywanie
rzeczy i sytuacji, które nigdy nie miały miejsca, jako prawdziwe.
Lub prawdopodobne. Jest to o tyle niebezpieczne, iż zagraża doraźnej
egzystencji, oraz zdrowiu.
Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło
- jak mawiała pewna kobieta wspinając się na mężczyznę - oderwanie
się na stałe od rzeczywistości powoduje powrót do raju lat dziecinnych,
lat wypełnionych łapaniem motyli i podglądaniem służącej w kąpieli,
chociaż ta nie przepadała za czystością.
I jeszcze ten w żaden sposób nie dający się wymazać
z pamięci wypadek. Zdarzyło się to pod wieczór, w październiku,
miesiącu złym, smutnym i ponurym. Nie miałeś wtedy więcej jak czternaście
lat, wracałeś ze szkoły kiedy niespodziewanie ta kobieta zaszła
ci drogę, wzięła za rękę i powiedziała, że jest twoją matką.
- Nie mam matki - broniłeś się - a tym bardziej
nie chcę mię teraz, kiedy zrozumiałem, iż bez niej także można
całkiem dobrze żyć.
Uderzyła cię w twarz rękawiczką, zaprowadziła
do przeraźliwie brudnej kawiarni i wmusiła w ciebie puchar roztopionych
lodów.
- Powiedz mi - zapytała nagle, kiedy już byłeś
przekonany że nie odezwie się już nigdy - czy ojciec...
- Proszę nie mieszać do tego mojego ojca ! - krzyknąłeś,
kelnerce z rąk wypadło pudełko zapałek i bez życia potoczyło się
pod zamglone okno po drodze rozsypując się na sześćdziesiąt cztery
części.
- Przepraszam - wymamrotała kobieta - ale przecież
to ON jest przyczyną tego wszystkiego. Gdyby wtedy nie zaciągnął
mnie do...
Odwróciłeś się od niej i przyglądałeś się jak
kelnerka niezdarnie zbiera zapałki, a jej spódnica niebezpiecznie
podnosi się odsłaniając białe majtki i jeszcze bielsze ciało.
- Pani też tak wyglądała ? - zapytałeś nagle i
kobieta zarumieniła się.
- Nie wiem, przecież kiedy twój ojciec rozdziewiczał
mnie nie patrzyłam na siebie z góry, ale można teoretycznie przyjąć,
iż tak mogłam wyglądać, naturalnie byłam o wiele od niej przystojniejsza.
Odsunąłeś wtedy puchar z nie tchniętymi lodami
na odległość ramienia i pożałowałeś że nie znajdujesz się w Zakopanym.
- Po co pani to wszystko robi ? Przecież jest
zupełnie bez sensu starać się wrócić przeszłość, kiedy...
- Sama nie wiem - kobieta zdumiała się słysząc
własne słowa - odebrano mi cię zaraz po porodzie, co prawda wcześniej
podpisałam jakieś dokumenty, ale...
Kelnerka pozbierała wszystkie zapałki, dla pewności
wiejskim uporem przeliczyła je jeszcze raz i teraz stała z pudełkiem
w ręku nie wiedząc co z nim zrobić.
- Proszę włożyć je do szerokiego pojemnika i przykryć
książką do historii - poradziłeś jej, co też z ochotą zrobiła.
W tym czasie kobieta siedząca z tobą przy stoliku,
a podająca się za twoją matkę, zapaliła papierosa, spojrzała przez
okno na kałużę wypełniającą pół ulicy i w końcu z niechęcią zapytała
:
- Ma jakąś kobietą ? Bo jak nie to wracam do domu.
Zdumiony nie wiedziałeś co masz odpowiedzieć.
Perspektywa mieszkania znowu pod jednym dachem z obcą kobietą wydawała
ci się nie do zaakceptowania.
- Tak - skłamałeś - i wygląda na to, że nieźle
się im układa.
- Bogu dzięki - westchnienie ulgi jakoś niezręcznie
wydobyło się z kobiecych, zdecydowanie za bardzo umalowanych ust
- tak się bałam iż znowu będę musiała prasować mu koszule, gotować
te jego przeklęte zupy i codziennie rano brać do buzi...
- Mój ojciec nie jada zup, pewnie pomyliła pani
adresy.
Kobieta nerwowym ruchem wyjęła z torebki świstek
papieru, szybko przebiegła po nim wzrokiem i nie płacąc rachunku,
ani nie mówiąc słowa na pożegnanie, wybiegła z kawiarni.
Kelnerka nie pozwoliła mi zapłacić, twierdząc
iż uratowałem jej życie doradzając jak ma postąpić z pudełkiem
dopiero co pozbieranych zapałek.
Minęło kilkanaście lat, znowu byłem z kobietą
w kawiarni i znowu kelnerka upuściła pudełko z zapałkami, tym razem
było ich jednak czterdzieści osiem ( w pięć lat później upadała
jej zapalniczka ).
Kobieta z którą siedziałem przy stoliku kompletnie
nie była mną zainteresowana, chociaż, jak twierdziła, kochała mnie.
Oglądała sobie postrzępione paznokcie, dogadywała siedzącym obok
przy stoliku idiotom kłócącym się czy Matrix czy Gwiezdne Wojny
były najlepszym filmem w historii.
Nie wiadomo dlaczego akurat w tym momencie przypomniała
mi się kobieta, która wiele lat temu pomyliła sobie mnie z kimś
innym uważając za swojego syna. Chociaż była to prawda, skonsultowałem
to w wieku maturalnym z ojcem, nigdy się z tym nie pogodziłem.
Nie miałem matki i koniec.
Teraz przeprosiłem kobietę, która podobno mnie
kochała, ale nudziła się w moim towarzystwie, poszedłem do toalety
i tam przez małe okienko wydostałem się na obsikane przez pijaków
podwórze. Nie wiem dlaczego nie wyszedłem jak normalny człowiek,
drzwiami ? Pewnie wstydziłem się samego siebie. Kiedy tak stałem
na tym ohydnym podwórku otoczony przez głodne koty zrozumiałem
jaką krzywdę wyrządziłem kobiecie, której wmówiłem iż pomyliła
adresy.
Chociaż nie palę schyliłem się po całkiem sporego
peta widać oczekującego lepszych czasów. I te właśnie dla niego
nastały. Ale jeszcze potrzebowałem zapałek. Wślizgnąłem się do
o dziwo pustej kuchni i postanowiłem chwilę poczekać.
Pomieszczenie to przypominało mi pewien film grozy.
Pajęczyny, brud, nie umyte garnki i talerze walały się po całej
podłodze. Tylko nad obślizgłym zlewozmywakiem wisiał wypielęgnowany
obrazek przypominający Morskie Oko spowite śniegiem.
- Rzeczywiście, matka nie pomyliła się mówiąc
na łożu śmierci iż moim przeznaczeniem będzie mężczyzna który poprosi
mnie o zapałki.
Młoda, prawie mojego wzrostu kelnerka patrzyła
na mnie pełnymi pożądania oczami.
- O której kończy pani pracę ?
Podała mi zapałki, zdjęła fartuszek i powiedziała
:
- Właśnie skończyłam.
- Pierwsze dziecko panie doktorze urodziło się
nam w dwa lata później, potem drugie i trzecie, ale do dzisiaj
nie słyszałem by jakaś kobieta wypytywała jej o ojca. Czy to normalne
?
Siedzieliśmy u mnie w gabinecie na trzecim piętrze
niepozornego budynku i od prawie godziny bez większego zainteresowania
wpatrywali się w siebie.
- Oczywiście - powiedziałem bez przekonania -
przecież kiedy matka dziecka czeka na niego w domu jak inna kobieta
może podawać się za nią ?
- Rzeczywiście - burknął mój pacjent - nie pomyślałem
o tym - ale jeżeli moja żona, a matka dla trojga naszych dzieci,
wyjdzie z domu ? Co wtedy ?
Miałem go dość, więc szybko przepisałem mu jakieś
pastylki uspokajające i poprosiłem by zgłosił się za miesiąc. Razem
z żoną.
Później umyłem ręce, otworzyłem drzwi od drugiego
pokoju i zapytałem :
- Słyszałaś wszystko wyraźnie ?
Kobieta, która weszła do pokoju także kiedyś była
moją pacjentką, ale odkąd niechcący przespałem się z nią rościła
sobie prawo do brania aktywnego udziału w moich terapiach. W przypadku
odmowy straszyła mnie powiadomieniem żony, izby lekarskiej, rzecznika
zaufania społecznego.
- To ja byłam tą kobietą - powiedziała nagle -
albo przynajmniej tak mi się wydaje. W sekundzie stała się blada,
ręce opadły jej wzdłuż ciała jak aktorowi który zapomniał roli.
W pierwszej chwili nie zrozumiałem o czym mówi,
ale kiedy zaczęła opisywać jak chłopczyk był ubrany i jak wyglądała
kawiarnia w której rozmawiali, zrozumiałem co miała na myśli.
Bez chwili zastanowienia pozbierałem jej rzeczy
i wyrzuciłem za okno. Pewnie nie był to gest godny lekarza, ale
już powyżej uszu miałem jej seksu zawsze kręcącego się wokół jednej
tylko pozycji, a jeszcze bardziej jej wtrącania się w moją praktykę
lekarską.
- Koło się zamknęło - powiedziałem cicho i zupełnie
bez sensu.
- Jakie koło idioto! Moje życie.
Wyszła cicho, prawie tak samo jak się pojawiła.
Pozostały po niej nie zamknięte drzwi do drugiego pokoju, oraz
setki stron zapisanych niezrozumiałym charakterem pisma.
Kiedy wróciłem do domu żona czekała na mnie z
kolacją. Usiadłem przy stole skazaniec z oczekiwaniu na ogłoszenie
wyroku.
- Dokąd w tym roku pojedziemy na wakacje ? - zapytała
żona jak to kobiety bez większych problemów życiowych i zmartwień
mają w zwyczaju.
- Do posępnej kawiarni w której kelnerki rozsypują
pudełka z zapałkami. Najpierw sześćdziesiąt cztery, później czterdzieści
osiem a na końcu upuszczają zapalniczki.
Popatrzyła na mnie z niedowierzaniem, a ja nagle
zdałem sobie sprawę, iż w tej historii nie pojawiła się jeszcze
kelnera, która upuszcza zapalniczkę.
- Tobie urlop potrzebny jest od jutra. Nie można
tyle pracować - mówiąc to nalewała mi zupy której nienawidziłem.
Wiedziała o tym od lat, ale zupełnie się mną nie przejmowała. A
już najmniej co lubiłem zjeść.
- Znalazłam tanią wycieczkę w katalogu, możemy
wyjechać...
Nie słuchałem co mówiła, zastanawiałem się czy
przypadkiem to nie ona była kobietą zaczepiającą małych chłopców
i wmawiających im iż jest ich matką. Zapytałem ją o to. Zmieszana
wzięła do ręki zapalniczkę, która niemal w tej samej sekundzie
wypadła jej z ręki i wolno potoczyła się po podłodze.
LX.Pogrzeb trzydziesty. Lewoskrętny, chociaż
nic konkretnego to nie oznacz. Gdyż niby jak?
Śnieg padał całe przedpołudnie. Z przyległościami.
Pewnie niechcący oblepił wszystkie domy w okolicy białym kołnierzem,
na parkingach unieruchomił samochody, a z chodników zrobił ślizgawki.
Jak w takich warunkach dostać się na cmentarz
? Na szczęście działały telefony, więc najpierw przesunięto porę
rozpoczęcia uroczystości najpierw o godzinę, potem o następną,
a kiedy zapadła ciemność zdecydowano się na przełożenie pogrzebu
na następny dzień.
Hotel w którym się zatrzymał przypominał najgorsze
strony opowieści Marka Twaina, ale przynajmniej z kranu płynęła
ciepła woda, a radio, chociaż trzeszczało jak niemowlę, dostarczało
chwilę ukojenia bezbarwną muzyką.
Kiedy telefon dał o sobie znać po raz trzydziesty
nie podniósł słuchawki. Za chwilę ponownie, więc z trudnością odsunął
jakiś zardzewiały mebel i wyłączył aparat z gniazdka. Od razu poczuł
się lepiej. Nalał szklankę wody z karafki stojącej na stole, wypił,
usiadł na łóżku i kolejny raz zastanowił się, po co do tej dziury
przyjechał. Pogrzeb nie był wystarczającym powodem, równie dobrze
mógł ojca pochować w stolicy, to znaczy w godzinę pogrzebu znaleźć
się w kościele i pomodlić w jego imieniu. Podróż do tej dziury
uważał teraz za błąd, a fakt iż musiał spędzić tutaj jeszcze noc
i połowę jutrzejszego przedpołudnia uważał za stratę czasu.
Miał o to do siebie pretensje. Zapragnął napić
się czegoś mocniejszego, ale przewidując o tej poprze stypę nie
stał się posiadaczem jakiejś butelki. Teraz postanowił ten błąd
nadrobić. Wcześniej jednak podniósł słuchawkę by zatelefonować
do kobiety używającej jego nazwiska i ręczników, i zakomunikować
jej o zmianie terminu pogrzebu, ale telefon był głuchy.
Zły odrzucił z niechęcią słuchawkę na widełki
zapominając, iż przed chwilą sam wyłączył go z gniazdka. Kobieta
podająca się za jego drugą połowę nienawidziła, kiedy telefonował
do niej i bełkotał. Prawdę mówiąc nienawidziła prawie wszystkiego
co dotyczyło jego, ale od kilku lat trzymała się go jak na pełnym
morzu rozbitek szalupy, ponieważ tak po prostu nie miała dokąd
odejść. Im bardziej zdawała sobie z tego sprawę, tym bardziej go
nienawidziła.
Na szczęście nie miała ochoty z nim pojechać,
nie znała teścia a bardzo dobrze pamiętała co powiedział do niej
kiedy zatelefonowała z wiadomością iż wychodzi za jego syna za
mąż.
- Gdybym miał bywać na każde wezwanie kobiety,
którą mój syn zaciągnął do łóżka, prawie całe dorosłe życie spędziłbym
w podróży.
A teraz leżał w jakiejś zapomnianej przez Boga,
ale nie przez robactwo, chłodni i coś co z niego pozostało czekało
aż śnieg przestanie padać.
Jeszcze raz popatrzył na telefon, wyciągnął rękę
by go dotknąć ale rozmyślił się, nałożył marynarkę i zszedł tych
kilka skrzypiących schodów na dół do hotelowej, pustawej restauracji,
ale w której wreszcie mógł się napić. I pomyśleć o macosze której
nie widział osiem długich lat. Dokładnie od pogrzebu mamy.]
Kelner który podszedł do stolika miał ze dwa metry
wzrostu i nadawał się do wszystkiego, tylko nie do tego zawodu.
Na tacy miał kieliszek, wodę mineralną i dwie butelki. Koniak i
czysta.
- Od lat rozpoznaję klienta po wyglądzie, dlatego
jeszcze nie wyrzucili mnie z pracy. Przyznaję, że na pierwszy rzut
oka nie pasuję do tego zawodu.
Szybko nalał mu kieliszek czystej, po chwili drugi.
I postawił na stoliku butelkę wody mineralnej.
- Kiedy ona przyjdzie ?
Wysoki kelner zamyślił się, chociaż doskonale
znał odpowiedź.
- Zawsze zjawia się kilka minut przed siódmą,
więc nie widzę powodu by dzisiaj miało być inaczej. Drobiazg w
postaci przełożenia najpierw godziny, a później daty pogrzebu jej
męża nie powinien w żaden sposób wpłynąć na jej przyzwyczajenie.
Z rozkoszą przełknął pierwszy od dawna łyk alkoholu.
Chociaż nie palił rozejrzał się za papierosami. Kilka stolików
od miejsca w którym siedział zauważył widać zapomnianą przez kogoś
paczkę, ale nie chciało mu się wstać.
Popatrzył przez okno i zdumiał się. Przecież jeszcze
kilka minut temu śnieg wręcz paraliżował życie miasteczka w którym
znalazł się wyłącznie dzięki - jeżeli można tak powiedzieć - pogrzebowi
ojca, a teraz girlanda świateł zachodzącego radośnie słońca, oraz
tony kwitnących jak na zawołanie kwiatów zmieniły świat nie do
poznania. Przynajmniej pewną jego część.
Jeszcze raz skinął na kelnera.
- Kilka dni temu - odezwał nie patrząc na niego
- znalazłem się kilka kilometrów za miastem, na nie skoszonej łące
na której zebrało się kilku mężczyzn zawzięcie kłócącym się. Bardziej
z nudów niż z ciekawości podszedłem do nich. Jeden z nich, mężczyzna
o sylwetce zdychającego od nadmiaru wrażeń pingwina, wskazał mi
mały palik niechlujnie wbity w ziemię i jakby od niechcenia powiedział
:
- Dla wierzących ten kawałek drewna jest dowodem
na cierpienie za wiarę. Podobno kiedy wyrwie się go z ziemi wypływa
krew. Natomiast dla lewicowców to nic innego jak pozostałość po
walce o równouprawnienie. Jak mogę doszukiwać się aż tak szczytnych
idei w kawałku drewna ? Nie rozumiem. Zaś dla wszystkich innych
- kontynuował jak maszynka do liczenia pieniędzy - to tylko, i
nic innego, jak kawałek drewna wbity w ziemię. I bądź tutaj człowieku
mądrym i pisz wiersze. Przecież to nic innego jak obrazek naszego
kraju w piguł-
- ce. Kawałek brudnego patyka i od razu takie
kłótnie. Jak w takich warunkach budować zgodę narodową ? Nie ma
na nią najmniejszych szans.
Skinął na kelnera i ten natychmiast napełnił kieliszek.
- Wróciłem na to przeklęte ściernisko wieczorem,
wyrwałem z ziemi kawałek drewna, naturalnie nie wypłynęła spod
niego żadna krew i przyjrzałem mu się. Był dość niechlujne zastruganym,
pewnie przez dziecko, kawałkiem...
Nie dokończył ponieważ do pustawej sali restauracyjnej
weszła elegancka, młoda kobieta w letniej sukience, rozglądnęła
się jakby szukając znajomych, i powoli, prowokującym krokiem pseudo
modelki podeszła do jego stolika, odsunęła krzesło, usiadła, popatrzyła
na kelnera nic nie wyrażającym wzrokiem a ten natychmiast pobiegł
na zaplecze i po chwili butelka szampana pojawiła się na stoliku.
- Dlaczego założyłaś letnią sukienkę ? Jest przecież
środek zimy.
Kobieta uśmiechnęła się, ale jakby z wymuszonym
wysiłkiem.
- Mówisz jak twój ojciec. Zawsze mnie krytykował,
nawet kiedy...
- Nie interesuje mnie wasze życie intymne. Dość
mam swojego, nudnego kawałka nie zaoranego ugoru.
- Aż tak źle ? - kobieta dotknęła jego ręki. Poczuł
ukłucie jakby niezręczna pielęgniarka złamała igłę robiąc zupełnie
niepotrzebny zastrzyk.
Nie wiedząc co odpowiedzieć popatrzył za okno.
Znikło radośnie zachodzące słońce jak i tony kwitnących kwiatów,
wróciła zima.
- Jak umarł ? - w chwili, kiedy wypowiadał to
pytanie już tego żałowała. Ale zostało zadane i zaczęło żyć własnym
życiem.
Popatrzyła jak na przedmiot, którym pewnie w jej
oczach był.
- Normalnie, cokolwiek to znaczy. Przyszedł ze
swojego ukochanego burdelu gdzie od lata podglądał pieprzące się
pary, napił się kawy, położył do łóżka i już więcej nie wstał.
Nawet do toalety. Nic bardziej banalnego nie mogło się przytrafić,
chociaż - zawahała się - mógł przecież przyjść do mojego pokoju,
kazać mi się rozebrać i - jak to miał w zwyczaju - namawiać mnie
bym przytyła. Nie lubił kościotrupów, którym jego zdaniem jestem.
- Nic przez te osiem lat nie przytyłaś ?
- Ani grama.
- Zadziwiające.
Przez dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu, każde
pogrążone we własnych myślach. On zastanawiał się, czy jak to bywało
w przeszłość z jej ust padnie propozycja, by udali się do jego
pokoju, ona zaś zastanawiała się dlaczego wyszła za jego ojca,
przecież równie dobrze mogła ze tego dupka siedzącego naprzeciwko
niej. To same nazwisko, podobne problemy.
- Mam problemy z ciśnieniem - powiedziała nagle
zupełnie bez sensu.
- Byłaś u lekarza ?
- A po co ?
Do restauracji wbiegło dwoje dzieci ciągnąc za
sobą napis : nie ma przebaczenia , trochę pokręcili się
po sali aż w końcu znikli w hallu.
- Idziemy do ciebie ?
Chociaż przygotowany był na to pytanie zaskoczyło
go. Zapragnął papierosa więc wstał, podszedł do stolika na którym
kilka minut temu zauważył zapomnianą paczkę i wziął ją do ręki.
Była pusta.
- Mogłeś poprosić mnie, wiesz przecież iż czasami
podpalam.
Nie wiadomo dlaczego zdenerwował się.
- Nie chcę niczego od ciebie, nawet seksu. Jest
tak prymitywny...
Nagle przerwał ponieważ zdał sobie sprawę z bezsensu
tego wszystkiego. Kilka godzin temu miano pochować jego ojca, jaki
by nie był, a on prowadzi idiotyczne rozmowy z nie mniej pozbawioną
rozumu kobietą, której jedyną zaletą było ciało, uroda i przemożna
chęć bycia kimś w życiu.
- Nie jest to dla ciebie najlepszy dzień. Napij
się - podsunęła mu kieliszek.
Kiedy się obudził poczuł pragnienie nie dające
się porównać z niczym. Próbując wstać dotknął czyjegoś ciała. Nie
musiał świecić światła by wiedzieć kto leżał obok niego.
Jakoś doczłapał do łazienki, napił się obrzydliwej,
letniej wody i spostrzegł iż na półce nad wanną leży paczka papierosów.
Wyjął jednego, chwilę się zastanawiał, ale w końcu zapalił. Błogie
uczucie ulgi już po chwili spływało we wszystkie zakamarki ciało.
- Naprawdę chcesz ze mną zamieszkać ?
Stała w drzwiach i z uśmiechem przyglądała się
jak pali.
- Tak powiedziałem ?
- Nie tylko mnie. W środku nocy zatelefonowałeś
do żony i opowiedziałeś jej jak przez kilka letnich miesięcy przed
śmiercią mamy, a później przed ślubem ojca sypiałeś ze mną.
- Przecież wychodzą z pokoju wyłączyłem telefon
z kontaktu - przypomniał sobie jak przez mgłę trudność z jaką przesuwał
szafkę za którą znajdowało się gniazdko.
- Jakoś wybrnęliśmy i z tego problemu.
Podeszła do niego i pocałowała w policzek. Poczuł
zapach śmierci. Pewnie - pomyślał - ojciec czuł to samo.
- Do którego burdelu chodził ? - zapytał nagle,
jakby już zamieszkał w tej dziurze na stałe i odwiedziny w tym
przypadku miały stać się jego jedyną rozrywką.
- W tej dziurze jest tylko jeden, ale zapomnij
o nim. Dziurkę w ścianie możesz przewiercić w pokoju przylegającym
do mojej sypialni i godzinami patrzeć na mnie. Nie mam nic przeciwko
temu.
Tym razem uroczystości pogrzebowe przebiegły spokojnie.
Nie padał śnieg, nikt zbyt głośno nie wyrażał żalu po zmarłym.
Stał obok macochy ( młodszej nawet od niego ), trzymał ją za rękę
i zastanawia się, czy to nie sen.
Pogrzeb może nim był, ale kiedy znowu znalazł
się w pokoju hotelowym nie uwierzył własnym oczom. Cały zapchany
był jego rzeczami. A na stole leżał rachunek za ich transport.
Kiedy wieczorem zszedł do restauracji już na niego
czekała. Jak przypuszczał miała na sobie, jak zwykle, letnią sukienkę.
- Wysprzątałam twój pokój, możesz wprowadzić się
kiedy zechcesz.
- A kwarantanna ?
- Co masz na myśli ? - zdziwiła się - przecież
ojciec nie zmarł na jakąś chorobę zakaźną, tylko zwyczajnie nie
chciało mu się już dalej żyć. Był znudzony dokładnie wszystkim,
nawet odwiedziny w burdelu i podglądanie kochających się par traktował
jako swego rodzaju dopust boży, ale czymś przecież czasami musiał
się zajmować.
- Skończę podobnie ? Odwróciła od niego głowę i popatrzyła przez okno. Znowu nagle
nastało lato i tony kwiatów przelewały się przez czas. LXI. Pogrzeb trzydziesty. Lewoskrętny, chociaż
nic konkretnego to nie oznacz. Gdyż niby jak? Śnieg padał całe przedpołudnie. Z przyległościami.
Pewnie niechcący oblepił wszystkie domy w okolicy białym kołnierzem,
na parkingach unieruchomił samochody, a z chodników zrobił ślizgawki. Jak w takich warunkach dostać się na cmentarz
? Na szczęście działały telefony, więc najpierw przesunięto porę
rozpoczęcia uroczystości najpierw o godzinę, potem o następną,
a kiedy zapadła ciemność zdecydowano się na przełożenie pogrzebu
na następny dzień. Hotel w którym się zatrzymał przypominał najgorsze
strony opowieści Marka Twaina, ale przynajmniej z kranu płynęła
ciepła woda, a radio, chociaż trzeszczało jak niemowlę, dostarczało
chwilę ukojenia bezbarwną muzyką. Kiedy telefon dał o sobie znać po raz trzydziesty
nie podniósł słuchawki. Za chwilę ponownie, więc z trudnością
odsunął jakiś zardzewiały mebel i wyłączył aparat z gniazdka.
Od razu poczuł się lepiej. Nalał szklankę wody z karafki stojącej
na stole, wypił, usiadł na łóżku i kolejny raz zastanowił się,
po co do tej dziury przyjechał. Pogrzeb nie był wystarczającym
powodem, równie dobrze mógł ojca pochować w stolicy, to znaczy
w godzinę pogrzebu znaleźć się w kościele i pomodlić w jego imieniu.
Podróż do tej dziury uważał teraz za błąd, a fakt iż musiał spędzić
tutaj jeszcze noc i połowę jutrzejszego przedpołudnia uważał
za stratę czasu. Miał o to do siebie pretensje. Zapragnął napić
się czegoś mocniejszego, ale przewidując o tej poprze stypę nie
stał się posiadaczem jakiejś butelki. Teraz postanowił ten błąd
nadrobić. Wcześniej jednak podniósł słuchawkę by zatelefonować
do kobiety używającej jego nazwiska i ręczników, i zakomunikować
jej o zmianie terminu pogrzebu, ale telefon był głuchy. Zły odrzucił z niechęcią słuchawkę na widełki
zapominając, iż przed chwilą sam wyłączył go z gniazdka. Kobieta
podająca się za jego drugą połowę nienawidziła, kiedy telefonował
do niej i bełkotał. Prawdę mówiąc nienawidziła prawie wszystkiego
co dotyczyło jego, ale od kilku lat trzymała się go jak na pełnym
morzu rozbitek szalupy, ponieważ tak po prostu nie miała dokąd
odejść. Im bardziej zdawała sobie z tego sprawę, tym bardziej
go nienawidziła. Na szczęście nie miała ochoty z nim pojechać,
nie znała teścia a bardzo dobrze pamiętała co powiedział do niej
kiedy zatelefonowała z wiadomością iż wychodzi za jego syna za
mąż. - Gdybym miał bywać na każde wezwanie kobiety,
którą mój syn zaciągnął do łóżka, prawie całe dorosłe życie spędziłbym
w podróży. A teraz leżał w jakiejś zapomnianej przez Boga,
ale nie przez robactwo, chłodni i coś co z niego pozostało czekało
aż śnieg przestanie padać. Jeszcze raz popatrzył na telefon, wyciągnął
rękę by go dotknąć ale rozmyślił się, nałożył marynarkę i zszedł
tych kilka skrzypiących schodów na dół do hotelowej, pustawej
restauracji, ale w której wreszcie mógł się napić. I pomyśleć
o macosze której nie widział osiem długich lat. Dokładnie od
pogrzebu mamy.] Kelner który podszedł do stolika miał ze dwa
metry wzrostu i nadawał się do wszystkiego, tylko nie do tego
zawodu. Na tacy miał kieliszek, wodę mineralną i dwie butelki.
Koniak i czysta. - Od lat rozpoznaję klienta po wyglądzie, dlatego
jeszcze nie wyrzucili mnie z pracy. Przyznaję, że na pierwszy
rzut oka nie pasuję do tego zawodu. Szybko nalał mu kieliszek czystej, po chwili
drugi. I postawił na stoliku butelkę wody mineralnej. - Kiedy ona przyjdzie ? Wysoki kelner zamyślił się, chociaż doskonale
znał odpowiedź. - Zawsze zjawia się kilka minut przed siódmą,
więc nie widzę powodu by dzisiaj miało być inaczej. Drobiazg
w postaci przełożenia najpierw godziny, a później daty pogrzebu
jej męża nie powinien w żaden sposób wpłynąć na jej przyzwyczajenie. Z rozkoszą przełknął pierwszy od dawna łyk alkoholu.
Chociaż nie palił rozejrzał się za papierosami. Kilka stolików
od miejsca w którym siedział zauważył widać zapomnianą przez
kogoś paczkę, ale nie chciało mu się wstać. Popatrzył przez okno i zdumiał się. Przecież
jeszcze kilka minut temu śnieg wręcz paraliżował życie miasteczka
w którym znalazł się wyłącznie dzięki - jeżeli można tak powiedzieć
- pogrzebowi ojca, a teraz girlanda świateł zachodzącego radośnie
słońca, oraz tony kwitnących jak na zawołanie kwiatów zmieniły
świat nie do poznania. Przynajmniej pewną jego część. Jeszcze raz skinął na kelnera. - Kilka dni temu - odezwał nie patrząc na niego
- znalazłem się kilka kilometrów za miastem, na nie skoszonej
łące na której zebrało się kilku mężczyzn zawzięcie kłócącym
się. Bardziej z nudów niż z ciekawości podszedłem do nich. Jeden
z nich, mężczyzna o sylwetce zdychającego od nadmiaru wrażeń
pingwina, wskazał mi mały palik niechlujnie wbity w ziemię i
jakby od niechcenia powiedział : - Dla wierzących ten kawałek drewna jest dowodem
na cierpienie za wiarę. Podobno kiedy wyrwie się go z ziemi wypływa
krew. Natomiast dla lewicowców to nic innego jak pozostałość
po walce o równouprawnienie. Jak mogę doszukiwać się aż tak szczytnych
idei w kawałku drewna ? Nie rozumiem. Zaś dla wszystkich innych
- kontynuował jak maszynka do liczenia pieniędzy - to tylko,
i nic innego, jak kawałek drewna wbity w ziemię. I bądź tutaj
człowieku mądrym i pisz wiersze. Przecież to nic innego jak obrazek
naszego kraju w pigułce. Kawałek brudnego patyka i od razu takie
kłótnie. Jak w takich warunkach budować zgodę narodową ? Nie
ma na nią najmniejszych szans. Skinął na kelnera i ten natychmiast napełnił
kieliszek. - Wróciłem na to przeklęte ściernisko wieczorem,
wyrwałem z ziemi kawałek drewna, naturalnie nie wypłynęła spod
niego żadna krew i przyjrzałem mu się. Był dość niechlujne zastruganym,
pewnie przez dziecko, kawałkiem... Nie dokończył ponieważ do pustawej sali restauracyjnej
weszła elegancka, młoda kobieta w letniej sukience, rozglądnęła
się jakby szukając znajomych, i powoli, prowokującym krokiem
pseudo modelki podeszła do jego stolika, odsunęła krzesło, usiadła,
popatrzyła na kelnera nic nie wyrażającym wzrokiem a ten natychmiast
pobiegł na zaplecze i po chwili butelka szampana pojawiła się
na stoliku. - Dlaczego założyłaś letnią sukienkę ? Jest
przecież środek zimy. Kobieta uśmiechnęła się, ale jakby z wymuszonym
wysiłkiem. - Mówisz jak twój ojciec. Zawsze mnie krytykował,
nawet kiedy... - Nie interesuje mnie wasze życie intymne. Dość
mam swojego, nudnego kawałka nie zaoranego ugoru. - Aż tak źle ? - kobieta dotknęła jego ręki.
Poczuł ukłucie jakby niezręczna pielęgniarka złamała igłę robiąc
zupełnie niepotrzebny zastrzyk. Nie wiedząc co odpowiedzieć popatrzył za okno.
Znikło radośnie zachodzące słońce jak i tony kwitnących kwiatów,
wróciła zima. - Jak umarł ? - w chwili, kiedy wypowiadał to
pytanie już tego żałowała. Ale zostało zadane i zaczęło żyć własnym
życiem. Popatrzyła jak na przedmiot, którym pewnie w
jej oczach był. - Normalnie, cokolwiek to znaczy. Przyszedł
ze swojego ukochanego burdelu gdzie od lata podglądał pieprzące
się pary, napił się kawy, położył do łóżka i już więcej nie wstał.
Nawet do toalety. Nic bardziej banalnego nie mogło się przytrafić,
chociaż - zawahała się - mógł przecież przyjść do mojego pokoju,
kazać mi się rozebrać i - jak to miał w zwyczaju - namawiać mnie
bym przytyła. Nie lubił kościotrupów, którym jego zdaniem jestem. - Nic przez te osiem lat nie przytyłaś ? - Ani grama. - Zadziwiające. Przez dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu,
każde pogrążone we własnych myślach. On zastanawiał się, czy
jak to bywało w przeszłość z jej ust padnie propozycja, by udali
się do jego pokoju, ona zaś zastanawiała się dlaczego wyszła
za jego ojca, przecież równie dobrze mogła ze tego dupka siedzącego
naprzeciwko niej. To same nazwisko, podobne problemy. - Mam problemy z ciśnieniem - powiedziała nagle
zupełnie bez sensu. - Byłaś u lekarza ? - A po co ? Do restauracji wbiegło dwoje dzieci ciągnąc
za sobą napis : nie ma przebaczenia , trochę pokręcili
się po sali aż w końcu znikli w hallu. - Idziemy do ciebie ? Chociaż przygotowany był na to pytanie zaskoczyło
go. Zapragnął papierosa więc wstał, podszedł do stolika na którym
kilka minut temu zauważył zapomnianą paczkę i wziął ją do ręki.
Była pusta. - Mogłeś poprosić mnie, wiesz przecież iż czasami
podpalam. Nie wiadomo dlaczego zdenerwował się. - Nie chcę niczego od ciebie, nawet seksu. Jest
tak prymitywny... Nagle przerwał ponieważ zdał sobie sprawę z
bezsensu tego wszystkiego. Kilka godzin temu miano pochować jego
ojca, jaki by nie był, a on prowadzi idiotyczne rozmowy z nie
mniej pozbawioną rozumu kobietą, której jedyną zaletą było ciało,
uroda i przemożna chęć bycia kimś w życiu. - Nie jest to dla ciebie najlepszy dzień. Napij
się - podsunęła mu kieliszek. Kiedy się obudził poczuł pragnienie nie dające
się porównać z niczym. Próbując wstać dotknął czyjegoś ciała.
Nie musiał świecić światła by wiedzieć kto leżał obok niego. Jakoś doczłapał do łazienki, napił się obrzydliwej,
letniej wody i spostrzegł iż na półce nad wanną leży paczka papierosów.
Wyjął jednego, chwilę się zastanawiał, ale w końcu zapalił. Błogie
uczucie ulgi już po chwili spływało we wszystkie zakamarki ciało. - Naprawdę chcesz ze mną zamieszkać ? Stała w drzwiach i z uśmiechem przyglądała się
jak pali. - Tak powiedziałem ? - Nie tylko mnie. W środku nocy zatelefonowałeś
do żony i opowiedziałeś jej jak przez kilka letnich miesięcy
przed śmiercią mamy, a później przed ślubem ojca sypiałeś ze
mną. - Przecież wychodzą z pokoju wyłączyłem telefon
z kontaktu - przypomniał sobie jak przez mgłę trudność z jaką
przesuwał szafkę za którą znajdowało się gniazdko. - Jakoś wybrnęliśmy i z tego problemu. Podeszła do niego i pocałowała w policzek. Poczuł
zapach śmierci. Pewnie - pomyślał - ojciec czuł to samo. - Do którego burdelu chodził ? - zapytał nagle,
jakby już zamieszkał w tej dziurze na stałe i odwiedziny w tym
przypadku miały stać się jego jedyną rozrywką. - W tej dziurze jest tylko jeden, ale zapomnij
o nim. Dziurkę w ścianie możesz przewiercić w pokoju przylegającym
do mojej sypialni i godzinami patrzeć na mnie. Nie mam nic przeciwko
temu. Tym razem uroczystości pogrzebowe przebiegły
spokojnie. Nie padał śnieg, nikt zbyt głośno nie wyrażał żalu
po zmarłym. Stał obok macochy ( młodszej nawet od niego ), trzymał
ją za rękę i zastanawia się, czy to nie sen. Pogrzeb może nim był, ale kiedy znowu znalazł
się w pokoju hotelowym nie uwierzył własnym oczom. Cały zapchany
był jego rzeczami. A na stole leżał rachunek za ich transport. Kiedy wieczorem zszedł do restauracji już na
niego czekała. Jak przypuszczał miała na sobie, jak zwykle, letnią
sukienkę. - Wysprzątałam twój pokój, możesz wprowadzić
się kiedy zechcesz. - A kwarantanna ? - Co masz na myśli ? - zdziwiła się - przecież
ojciec nie zmarł na jakąś chorobę zakaźną, tylko zwyczajnie nie
chciało mu się już dalej żyć. Był znudzony dokładnie wszystkim,
nawet odwiedziny w burdelu i podglądanie kochających się par
traktował jako swego rodzaju dopust boży, ale czymś przecież
czasami musiał się zajmować. - Skończę podobnie ? Odwróciła od niego głowę i popatrzyła przez
okno. Znowu nagle nastało lato i tony kwiatów przelewały się
przez czas. LXII. W dalszym ciągu nie rozumiała, dlaczego nie
weszła do muzeum. Przecież nic ją to nie miało kosztować. A zawsze
mogła kogoś poznać. Nie znała w tym mieście nikogo, a mieszkała
już tutaj ponad trzy miesiące. Pierwszy miesiąc przesiedziała w wynajętym pokoju
godzinami patrząc przez okno, czasami tylko wychodząc coś zjeść,
lub kupić jakieś picie. Uciekła od męża ponieważ nie dawał jej żadnego
poczucia bezpieczeństwa, wprost przeciwnie, czuła się jakby to
ona miała dbać o jego dobre samopoczucie, rozrywkę, sen. Pieniądze które miała na koncie o dziwo nie
kończyły się, przeciwnie, raz na dwa tygodnie suma pozwalająca
na spokojną egzystencję pojawiła się w rubryce ma jak
za dotknięciem czarodziejskiej różki. Przypuszczała że to facet
który w czasie stosunku z nią wykrzykiwał imię własnej matki
próbuje w ten sposób zmusić ją do powrotu, ale nie reagowała. Siedziała przy oknie, bezmyślnie przyglądała
się przeważnie pustej ulicy, spała. A teraz nie weszła do muzeum. Było prawie południe, jakieś uzbrojone po zęby
dzieciaki bawiły się w Indian, zepsuty samochód nie dał się w
żaden sposób naprawić. Oparła się o mur i zapaliła papierosa. Smakował
żywicą, ale nie poddawała się. Paliła i nie wiedziała co ma dalej
z sobą począć. 115. - Pani jest bardzo piękna - słysząc tych kilka
słów skierowanych w jej kierunku zdumiała się z dwóch powodów.
Po pierwsze od ponad miesiąca nikt się do niej nie zwracał, po
drugie zapomniała co to komplement. By przedłużyć tę chwilę, a może zostać w niej
na zawsze, odwracała się w kierunku mówiącego wieki. Nie przypuszczała,
że może wypowiedzieć je ktoś tak młody. - Ile masz lat ? - Wystarczająco - odpowiedział chłopiec ubrany
jak na majówkę. - Wystarczająco na co ? Zaczepność w jej głosie nie zniechęciła go.
Wprost przeciwnie. - Podobno mam bardzo sympatycznego członka -
powiedział patrząc jej prosto w oczy i nawet się nie rumieniąc
- tak przynajmniej twierdzą dziewczyny w szkole, gdy podczas
przerw oglądamy się w toalecie. - Męskiej czy damskiej ? W pierwszej chwili nie zrozumiał o co pytała.
Zaskoczył dopiero po chwili. - U nas nawet toalety są koedukacyjne. Nauczyciele
także. Zgasiła papierosa o mur, odwróciła się i przeszła
kilka kroków, kiedy dopadło ją pytanie : - Więc naprawdę nie chce pani się ze mną przespać
? Odwróciła się, dała chłopcu kilka groszy i powiedziała
: - Jeszcze nie czas bawić się w dzięcioła. Zdumienie pojawiło się na jego jakże jeszcze
dziecinnej twarzy. - Nie wiem co to znaczy. - Zapytaj koleżanek w toalecie. Może będą wiedziały. Kawiarnia do której weszła już kilka razy pojawiała
się w jej snach. Zdała sobie z tego sprawę dopiero po kilku minutach.
W tym czasie zdążyła już wypić kawę i wypalić ze dwa papierosy. - Śni mi się to miejsce, dość często - powiedziała
do stojącego za barem właściciela. - A mnie pani - odpowiedział szybko rwanym głosem
spoglądając nerwowo za siebie, czy przypadkiem kobieta podająca
się za jego żonę nie słyszy. - Czy w takim razie zapłacę mniej za kawę ?
- zażartowała. - Bynajmniej - wyraźnie się przestraszył - niestety
to tu - wskazał palcem - to interes rodzinny, a sny nie mając
z nim nic wspólnego. - Czyżby ? - A jak to sobie pani wyobraża ? Ja śnię a cierpi
na tym współwłaścicielka ? Położyła na ladzie monetę i znowu znalazła się
na ulicy. Dzieci przebrane za Indian znikły, ale na ich miejsce
pojawili się marynarze. Nie wiedziała co ma z sobą począć. Perspektywa
powrotu do mężczyzny wykrzykującego w szczytowych momentach imię
własnej matki nie nęciła jej. Jednakże perspektywa następnych
miesięcy spędzonych w oknie na bezmyślnym gapieniu się na ulicę
także nie nastrajała optymistycznie. - Chyba za chwilę zwariuję - powiedziała do
siebie, ale jak to kobieta trochę przesadziła. Nie namyślając
się weszła do najbliższego sklepu i kupiła skórzane rękawiczki,
zupełnie nie przydane jak na tę porę roku. Później dokonała jeszcze
kilka podobnych zakupów. Kiedy w końcu znalazła się w pokoju, który wynajęła
na trzy miesiące płacąc za wszystko z góry na stole znalazła
list. Nie był adresowany do niej, ale mimo wszystko otworzyła
go. Jakiś facet proponował spotkanie, uciechy, sielskie życie.
Wyrzuciła list do kosza, ale po chwili spojrzała na zegarek.
Do spotkania pozostało dwadzieścia minut. Rzeczywiście, facet czekał na czwartej ławce
licząc od wejścia do parku. Przez kilka sekund chciała odwrócić
się i odejść, ale zauważywszy ją wstał i podbiegł. - Nareszcie - powiedział biorąc jej rękę w swoją
- a już straciłem nadzieję. - Nie jestem tą, o której pan myśli - zdenerwowana
nie wyrażała się zbyt logicznie. - Zawsze tak się mówi, nawet w kilka lat po
ślubie. W myślach przyznała mu rację i ociągając się
dała się jednak zaprowadzić na ławkę na której na nią ( ? ) czekał.
Po chwili sytuacja zaczęła się jej nawet podobać, wciągać, fascynować. - Dlaczego tak długo nie odpowiadałaś na moje
listy ? Przecież wiedziałaś, że wróciłem do miasta ? Coś tam skłamała, zapaliła papierosa i stwierdziła,
że przecież nawet własnego męża nie zna lepiej niż tego człowieka.
Nie patrzył na nią cały pochłonięty obserwowaniem mężczyzny nie
potrafiącego utrzymać się na rowerze. - Co za niezdara - odezwał się nagle, bardziej
chyba do swoich myśli niż do siebie - o podobnym pisałem ci w
jednym z poprzednich listów. Dalej pracujesz w klinice ? Nagle miała dość tej mistyfikacji, ale nie chciała
urazić bogu ducha winnego mężczyznę, który pewnie przykładał
jakąś wagę do tego spotkania. - Tak, ale w przyszłym tygodniu kończę. - To świetnie, w końcu wyjedziemy na wycieczkę.
Pamiętasz dokąd ? O dziwo pamiętała. I wymieniła nazwę dość popularnej,
nadmorskiej dziury z dwoma deptakami, rożnem kręcącym się tylko
w jedną stronę oraz stateczkami wypływającymi tylko w kierunku
z którego żaden nie wraca. - Masz jeszcze tę sukienkę ? Miała, miała wszystko. I powiedziała to na głos. - Nie musisz tak krzyczeć. Rozumiem, że możesz
być podniecona, ale panuj nad sobą. Tak przecież się umawialiśmy. Przeprosiła, zapaliła papierosa. - Znowu palisz ? - popatrzył na nią z powątpiewaniem
- i pewnie czasami odkorkowujesz butelkę czerwonego wina ? Miała go dość, jak co rano samej siebie. - Oczywiście, staję także na parapecie i ... Poderwał się z ławki, zamachał rękami i przez
kilka chwil nie mógł złapać powietrza. - Wszystko, tylko nie to - krzyknął na tyle
głośno iż mężczyzna który w pobliżu uczył się jeździć na rowerze
znowu z niego spadł. - Cóż, człowiek bywa istotą ułomną i... Wpadł jej w słowo, ale tym razem brzmiało to
groźnie. Na tyle, że się przestraszyła. - Człowiek bywa, ale TY jesteś ! Nie pozostawało jej nic innego jak się przyznać.
Przed nieznanym mężczyzną że składa się z samych wad i niedociągnięć. Trochę go to uspokoiło, na tyle że poprosił
ją by się z ławki nie ruszała a on pobiegnie do sklepu i kupi
butelkę piwa. Muszą przecież oblać wiadomość że już za kilka
dni wyjeżdżają nad morze. Kiedy zniknął za po bliskim nie pielęgnowanymi
od stuleci krzakami skorzystała z okazji i uciekła. Oprzytomniała
dopiero w pokoju, który od miesiąca był jej schronieniem. Zamyśliła
się, sięgnęła do kosza i wydobyła list nie do niej adresowany.
Jednak charakter pisma nie był jej obcy. Zdziwiło ją to na tyle
że postanowiła natychmiast zatelefonować do domu. Pierwszy automat był zepsuty, drugi także. W
końcu wykręciła tych kilka jakże znajomych cyfr i jakże się zdziwiła,
kiedy po drugiej stronie usłyszała swój głos mówiący : słucham? Ze wstrętem odrzuciła słuchawkę, która zwisała
teraz jak stryczek z którego o dziwo nikt nie chce skorzystać. - Jak to możliwe ? - zastanowiła się - przecież
znajduję się tutaj, jak więc mogłam odebrać telefon po tamtej
stronie ? Nie znała odpowiedzi, nie wiedziała jak ma się
zachować, co robić, czego się trzymać. Podeszła do bawiącego
się w pobliżu chłopca w granatowej, całej umazanej szpinakiem
marynarce i zapytała go, czy wygląda na nienormalną. - Według mego ojca, dentysty, wszyscy jesteś
nienormalni. Gdybyśmy byli inni mylibyśmy zęby co sześć minut. Uśmiechnęła się, on także. - Na szczęście moja matka jest konceptualistką,
więc jakoś wiążemy koniec z końce, ale strasznie trudno jest
żyć pod jednym dachem z perfekcjonistom. Adie - powiedział nagle
i zniknął. Zdziwiona uszczypała się czy przypadkiem nie
zwariowała, ale siniak który pojawił się na jej ramieniu przekonał
ją, że pewnie jeszcze nie. Rano obudziła się zmęczona, nie chciała przyjąć
lekarstwa i zdenerwowana pielęgniarka zawołała na pomoc lekarza.
Bardzo był podobny do mężczyzny z parku, który pobiegł po butelkę
piwa a z którym miała pojechać nad morze. - Jak się spało ? - zapytał zupełnie bez sensu
i podobną otrzymał odpowiedź. - Bardzo samotnie. Usiadł na brzegu jej nie pościelonego łóżka
i wziął ją za rękę. - Może czas zacząć z powrotem sypiać z mężem
? Na samą myśl o nieznanym jej mężczyźnie, który
dotyka jej ciała przeszły ją dreszcze. - Jeżeli mam prawo wyboru, to jeszcze nie teraz. - Jak pani sobie życzy - pełen udawanej galanterii
lekarz przepisał jej jakieś nowe lekarstwa, które pielęgniarka
natychmiast zaaplikowała, i odszedł do następnego nieszczęśnika,
któremu strony świata mieszały się z kątem prostym. Miała pozostać sama do popołudnia i postanowiła
ten czas wykorzystać na spacer po mieście. Wstała, ochlapała
się wodą, zjadła śniadanie które ktoś widać nierozsądny postawił
przed jej drzwiami, ubrała i wyszła na zalaną słońcem ulicę.
W najbliższym banku skontrolowała stan swego konta, a że akurat
była środa jej aktywa powiększyły się o kilkaset złotych. Jak
co dwa tygodnie. Urzędniczka w banku nie wyglądała na zadowoloną,
więc zapytała ją co ją gryzie. - Przypuszcza pani że należy do przyjemności
wmawianie chorym iż ich stan konta za każdym razem kiedy o to
pytają ulega powiększeniu ? Nawet, kiedy za tego rodzaju informacje
płacą mam poczucie oszukiwania niewinnych ludzi ? - Ale mnie pani nie oszukała ? - Naturalnie że nie, tylko żartowałam. Praca
w banku jest przecież tak monotonna, więc czasami zabawiam się
opowiadając klientom niestworzone historie. Podziękowała jej najuprzejmiej jak potrafiła,
schowała wszystkie potrzebne w banku dokumenty do torebki i postanowiła
odszukać kawiarnię, która co jakiś czas śniła się jej. Ale tym
razem nie natrafiła na nią. Zawiedziona już chciała wrócić do
domu, kiedy jej wzrok zatrzymał się na kobiecie nie mogącej sobie
poradzić z wielką lalką, która tłukła ją po bezwstydnie, przy
wszystkich przechodniach, po głowie. Podbiegła i po chwili jakoś uporały się z przeznaczeniem.
W kilka minut później siedziały razem nad pustymi kieliszkami
w barze którego okna były szczelnie zasłonięte, obsługujący bez
twarzy a przyszłość która się przed nimi rysowała sprowadzała
się do kilku niewypowiedzianych jeszcze słów. - Czym się zajmujesz ? - Rozmyślam o pogrzebach na których nie byłem. - O czym ? Nie zdążyła opowiedzieć co miała na myśli, ponieważ
pojawiło się czterech sanitariuszy i już po chwili znowu znajdowały
się w swoich salach, tym razem przywiązane do łóżka a cały świat,
który jakby pozostał poza nimi, był niezrozumiałym wybrykiem
przypadkowych zdarzeń. LXIII. Pogrzeb trzydziesty pierwszy. I nic
poza to. W autobusie, który wiózł ich w kierunku cmentarza
pachniało lawendą, i wielu z podróżujących zastanawiało się kto
z nich wpadł na pomysł w tak właśnie chwili wysmarowania sobie
włosów podobnym świństwem. Rodzina chowanego zajmowała kilka siedzeń z
przodu i zaprzątała sobie myśli zupełnie innym problemem. Kto
mianowicie zapłaci za pogrzeb ze wszystkimi przyległościami,
kiedy na kilka minut przed pochówkiem z towarzystwa ubezpieczeniowego
przyszła wiadomość, iż denatka na kilka dni przed śmiercią wycofała
wszystkie pieniądze, tak że teraz rodzina pozostała na lodzie. Najmniej przejmował się wdowiec, starszy mężczyzna
złożony przez wiek jak scyzoryk, który od lat przebywał w innym
świecie, a teraz był przekonany iż w końcu wiozą go na wytęsknione
wakacje, dlaczego tylko aż w tak licznym towarzystwie ? Czy stać
ich na fundowanie takiej dużej zgrai nieznajomych dwutygodniowego
pobytu nad morzem ? Bez przerwy pytał o to siedzącego obok młodego
człowieka, ubranego na czarno, któremu co chwilę z lewego oka
kapała łza. - Niech pan nie płacze - pocieszał go - jakoś
poradzimy sobie z zapłatą za turnus i na pewno za dwa tygodnie
wrócimy do domu. Gwarantuję ci to. Syn spoglądał wtedy na ojca z niedowierzaniem,
sięgał po butelkę schowaną na piersiach, ale w ostatniej chwili
się powstrzymywał. Aż do tego momentu. Poprosił wtedy kierowcę
by się zatrzymał. Na okrzyki rodziny że przecież spóźnią się
na cmentarz odpowiedział : - Matce już przecież wszystko jedno, a chcecie
bym zabrudził spodnie pożyczone w wypożyczalni ubiorów ślubnych
? Stał teraz za jakimś kawałkiem deski, popijał
i żałował że nie zabrał ze sobą drugiej piersiówki. - Człowiek niczego nie może być pewien, kiedy
kupowałem tę butelczynę byłem pewien że wystarczy, podobnie ma
się sprawa z Ireną. W noc poślubną byłem przekonany że nie ma
liczby na świecie wyrażającej ile razy będę ją posuwał, a nie
minęły nie całe dwa lata jak zupełnie w jej kierunku mi nie staje.
Wybacz mamo! - popatrzył w kierunku zamglonego nieba, jakby tam
miał się znajdować urząd kontrolujący jego myśli i uczynki. Upił ostatni łyk, wysikał się, pomyślał o rozebranej
żonie, westchnął i z niechęcią wrócił do autokaru. Zapach lawendy
nie zniknął. Jechali jeszcze z godzinę, ponieważ zmarła jako
kobieta nie ochrzczona nie mogła zostać pochowana na cmentarzu
znajdującym się w miejscowości w której mieszkali. Znaczy spokojnie
mogła, ale uparli się i nie zapłacili księdzu żądanej przez niego
kwoty. Co prawda dwa razy tyle kosztowało wynajęcie autobusu,
ale uparli się. Nie byli przesadnie religijni, to prawda, ale
bezczelne żądanie księdza wyprowadziło ich z równowagi. Teraz tłukli się poboczami życia, by inne życie
znalazło swój koniec. - Obrzydliwość - powiedział ktoś nagle półgłosem.
Nie wiadomo tylko do czego te słowa się odnosiły, zapachu lawendy
czy przedłużającej się podróży ? W końcu jednak dojechali. Zapuszczony jak przeznaczenie
cmentarz znajdował się pod lasem, ledwie widoczny z miejsca gdzie
zatrzymał się autobus. - Nie może pan podjechać bliżej ? - zapytano
zniecierpliwionego kierowcę. - Naturalnie że mogę, ale wtedy razem z szanowną
mamusią pochowamy i tego grata. Brnęli więc pieszo przez nie dające opisać się
błoto, gubili obuwie, kwiaty, resztki godności i człowieczeństwa. Najbardziej jednak zaskoczyło ich - kiedy w
końcu dotarli na sympatyczny cmentarzyk - że trumna spokojnie
i majestatycznie spoczywała na kilku palikach jakby unoszących
się w powietrzu. - Kto ją tutaj zdołał dotaszczyć ? - zapytała
jedna z ciotek, zawsze wyjątkowo dociekliwa przez co nie lubiana
w rodzinie - I po co ? - dodała już ciszej, ale i tak najbliżej
stojący usłyszeli. Minęło kilka minut a uroczystość jeszcze się
nie rozpoczynała. Zdziwieni popatrzyli na siebie na co właściwie
czekają ? Okazało się, że przeszkodą w rozpoczęciu ceremonii
jest brak księdza. Dopiero teraz wyszło na jaw, iż jako nie zbyt
obeznani w sprawach kościelno - przyziemnych nie zawiadomili
tego w nowej parafii kiedy odbędzie się pochówek. Wykupili tylko
miejsce na niego. - Przeklęte miejsce - denerwował się wdowiec
przypuszczając iż zrobiono mu psikusa zabierając na wakacje w
tak nieatrakcyjną okolicę, w dodatku pozbawioną dostępu do morza.
Awanturował się dopóki nie usłyszał wiarygodnego zapewnienia
że to tylko nieplanowana przerwa w podróży. Kiedy wracali, a trumna razem z nimi, znowu
pachniało lawendą. Ale tym razem nikt na ten drobiazg nie zwracał
uwagi, wszyscy chcieli jak najszybciej wysiąść z tego przeklętego
autobusu, przebrać się i jak najszybciej wrócić do życia zwanego normalnym, chociaż
naprawdę nic to nie oznacza. Pozostał problem co począć z trumną, a przede
wszystkim z jej zawartością, ale i z tym sobie poradzono. Przecież
Polak podobno potrafi. LXIV. Kilka osób stało na skrzyżowaniu jednej ulicy z drugą, z pozoru
nic wielkiego, i zastanawiało się, dlaczego jedna z nich nazywa
się Przystankowa a druga Przesiadkowa. Jakby nie mieli większych
zmartwień. Przecież tyle spraw jest nierozwiązanych, kilka pierwiastków
nie wykrytych, parę kobiet niezaspokojonych a oni łamali sobie
głowę nad takimi głupstwami. - Pewnie wojna wisi w powietrzu, dziadek opowiadał, że w pamiętnym
wrześniu... Przejechała kolorowa polewaczka reklamująca zalety yogurtu i
obsikała ich jak psy przydrożne krzaki. - I to wszystko za nasze pieniądze - cicho odezwał się zdegustowany,
trochę pogięty przez czas i rodzinę mężczyzna - nie wiadomo na
co idą nasze podatki. - Naturalnie, że na utrzymywanie nierobów. Wyleci taki z jednej
partii to podwinie ogon i przenosi się do następnej, mając całą
gębę wypchaną frazesami jaka ta nowa partia jest wspaniała. Taki
Rokita zaliczył już chyba wszystkie możliwe na umownej prawicy,
ale i tak mu mało. Chce pewnie trafić go księgi Guinessa. - Święte słowa - przytaknęło niedosłyszące monstrum w przykrótkich
spodniach - ja także niechcący wylałem matkę z kąpielą. Było
to... Odsunięto się od niego na przepisową odległość sześciu metrów,
rozłożono kawałek gazety i dopiero wtedy termos z herbatą pojawił
się w szybkim obiegu. Pili małymi łyczkami nie patrząc na siebie, zdenerwowani upływającym
czasem. Tyle jeszcze mieli tego dnia do załatwienia, a tutaj
ugrzęźli na wydawało się prostej sprawie. - Nie wiem, czy zdążymy dzisiaj policzyć ryby w stawie - zdegustowany
przewodniczący komisji ostentacyjnie odsunął od siebie protokół
dotyczący ulic na skrzyżowaniu których stali. - Musimy. Koło wędkarskie wysłało już co najmniej trzy ponaglenia.
Nie mogą łowić dopóki nie dostaną naszego pozwolenia. Po drugie
mój zięć... Byli społeczną komisją zaufania społecznego wybraną w kościele,
a zaproponowaną przez zbzikowaną Radę Miasta, która jak tylko
mogła podlizywała się tak burmistrzowi, jak i miejscowemu biskupowi,
którym naturalnie bardzo leżało na sercu dobro regionu. - A co z kolorem majtek noszonym przez dziewczynki w miejscowej
szkole ? - Niestety kolejny raz nie dostarczono gumowych rękawiczek,
więc pewnie Sanepid znowu nie zgodzi się na obmacywania, jak
to nazywają, naszych pociech. - Węszę w tym sabotaż - przewodniczący komisji, wierzący idiota
do dziesiątej potęgi podkręcił wąsa którego od lat już nie posiadał,
ponieważ wyleniał mu jak zresztą i on sam - więc zaraz po zakończeniu dzisiejszych zajęć lecę do prokuratury
złożyć zameldowanie o popełnieniu przestępstwa przez - zaglądnął
do notatek - firmę gumową pana Mazurka. - Pewnie z lewicy. - Naturalnie ! Czy normalny, praktykujący, miłujący boga człowiek
zajmowałby się takim świństwem ? - i sam sobie odpowiedział -
jasne że nie, nie ma takiej możliwości. - Idź prosto do samego Siobra, żaden inny prokurator nie gwarantuje
bezstronności w dochodzeniu do jedynie słusznej prawdy. - Jak długo należy do nas ? W pobliżu miejsca gdzie stali nagle wylądował talerz z niedojedzoną
zupą mleczną. Ktoś bardzo się starał, ale niestety nie trafił.
Zupełnie nie przejmując się tym zdarzeniem sekretarz tego jedynego
w sobie sabatu czarownic zaglądnął w notatki. - Od urodzenia. - Niemożliwe! - Tak mam zapisane, pewni znowu w centrali poprzestawiali statystki. Nagle zaczął siąpić lekki deszczyk, ale byli przygotowani na
każdą niedogodność. Sięgnęli do plecaków w które zaopatrzyło
je miejscowe kółko przyjaciół Radia Maryja i po chwili gustowne,
nieprzemakalne kurtki z logo LP II pojawiły się na ich spracowanych
grzbietach. - Ponieważ znowu odpadły nam majtki w szkole w zamian zajmiemy
się drażniącą wszystkich sprawą pana Sity, który jak wynika z
donosów - chrząknął - chciałem powiedzieć informacji od zdegustowanej
społeczności kocha się z żoną zawsze w godzinach popołudniowych
nie zasłaniając w okna, do tego nie przestrzegając świętości
dnia niedzielnego, jak i innych, nakazanych przez prawo... - Usiłuję zaznaczyć - niegrzeczne przerwał mu jakiś dziwny typ,
który po raz pierwszy wędrował z nimi - religia nie jest jeszcze
w naszym kraju prawem... Przewodniczący popatrzył na niego wzrokiem który zabija. - Dla nas jest! A pan skąd się tutaj wziął ? - Odrzut z exportu, czyli ... Przewodniczący nie słuchał co ten mówił. Nie był jednym z nich.
To było widać nawet gołym okiem. Postanowił zająć się nim po
powrocie do bazy, czyli udostępnionego przez proboszcza nie ogrzewanego
pomieszczenie na zapleczu plebani. - Wracając do delikwenta Sity. Jak już musi powinien kochać
się z żoną wyłącznie późno w nocy, kiedy wszystkie dzieci już
śpią, także te najstarsze, do tego przy wyłączonym świetle, po
cichu broń boże nie bezczeszcząc dnia świętego. Ten powinien
spędzać wyłącznie na modlitwie, a nie opieraniu żony o framugę
okna, otwieraniu okna i głośnym krzyczeniu co ta ma mu zrobić. - Ona jemu ? - zdziwił się sekretarz - przecież to wbrew naturze. - Właśnie, i dlatego pojedzie na długie... Nie dosłyszeli dokąd. O wiele za blisko nich przejechał ogromny
samochód wyładowany dobrymi wiadomościami i zagłuszył tak przyjemny
dialog. - Co robimy z Przystankową i Przesiadkową ? - jedyna kobieta
w tym towarzystwie, niespełna osiemdziesięcioletnia dziewica
z odzysku chciała już wracać do zabawek i lalek. - Rzeczywiście, w naszym cywilizowanym mieście także nie mogą
nazywać się jedna z kilku głównych ulic. Nazwy te, jakbym żywcem
przeniesione z futuryzmu, czyli minionej epoki, której imienia
nie chcę nawet wspominać, nie przechodzi mi przez usta, proponują
zastąpić imieniem Jana Pawła II. - Mamy już sześć ulic jego imienia, listonosze pomału zaczynają
wariować nie wiedząc na którą z nich adresowana jest dana przesyłka. - Przywykną - przewodniczący lekko z aprobatą skinął głową -
przywykli do Dzierżyńskich, Leninów, Marksów, Jaruzelskich, Fiszbachów,
przywyknął i do świętego Jana Pawła. Ale widzę inny problem,
jeżeli ulicę Przystankową, lub Przesiadkową zamienimy na Jana
Pawła II to niestety nasz ukochany papież będzie się z kimś krzyżował,
a to przecież zupełnie niedopuszczalne. Co proponujecie ? Z zainteresowaniem popatrzył na zbitą w jedną kupę gromadkę
wylęknionych, zmarzniętych wielbicieli praworządności. - Naturalnie, papież nie może się z nikim krzyżować, najwyżej
z samym sobą - nie zauważył który z nich wypowiedział te prorocze
słowa. - Więc jednogłośnie przedstawiamy Radzie Miejskiej propozycję
zamiany nazwy ulicy Przystankowej na Jana Pawła II, a Przesiadkowej
na Karola Wojtyły. Siedem suchych rąk natychmiast podniosło się w jednoznacznym
geście. Siedem rąk, które zmieniały bieg dziejów. I to nieodwracalnie. Niestety gorzej poszło im z państwem Sito. Najpierw nie chcieli
wpuścić ich do domu, ale drzwi do ich mieszkania pod wpływem
wprawnych uderzeń siekierą wezwanej milicji rozstąpiły się jak
kanna Galilejska i inkwizycja mogła przystąpić do działania. - Dokładnie w którym miejscu opiera pan żonę dopuszczając się
przestępstwa przeciw społeczności ? - zapytał pan Ulga, czołowy
bojówkarz LPR, ale już niestety na emeryturze. Pan Sito, rusycysta na wieloletnim zwolnieniu lekarskim, niewysoki
człowieczek zawsze z podkrążonymi oczami, nie wiedział czego
od niego chcą. By zyskać na czasie wyciągnął z zabytkowego biureczka ostatnie
zaświadczenie o szczepieniu psa, dowód zapłaty za grób na miejskim
cmentarzu, broszkę podarowaną jego babce przez samego Piłsudskiego. - Dopuszcza się pan aktów seksualnych przed godziną dwudziestą
trzecią, do tego przy otwartym oknie. - Od lat cierpię na ataki astmy, już w czasach pierwszej Solidarności... Przewodniczący skinął na policjanta i ten szybko i sprawnie
uciszył go służbową pałką. - Nie będziesz niepotrzebnie kalał świętości narodowych - odczytał
z kartki, kiedy tylko wytarł pałkę i z namaszczeniem schował
do pokrowca. - Więc jak ? Przyzna się pan dobrowolnie, czy może kolegium
? - Żona jest moja, okno także. Nie widzę więc powodów... Do tego momentu przewodniczący trzymał się z daleka, bolała
go głowa i dawał o sobie znać reumatyzm, ale teraz nie wytrzymał. - Nic nie jest idioto twoje. Może tak było do 1989 roku, ale
na szczęście te czasy minęły, stąpił Duch Święty i odmienił oblicze
tej ziemi, więc powinien i ciebie. Jeszcze jedno zawiadomienie
i oboje wylądujecie na długie lata w więzieniu, idziemy ! Kiedy ten coraz mniej - dla mieszkańców naszej, jakże umęczonej
Ojczyzny - dziwny orszak zniknął na schodach w drodze na ostatnie
pole dzisiejszej bitwy, czyli do podmiejskiej hodowli kurczaków
pozbawionych obowiązkowego kapelana, kobieta podeszła do męża,
rozmasowała mu posiniaczone plecy i zapytała dlaczego nie pokazał
tej wstrętnej bandzie zaświadczenia o impotencji. - Zwariowałaś ? Natychmiast wsadziliby cię na dziesięć lat za
zdradę, a twojego kochasia wygnali z kraju, naturalnie po obowiązkowej
chłoście trzystu batów. Uśmiechnął się, podszedł do lodówki, wydobył dwie butelki piwa,
otworzył i jedną z nich, tę większą podał żonie. - Nawet te najkoszmarniejsze sny się spełniają. Kilka dni temu
śnił mi się... Kobieta szybko zamknęła drzwi, okno, włączyła radio i dopiero
wtedy jej mąż mógł dokończyć opowiadać swój sen. Niestety podmiejskiemu hodowcy kurczaków jego sen miał się dopiero
przyśnić. Jak mówi młodzież był właśnie w drodze. LXV. Pogrzeb trzydziesty drugi, tym razem wyłącznie rozgrywający
się w mieście. Przepraszam. Nie padało już od prawie trzech miesięcy, ziemia stwardniała,
serce wyschło więc grabarze nie byli w stanie wykopać grobu.
Próbowano przekupić ich w każdy znany i dostępny sposób, ale
bez rezultatu. Próbowano postraszyć ich nawet mękami na sądzie ostatecznym,
lecz zdecydowana większość z nich, czyli trzech, okazała się
niewierząca. - Jak to możliwe ? - zastanawiał się właściciel zakładu pogrzebowego
- niewierzący garbarz ? To już lekka przesada. Ale nawet on nie mógł nic zdziałać, ponieważ grabarze przynależeli
do dyrekcji cmentarza. Nie do niego. - Cmentarz jest państwowy, więc wszystko toczy się jak w kraju.
Powoli, beznadziejnie, w złym kierunku, a na dodatek ludzie którzy
odeszli nie mogą liczyć na godziwy pochówek. W kij to wszystko
dmuchał. Zamknął biurko, zapalił papierosa, popatrzył na zdjęcie nieznanej
mu bliżej kobiety wiszące na ścianie i niezadowolony sięgnął
po telefon. Kiedy przejmował ten zakład, niejako w umowie wiązanej w zamian
za zgodę na małżeństwo z córką pewnego dość ekscentrycznego faceta,
który nie znosił żadnego sprzeciwu, zdjęcie tej kobiety już wisiało
na ścianie. Spodobała mu się, więc pozostawił go. Kobiety, z którą się ożenił w ogóle nie znał. Co prawda dawno
temu raz z nią zatańczył na jakiejś prywatce, ale był wtedy nieźle
pijany i zupełnie tego zdarzenia nie pamiętał. Jak i faktu, iż
podobno zrobił jej dziecko. Teraz nie dość, że miał rodzinę, to jeszcze zajmował się trupami.
Nienawidził tego zajęcia, ale powrót na uczelnię, gdzie podszczypywał
otyłe sekretarki, nie wchodził w rachubę. Przynajmniej do momentu
kiedy jego teść jeszcze miał coś do powiedzenia. A w najbliższym
czasie nie zanosiło się żeby nie miał. Z niechęcią wykręcił kilka cyfr, które składały się na jego
domowy numer, i nie czekając aż ktoś się odezwie wyseplenił : - Naturalnie, że cię kocham, ale trochę spóźnię się na obiad.
Jak wiesz panuje susza i grabarze nie chcą kopać grobów, a niestety
mamy takiego jednego któremu sakramencko spieszy się do robaków.
Jeżeli moje spóźnienie będzie się przedłużać naturalnie zatelefonuję.
Pa. Nie był pewien, czy jego ukochana zrozumiała chociaż słowo z
tego co powiedział, ale zupełnie go to nie interesowało. Jak
od lat miał w zwyczaju wyszedł przed zakład i poprzestawiał stojące
na podwórku postacie z ukochanej powieści Vargasa Liossy. Dokładnie
nie pamiętał już jej tytułu, ostatni raz czytał ją na pierwszym
roku studiów, była o wiele ciekawsza od skryptów pełnych niezrozumiałych
równań, czy zdjęć rozebranych koleżanek zapraszających na popołudniowe
herbatki, ale w dalszy ciągu doskonale wiedział jak jej główni
bohaterowie mieli na imię. - Panie Kaziu - krzyknął do złotej rączki przedsiębiorstwa próbującego
naprawić jedną z liter w co tydzień psującym się neonie - pomoże
mi pan przesunąć pana Huberta w pobliże jego narzeczonej ? Od
wtorku za bardzo się od niej oddalił. - Naturalnie szefie, tylko dokręcę dwie muterki. W tym czasie
może pan zagnać psa do budy. W powieści Vargasa Liossy pies nie występował, ale nie chcąc
zrażać do siebie personelu wziął do ręki kawałek jakiejś zepsutej
trumny i pogroził dużemu, leniwemu kundlowi wypatrującemu nadejścia
wojsk radzieckich. To przynajmniej można było wyczytać z jego
pyska. - Pana boi się najbardziej - powiedział niski mężczyzna schodząc
powoli z drabiny - ten neon pewnie musimy zastąpić innym, bardziej
nowoczesnym. - Akurat teść się na to zgodzi - pomyślał, ale nic nie powiedział
zajęty przesuwaniem nieznośnego pana Huberta w kierunku ogrodzenia. - Jakby ostatnio przytył - złota rączka ocierała pot z czoła
zardzewiałą od starości szmatą. - Albo pan za dużo pije. - Panie inżynierze ! Na miły bóg, co też pan mówi ? Ostatni
kieliszek miałem w ręku na chrzcinach pańskiej córki. Nie przypominał sobie, by miał jakąś córkę. - Może pije pan prosto z butelki ? Mężczyzna uśmiechnął się, ale jakoś bez wyrazu. Już dawno współpracownicy
ostrzegali go, iż z szefem dzieje się coś niedobrego. - Słyszałem dobry kawał, przychodzi kobieta do laryngologa,
rozkłada nogi i... Nie dokończył ponieważ na podjeździe pojawił się listonosz z
wypchaną po brzegi możliwości torbą. - W czasach internetu, e-maili, telefonów komórkowych i społeczeństw,
które nie potrafią zbudować poprawie jednego zdania zadziwiający
jest wzrost zawartości tej torby - powiedział cicho, jakby się
wstydził że jest listonoszem, a nie na przykład fryzjerem - chociaż
większość listów zawiera reklamy, wezwania do komornika i żądania
zwrotu nadpłaconej o trzydzieści groszy renty. Wiem, gdyż przed
wyruszeniem w teren prześwietlam promieniami rentgena każdą przesyłkę.
Ostrzegali przed wąglikiem, więc można powiedzieć że dmucham
na zimne. Położył na stole w sekretariacie - tak nazywali pokoik w którym
przyjmowano interesantów i w którym czasami królowała pani Kasia,
zwłaszcza w kilka minut po zamknięciu zakładu, spuścizna po poprzednim
właścicielu, piękność z pobliskiej dzielnicy slamsów, brała niewiele
a robiła wszystko poza wiatrakiem - maleńką kopertę zaadresowaną
nerwowym, ukośnym charakterem pisma. - Pewnie miłosny ponieważ nie chycił go nawet rentgen. Pan będzie
łaska otworzyć, ponieważ zżera mnie ciekawość, a i żona będzie
chciała wiedzieć co zawiera, naturalnie moja, nie pańska. Ona
pewnie nie jest aż tak zachłanna na ciekawostki z wielkiego świata. - Nie zna pan kobiet panie Michale - powiedział biorąc do ręki
intrygujący list. - Na szczęście, inaczej skończyłbym w przytułku dla obłąkanych.
Za bardzo im wierzę, a tego podobno nie wolno rozgłaszać, ponieważ... Nie dokończył, gdyż z otwartego listu wypadł klucz yalle, oraz
kartka papieru z adresem oraz numerem telefonu. - Susza - nawet kobiety dostają pomieszania zmysłów - powiedział
do zdumionego listonosza, podszedł do telefonu i wykręcił kombinację
cyfr znajdujących się na kartce. - Czekam od szóstej, i koniecznie przynieść ze sobą butelkę
wina. Taką jak lubię. - głos do żadnego znanego niepodobny, chociaż
przecież mógł się mylić. Odłożył słuchawkę i zdumiony bezmyślnie wpatrywał się w przestrzeń. - Znajoma ? - Ależ skąd ! Od dnia ślubu nie mam żadnych znajomych. Naturalnie
poza postaciami z prozy Vargasa Liossy. Ale jak można rzeczywistość
wypełniać urojeniami ? I to przez tyle lat ! Otworzył apteczkę pierwszej pomocy, nerwowym ruchem wyłuskał
z jej butelkę spirytusu, nalał trochę do dwóch szklanek a po
chwili namysłu napełnił je wodą ze staromodnego syfonu stojącego
na biurku jako relikt wspaniałej przeszłości firmy. - Zdrowie panie Michale - podniósł do ust szklankę nie przejmując
się czy listonosz idzie w jego ślady. - Próbuje pan upić państwowego pracownika na służbie. Grozi
za to... - Guzik mnie to interesuje - przerwał mu w połowie zdania -
sam jestem na służbie, i to wiecznej, jeżeli mogę tak powiedzieć.
Co ja tutaj właściwie robię ? - rozglądnął się po dość schludnym
pomieszczeniu, w którym jednak jakby brakowało duszy. A jak może
czegoś takiego brakować w zakładzie pogrzebowym ? W niecałą godzinę później siedział przy stole mając przed sobą
kawałek wysuszonej ryby i przypatrywał się kobiecie siedzącej
naprzeciwko niego. Nie znał jej nawet z -widzenia. - Podobno jak wychodziłaś za mnie za mąż byłaś w ciąży, więc
co stało się z dzieckiem ? Jakoś nie słychać jego krzyków - rozejrzał
się po mieszkaniu jakby szukając potwierdzenia własnych słów. Kobieta nie przerywając dokładnego żucia posiłku, a jednocześnie
zerkając na brazylijski serial w telewizji zapytała jak przez
mgłę : - Kto naopowiadał ci takich głupstw ? - Twój własny ojciec. - Nie mam ojca odkąd rozwiódł się z mamą a związał z tą ohydną,
przechodzoną wywłoką. - Ktoś jednak cię spłodził, jak twoje dziecko. Kobieta wstała od stołu, nie zjedzony posiłek razem z talerzem
wrzuciła do zlewozmywaka, usiadła przed telewizorem, włączyła
głos i oddała się marzeniom. Popatrzył na suchą rybę i pomyślał, iż przez tą francowatą suszę
już wszystko w jego życiu będzie wysuszone : ziemia, posiłki,
kobiety. Nie zwracając najmniejszej uwagi na wegetującą przed telewizorem
kobietę zostawił talerz z niedokończonym jedzeniem na stole,
przeszedł do łazienki i obficie skropił się wodą kolońską, jakby
w ten sposób chciał się oddzielić od nieznanej mu kobiety kręcącej
się po mieszkaniu. Po chwili namysłu założył nowe skarpetki, krzyknął na kanarka,
który miał w zwyczaju przelatywać tuż nad jego głową, nie wiadomo
po co wyłączył telefon z kontaktu i wyszedł. Do szóstej brakowało
pół godziny, więc pojechał do firmy i do butelki spirytusu z
której jakiś czas temu odlał trochę alkoholu nalał wody mineralnej,
nie gazowanej. Zresztą nie wiadomo po co, przecież do apteczki
poza nim nie zaglądał nikt. Nawet sporadyczne, groteskowe kontrole
z różnych dziwnych instytucji, o których istnieniu dowiadywał
się dopiero, kiedy jej przedstawiciele zgłaszali się do niego
po zwyczajową łapówkę. Czasami bywał jednak aż przesadnie skrupulatny
i dokładny, więc we własnym mniemaniu nie było nic złego w fakcie,
iż nadłożył drogi i dolał do butelki wody. Przy okazji popatrzył na postacie z ukochanej powieści. Jak
na tyle lat stania na powietrzu miały się wyjątkowo dobrze. Jedynym
tylko z nimi zmartwieniem była od dłuższego czasu pojawiająca
się myśl, co się z nimi stanie gdy przypadkiem autor napisze
drugi tom i na przykład uśmierci jedną z nich ? Nie potrafił się z taką myślą pogodzić więc znowu wybawieniem
pozostała butelka, do której po wypiciu sporego łyka znowu dolał
wody. - Jeżeli tak często będę z niej korzystał zostanie w niej sama
woda - przyznał sam sobie nie bez racji. Nagle popatrzył na aparat telefoniczny i w przypływie nagłego
impulsu znowu zatelefonował pod numer, który zawarty był w liście. - Mam przynieść kwiaty ? - zapytał, kiedy tylko usłyszał sakramentalne hallo. Kobieta nie zdziwiła się. - Pozostawiam to twojemu intelektowi. Jak i pozycję w której
będziesz mnie rypał. - To dojdzie aż do czegoś takiego ? - zapytał zdumiony. - A dlaczego nie ? - kobieta roześmiała się - Jeżeli zapraszam
cię do siebie, posyłam ci klucz od mieszkania, pozwalał kupić
kwiaty to chyba rzeczą naturalną jest że w końcu wszystko sprowadza
się do seksu. - Nie byłbym taki pewien. Moja żona, jak i teść... - Daj mi z nimi spokój, już dość nabruździli w moim życiu bym
znowu musiała o nich słyszeć - kobieta jakby lekko westchnęła,
ale nie był tego w stu procentach pewien. - Popijam spirytus z zakładowej apteczki, w ogrodzie hoduję
postacie z powieści Vargasa Liossy, a w wolne dni... -...chodzisz do pustej filharmonii, siadasz w siódmym rzędzie
na trzecim miejscu po lewej stronie i zastanawiasz się dlaczego
świat rozwinął się akurat w ten sposób. Nie zdążył zapytać jej skąd tak wiele o nim wie ponieważ odłożyła
słuchawkę. Zdumiony wszystko mógł zrozumieć, tylko nie wyprawy
do filharmonii. Przecież nikt nie mógł o nich wiedzieć. Nagle ciche łaskotanie dobiegło go od strony drzwi. Może spóźniony
klient - pomyślał z niechęcią. Przez chwilę zastanawiał się,
czy na drzwiach firmy nie wywiesić informacji, że przestają przyjmować
zamówienia na pochówki aż do czasu skończenia się suszy, ale
kiedy otworzył drzwi na progu stała piękność z dzielnicy slamsów,
czyli pani Kasia. - Dasz zarobić na lekarstwo dla dziecka ? Była to jej stara śpiewka oznaczająca, że potrzebuje kilka złotych
na butelkę dla odwiecznie zdolnego narzeczonego, który jednak
coraz bardziej pogrążał się w letargu. - A tak kiedyś pięknie podrabiał Matejkę - zdziwił się słysząc
własny głos. - Oczywiście szefie. Na Akademii Sztuk Pięknych przepowiadali
mu piękną karierę, ale biedak zakochał się, dostał suchoty i
wyrzucono go z akademika. A to już prosta droga ku nędzy. W tamtych,
jakże pięknych czasach wczesnego Gierka najbardziej liczyło się
miejsce w akademiku. Nie talent, nie koneksje, ale właśnie akademik.
Bez niego byłeś niczym, przecież wkrótce wszystkie ważniejsze
stanowiska w Komitecie obsadzili chłopcy z akademików. A mój
jaki wyrzucony za suchoty nie miał najmniejszych szans. Więc
stoczył się, chociaż uczciwie chodzi głosować za każdym razem
jak tylko są wybory, ale ostatnio jakby mniej orientuje się w
polityce. - Tyle nowych partii co gatunków alkoholu na półkach. Kiedyś
królowała jedna partia i jeden rodzaj wódy : czysta z czerwoną
kartką, więc człowiek nie miał problemów z wyborem. Co prawda
dla niepoznaki wymyślono Stronnictwo Demokratyczne, Ludowe co
natychmiast odbiło się na rynku alkoholowym : żubrówka, winak.
A dzisiaj co ? Trzysta jak nie więcej partii i prawie tyle samo
gatunków alkoholi. Dla pijaka starej daty pójście po alkohol
wiąże się ze stresem nie do zniesienia. Co wybrać ? Którą ? Jaką
? Za ile ? Ucichła i zaczęła się rozbierać. - Co pani robi ? - krzyknął przerażony spoglądając na zegarek.
Już był kilka minut spóźniony. - Zawsze uczciwie zarabiam na życie. Nikt nie może mi zarzucić
że nie dbam o klienta. Jeżeli pan taki spocony to może wystarczy
tylko obciągnąć ? Wepchnął jej w dłoń kilka banknotów i prawie że siłą wypchnął
za drzwi. Opierała się krzyczącą że i jej przecież należy się
jakaś przyjemność. - Przyjdź pojutrze po południu. Jednemu z kierowców jeżdżących
karawanami urodziło się dziecko, więc niejako w nagrodę od firmy
zafundujemy mu ciągnięcie. - Przy wszystkich ? Eksibicjonizm kosztuje ekstra, gdyż podobno
źle wpływa na porost włosów. - Kogo ? Obsługiwanego, czy... Nie dosłyszał co odpowiedziała ponieważ rozdzieliły ich dzwiękoszczelne
drzwi, pozostałość z czasów kiedy, zakładem rządził teść, a ten
nie lubił gdy jęki personelu pełne zachwytu dla umiejętności
pani Kasi wydostawały się na zewnątrz. Znowu napił się łyk z nieśmiertelnej butelki, i po raz kolejny
w miejsce wypitego alkoholu nalał wody. - Może odkryłem perpetum mobile ? - pomyślał wsiadając do samochodu
- jeżeli tak zostawiam żonę i wyprowadzam się ... Zamilkł zdumiony własną głupotą, przecież na żonę - dzięki teściowi
- skazany był dopóki on żył, jechał w przeciwnym kierunku niż
powinien. Nagle zrobiło się ciemno, szare, płaczące niebo nie za bardzo
chciało stać się przychylniejsze dla ludzi. - Po co wybieram się do nieznanej kobiety ? - pomyślał, ale
perspektywa oglądania kolejnego serialu w towarzystwie milczącej
kobiety nie nastrajała go optymistycznie. Zatrzymał się przed poszarzałą, ukrytą w mroku jak się czego
wstydziła kwiaciarnią, ale nie wysiadł z samochodu. Pojawienie
się w domu nieznajomej z bukietem nie wydawała mu się zbyt sensowne. - Przecież nie wiem po co mnie zawezwała ? Może chce porozmawiać
o pogrzebie ? Albo o... Do samochodu podeszła dziewczyna bez jednej nogi i zastukała
w szybę. Z niechęcią otworzył ją. Spojrzała na niego twarz bez
wyrazu, wykrzywiona w grymasie, jakby wszystkie cuda świata sprzysięgły
się przeciwko niej. - Nie wchodź do mieszkania tej złej kobiety - powiedziała dziewczynka,
wrzuciła na przednie siedzenie na wpół rozpakowanego, miętowego
- sądząc po zapachu - cukierka i znikła. Nie wiadomo dlaczego uwierzył jej, zawrócił i przez ponad godzinę
bezmyślnie jeździł zlanymi deszczem ulicami nie mając najmniejszej
ochoty wracać do domu. Kiedy w końcu się w nim znalazł zdziwił się brakiem w niej wiecznie
sterczącej przed telewizorem żony. Telewizor był naturalnie włączony, w kuchni nie umyte garnki
walały się nawet po podłodze, z pokoju dziecka którego przecież
nie posiadali dochodził cichy płacz. Zdumiony lekko popchnął pomalowane na kolor zielony drzwi. Kobieta,
która kilka lat temu została jego żoną leżała skulona na dziecinnym
łóżeczku i popłakiwała. - Nie przyszedłeś - odezwała się - a takie z tym spotkaniem
wiązałam nadzieje. Byłam zdecydowana nawet na... Nie patrząc na jęczącą kobietę podszedł do okna i zdziwił się,
iż wcześniej nie zauważył, że przecież od jakiegoś czasu padał
deszcz i ceremonie pogrzebowe znowu mogą normalnie funkcjonować. LXVI. To dziwne, ale droga pod górę liczyła trzy kilometry sześćset
dwadzieścia metrów, ale w odwrotnym kierunku była o całe osiemset
metrów krótsza. Fakt ten niósł z sobą masę różnorakich kłopotów, narzekań na
nieuczciwych taksówkarzy, skarg do rady miejskiej na funkcjonowanie
komunikacji miejskiej, która zdaniem piszących listy nie trzymała
się rozkładów jazdy. - Osiemset metrów, drobnostka w porównaniu z wiecznością, a
tyle narzekań - człowiek oddelegowany do zbadania tej sprawy
nie za bardzo wiedział, jak się do tego zabrać. A przede wszystkim
po co. Od ponad dwóch tygodni przesiadywał w barze u podnóża góry,
na koszt podatników popijał wino i obstawiał zakłady kiedy zwariuje. - Poprzednim razem, przez ponad rok, zajmowałem się jakże ważną
społecznie sprawą zwiększonej zachorowalności psów i kotów na
choroby tropikalne. W pewnej dziurze pod Kielcami jakaś ustosunkowana
politycznie wariatka wymyśliła sobie, iż jej zdaniem bezpańskie
psy i koty zachowują się zbyt agresywnie co podobno miało związek
z tropikiem. Ponieważ zbliżały się wybory, a rządząca opcja nie
czuła się pewna ponownego zwycięstwa, reagowała na każy sygnał
od ludności, by broń boże nie stracić żadnego głosu. W rezultacie
i tak z kretesem przerżnęła wybory, ale ja włóczyłem się po wygłodniałych
podwórkach, przepytywałem zdziwionych ludzi, którzy najdalej
w swoim zafajdanym życiu byli w Miechowie, a o tropiku słyszeli
jedynie przy okazji Stasia i Nel. I to nie wszyscy. Wstał od stolika, podszedł do ściany i na śnieżnobiałej stronie
nie zatemperowanym ołówkiem narysował prowizoryczną mapę województw
kieleckiego. Bez znaków przystankowych. - Przez tę zdziczałą okolicę rozpadło się moje małżeństwo -
powiedział półgłosem - a nawet zaczęły wypadać mi włosy. Lekarze
do dzisiaj nie mogą nic na to poradzić, a jedynie sugerują bym
zwiększył aktywność seksualną, od której co prawda nie przybędzie
mi włosów, ale zadowolenie wewnętrzne także się liczy. - Bardzo bogaty mamy kraj, kiedy stać go na utrzymywanie etatu
rzecznika interesu publicznego, ambasady w Izraelu i takich jak
ten wypierdków mamuta - mężczyzna, który nie pytany o zdanie
wypowiedział tych kilka cierpkich słów nie był znany w okolicy,
pewnie zabłądził kiedy odpadł od nieinteresującego już nikogo
Wyścigu Pokoju. Miał nie więcej jak metr pięćdziesiąt wzrostu, piękne zęby,
wiszącą torbę z urwaną sprzączką na ramieniu i wyblakły wyraz
twarzy. Siedział blisko przy wejściu, jakby się bał wejść głębiej w
tubylców, pochłonięty kuflem piwa w którym zagnieździło się kilka
much. - Proszę uprzejmie zaniechać tak bezczelnych prowokacji. Od
czasów Bieruta... Dziewczyna, która się nagle do niego dosiadła nie miała więcej
jak siedemnaście lat, bluzkę zawiązaną zaraz pod biustem, oraz
szpilki na rozlatujących się obcasach. - Masz kilka złotych na przefurtanie ? - zapytała się patrząc
mu przy tym głęboko w oczy. - Mam mieć - odpowiedział enigmatycznie, zapalił papierosa nie
częstując dziewczyny i rozglądnął się za pianinem, którego ten
wybitny przybytek sztuki niestety nie posiadał. - Przed stosunkiem lubię sobie brzdęknąć w klawisz - dotknął
ręki dziewczyny, a ta poczuła mrówki. - Po co ? Zastanowił się. Dziewczyna w tym czasie odrobiła w pamięci lekcje
na cały najbliższy tydzień. - Sam nie wiem, ale... W drugim końcu sali jakaś kobieta po raz kolejny nie potrafiła
poradzić sobie z zawiłościami pasjansa, podobno ulubionego przez
Marszałka. Nie wierzyła to, ponieważ zdaniem jej byłego męża,
nota bene siedzącego naprzeciwko niej, najbardziej ukochanym
pasjansem Piłsudskiego była Polska, także nie do rozwiązania. - Dlaczego od dnia rozwodu, czyli od przeszło trzech lat, codziennie
włóczysz się za mną jak nakręcony zwierzak, kiedy podczas małżeństwa
wyszliśmy tylko raz razem, na dodatek były to chrzciny córki
siostry ? - kiedy wypowiadała te święte słowa z ust wydobywał
się jej obłok zgniłej kapusty pomieszany z tanimi papierosami
bez filtra i skwaśniałego piwa. - Ponieważ - niechętnie odpowiedział zapytany mężczyzna - nie
chcę, byś mnie zdradzała. Kiedy byliśmy związani nierozerwalnym
związkiem nie zależało mi na tym, ale po rozwodzie pojąłem jakim
byłem głupcem. Podszedł do kawałka deski udającej bar, nachylił się nad okiem
właściciela i wściekle zaczął mu coś szeptać. - Nie mów do mnie językiem Izaaka Singera - po kilku chwilach
barman podskoczył jak dogoniony przez urząd skarbowy - mniejszości
narodowe mają wiele praw, ale nie w moim uchu ! - Chciałem tylko zamówić dwa piwa na borg. Jedno dla mojej żony,
a drugie... Przed speluną, w której te wszystkie rozmowy godne wyższej sprawy
się obywały kilkoro oberwanych dzieci próbowało złożyć ze znalezionych
na wysypisku części przynajmniej rower. Co prawda umawiały się
na coś większego, na przykład czołg, albo przynajmniej na nie
dręczącą nauczycielkę, ale zabrakło komponentów. Rozczarowane próbowały z rupieci którymi dysponowały zbudować
Polskę przedrozbiorową. Z wiadomym skutkiem, gdyż zawsze wszystko
rozbijało się o dostęp do morza. Kilka kroków od nich, w stronę klepiska szumnie nazywanego rynkiem,
dwóch łamistrajków protestowało przeciwko zmniejszaniu - ich
zdaniem - uprawnień posłów. Swoje niezadowolenie wyrażali w dość
oryginalny sposób, mianowicie wszystkich chętnych częstowali
alkoholem, sami nie biorąc go do ust. - Na posłów kompletnie się nie nadają - skomentowała przechodząca
obok nich, i namawiana do picia, aktora dramatyczna poszukująca
w tej surowej okolicy natchnienia do zagrania roli w Końcówce
Becketa. A może Na śmietniku ? Zresztą co za różnica ? Obydwie
sztuki od lat uznawane były za nieaktualne, ponieważ niezrozumiałe. Zaś na samym rynku miłośniczki racjonalnego i zdrowego żywienia
zawzięcie kłóciły się o ilość złych kalorii w sznyclach, w niektórych
regionach kraju zwanych kotletami mielonymi. I tak oto upływały igraszki w jednej tylko, i to nie całej,
miejscowości w tym świętym kraju, niestety naznaczonym niezmywalnym
piętnem kretynizmu. Wracając do faceta, który miał zbadać dlaczego droga po górę
jej w kierunku powrotnym krótsza o całe osiemset metrów niż pod
górę powiesił się na własnym pasku, w o dziwo eleganckiej toalecie,
w której firma produkująca te fajansowe cuda reklamowała się
na każdym wytworzonym przez siebie produkcie nie przejmują się,
iż człowiek może mieć dość tego swoiście pojmowanego marketingu. LXVII.Pogrzeb trzydziesty trzeci. Jak daleko
stąd do nieba ? Zatelefonowano około czwartej nad ranem. Chociaż
spał podświadomie czekał na tę wiadomość. Nie był to, jak przypuszczał,
lekarz ale zwyczajna recepcjonistka, która nie wiedziała nic
poza tym że umarł. Wstał z łóżka nie zapalając nocnej lampki, podszedł
do okna i popatrzył w pustkę. Szarzało chociaż w jego sytuacji
nic to nie oznaczało. Może poza kolejnymi łzami. Facetem, który umarł przed kilkoma minutami
był mężem jego wieloletniej kochanki, która w szpitalu jako kontakt
pozostawiła jego numer telefonu, twierdząc, nie bez racji, że
przez lata ich stosunki jako przyjaciół były o wiele lepsze niż
jej jako żony.] - Coś dla niego możesz przecież zrobić - popatrzyła
mu głęboko w oczy i wpisała w odpowiednią rubrykę jego numer
telefonu komórkowego. Ich wspólny znajomy, jeżeli można tak powiedzieć
- już od miesięcy był nieprzytomny i lekarze nie dawali żadnych
szans na poprawę. - Jak będę żyła dalej ? - zapytała kobieta samą
siebie któregoś razu, kiedy wychodzili ze szpitala - przecież
w gruncie rzeczy nie jest przygotowana na życie wyłącznie z jednym
mężczyzną. - Szybko postarasz się o nowego kochanka - zażartował. - W moim wieku ? - stanęła przed nim zdumiona
jak Stalin w Jałcie, kiedy pozostałych dwóch durniów bez sprzeciwu
zaakceptowało jego plan rozbioru Europy. - Zawsze znajdzie się jakiś zboczeniec. Nie odzywała się do niego przez ponad dwa tygodnie,
chociaż przychodził do niej jak zwykle co drugi wieczór, rozbierała
się, kładła do łóżka i odwracała twarzą w kierunku ściany lekko
podnosząc kołdrę, ale nie powiedziała przez ten czas ani słowa.
Nagle któregoś dnia uśmiechnęła się i stwierdziła : - Wczoraj przypaliła mi się zupa. Wtedy po raz pierwszy odkąd się znali zdał sobie
sprawę, że wcale nie jest kobietą na której mu zależało, o czym
ostrzegała go jego matka zanim nie wyjechała nad morze. Teraz odszedł od okna, nałożył szlafrok i nie
zamykając mieszkania na klucz wszedł do windy, nacisnął zmazaną
od używania cyfrę 7 i po chwili pukał w jakże znane mu drzwi. - Aż tak cię przypiliło, że nie możesz poczekać
do wieczora ? - Nie była zaspana, ale jakaś obca. - Telefonowano ze szpitala - powiedział wolno
cedząc słowa. - O co tym razem prosi ? Nie przypuszczał, że mogła aż tak być niedomyślna. - O modlitwę. Dopiero w tym momencie jakby do niej coś dotarło,
oparła się o zabrudzoną wiecznością framugę drzwi i wydukała
: - Umarł ? Skinął głową i wrócił do siebie zupełnie nie
przejmując się płaczącą już teraz kobietą opartą o drzwi. - Kiedy żył pan M. - nie wiedział dlaczego,
ale nagle zaczął myśleć o swoim nieżyjącym przyjacielu jako o
osobie obcej - mogłem używać i pokazywać się w różnych zakazanych
miejscach z jego żoną, ale po śmierci absolutnie mi nie wypada. Wróciwszy do mieszkania otworzył okno, zrobił
kilka pompek, i jakby się nic nie stało wrócił do łóżka. Dla
pewności wyłączył telefon. Bał się kolejnej, złej wiadomości
jakby wy - łączenie aparatu miało pomóż mu jej uniknąć.] Do dnia pogrzebu nie spotkał się ze swoją kochanką,
nie reagował na jej dzwonki do drzwi, telefony a nawet listy. - To dziwne - pomyślał w pewnym momencie - za
życia męża nie napisała do mnie ani jeden raz, a teraz już czternaście.
Kobiety zmieniają się, ale żeby do tego stopnia ? W kościele jednak stanął u jej boku. Zrobił
to odruchowo, mechanicznie, zupełnie nie rozumiejąc przyczyn
takiego postępowania. - Mogłeś założyć inny krawat - szepnęła, ale
jakoś niezręcznie ponieważ usłyszało to krótkie zdanie prawie
połowa osób zgromadzonych w kościele. - Dobrze wiesz, że mam tylko jeden. Na cmentarzu stał już daleko od wdowy, nic nie
widzącymi oczami przyglądał się bezbarwnej w gruncie rzeczy ceremonii
spuszczania trumny do dużo wcześniej wykopanej dziury. - Każę się skremować - postanowił dziwiąc się
własnemu głosowi - przecież to o wiele bardziej higieniczne,
jakby higiena - dodał po chwili - miała z tym wszystkim cokolwiek
wspólnego. Nie stanął także w kolejce oczekujących na złożenie
kondolencji, tuż przy cmentarnym murze zatrzymał taksówkę i podał
adres knajpy do której z właśnie co pochowanym przyjacielem czasami
zaglądali. Odnalazła go w niespełna godzinę później, odsunęła
krzesło i nie patrząc na niego wysoko podciągnęła spódnicę odsłaniając
nieopalone nogi. Zdążyła się już nawet przebrać. - To wszystko należy teraz wyłącznie do ciebie
- powiedziała cicho. Zaczął się śmiać jak nowonarodzony słysząc imię
jakie wymyślili dla niego rodzice. - Nie żartuj - odpowiedział nie patrząc na nią
bojąc się iż fałsz przeskoczy z jej oczu na niego - nie jestem
w odpowiednim nastroju. Trochę opuściła spódnicę, ale i tak dla kogoś
patrzącego na ich z boku wyglądali dość nietypowo. Pochylony
nad kuflem piwa mężczyzna oraz kobieta podnosząca, i zaraz trochę
opuszczająca spódnicę. Poza nimi w lokalu nie było jednak nikogo,
w telewizji pokazywano uroczystości z Placu Świętego Piotra. - Nie wiem, jak mam ci to powiedzieć - odezwał
się w końcu, zdumiony słysząc swój stanowczy głos - ale razem
ze śmiercią pana M. przeminęła także nasza znajomość. Kiedy żył
było rzeczą prawie naturalną iż oszukiwaliśmy go. Ale teraz kiedy
go już nie ma... - Mogłam się tego po tobie spodziewać ! - krzyknęła
i kilka kufli piwa wiszących nad barem lekko się poruszyło -
używać mężatkę to według ciebie coś normalnego, ale pójść do
łóżka z wdową nie mieści się już w twoim pojmowaniu świata. - Mniej więcej - odpowiedział po chwili zastanowienia,
podniósł z kufel z wystygłym już teraz piwem i przeniósł się
do innego stolika. Kobieta zaniemówiła, ale po chwili zapaliwszy
papierosa zebrała się w sobie, nie wiadomo po co położyła na
blacie stołu kilka drobnych monet i nie patrząc w jego kierunku
wyszła z knajpy. Dokładnie w tym samym momencie w którym zamknęły
się za nią drzwi włączyła się szafa grająca, której do tej pory
nie zauważył, w sekundzie lokal wypełnił się młodzieżą, a przy
jego stoliku pojawiły się dwie dziewczyny, pewnie studentki którym
niespodziewanie wpadło do portfela kilka złotych. - Pan nie zagląda tutaj zbyt często ? - zapytała
jedna z nich. Wzrokiem, który nie wyrażał nic ponad zdumienie
popatrzył na nią z niechęcią, jednak odpowiedział. - Wiele lat temu przychodziłem tutaj z przyjacielem,
którego dzisiaj pochowaliśmy. Co prawda tamten lokal wyglądał
zupełnie inaczej niż dzisiaj, ale piwo było podobnie wstrętne.
Może panie napiją się czegoś innego ? Po drugiej butelce marnego sikacza ta jakby
bardziej odważna, a może tylko gadatliwa zapytała : - Kim była kobieta, jeżeli naturalnie możemy
wiedzieć, która kilka chwil temu siedziała przed panem i pokazywała
wyblakłe kolana ? Zdumiał się, przecież był gotowy przysięgnąć,
iż kiedy rozmawiał z kobietą dzielącą życie pomiędzy dwóch przyjaciół
w lokalu nie było nikogo poza nimi. - Wślizgnęła mi się do łóżka, jeżeli mogę tak
powiedzieć, po jakiś imieninach kiedy wszyscy goście wyszli a
jej mąż lekko zamroczony zasnął w fotelu. Z początku było to
podniecające ciupciać żonę najlepszego przyjaciela, później nudne
a pod koniec jego życia wręcz odrażające, ale najtrudniej jest
wycofać się w odpowiednim momencie, a problem ten nie dotyczy
tylko seksu, ale także innych dziedzin... - Z nas dwóch którą by pan wybrał ? - jak na
komendę wstały i okręciły się wokół własnej osi. Zamówił nową butelkę wina, pewnie o to najpewniej
im chodziło. Ale był w błędzie, w ogóle nie zareagowały na kelnera
nalewającego im do kieliszków bezbarwny napój. - Pytamy poważnie ponieważ ta nie zaakceptowana
musie mieć czas na znalezienie sobie partnera, a przecież już
dochodzi piąta po południu - mówiąc to bez przerwy spoglądała
na zegarek jakby nie była pewna czy wie co to jest poczucie czasu.
Tym bardziej w ich wieku. Nie zastanawiając się wskazał na dziewczynę,
która do tej pory nie odezwała się ani słowem. - Tak przypuszczałam - zrezygnowanym głosem
powiedziała ta, której cały czas nie zamykały się maleńkie szparki
czasami zwane ustami - mężczyźni boją się kobiet zdecydowanych,
pewnych siebie, wygadanych. - Skąd wiesz, czy taka nie jestem ? - nagle
odezwała się ta cały czas milcząca - od pierwszego roku studiów
decydujesz za mnie, wpychasz mi do łóżka wyleniałych facetów,
którym niby to nie staje przy tobie, rozgotowujesz groch na mamałygę. Prawie że desperackim ruchem przyciągnęła do
siebie kieliszek z winem i tak po prostu rozlała na stolik. - Spływaj stąd. Nie słyszałaś kogo ten frajer
wybrał ? Kiedy późno w nocy znaleźli się przed drzwiami
jego mieszkania stanęli jak wryci. Pod wizytówką z jego nazwiskiem,
teraz zamazaną czarnym flamastrem, straszył nekrolog przyjaciele
którego pochowali prawie dwanaście godzin temu. - Pozorowana zemsta przedmiotów martwych - dziewczyna
uśmiechnęła się, czknęła i próbowała odpalić papierosa od ściany,
ale o dziwo nie udawało się to pomimo ponawianych prób. - Zawsze była patetyczna - powiedział odrywając
czarno - biały, teraz już nic nie znaczący kawałek papieru -
któregoś wieczoru przyszła do mnie zupełnie naga. - Jak mogłaś ? - zapytałem a ona na to, że powiedziała
mężowi iż zejdzie do mnie pokazać mi swój dziwnie powiększony
biust. Kiedy znaleźli się w mieszkaniu dziewczyna momentalnie
zasnęła. Nawet nie zdążyła dojść do łóżka, tylko jakby usnęła
w drodze do niego. Na szczęście potrzymał ją, rozebrał, szczelnie
przykrył i otworzył okno. Świt w drodze na wschód jeszcze nie
zahaczył o jego położenie. Pił drugiego drinka siedząc w fotelu, paląc
i przyglądając się śpiącej dziewczynie, kiedy usłyszał przekręcający
się klucz w zamku. Miała na sobie sukienkę którą podobno kiedyś
tam lubił, bardzo wymalowane usta, a w dłoni kawałek tektury
wyglądającej na bilet lotniczy. - Szybko się pocieszyłeś - wskazała na ciało
w łóżku. - Mnie nikt bliski nie umarł - mówiąc to nie
patrzył na nią - najwyżej bliski przyjaciel, więc pocieszanie
się nie jest stwierdzeniem konkretnym. - Zawsze był z ciebie zimny, wyrachowany skurwysyn.
Pakuj się, kupiłam dwa bilety na pewną wyspę, na której... Z niechęcią wstał, wyjął jej z ręki klucze i
delikatnie wypchnął za drzwi, po drodze wypychając za dekolt
resztki podartego nekrologu. - Nie przepadam za młodymi kobietami, ale może
ta - wskazał na łóżko - nie ma nikogo, kto szybko odejdzie. Nie zrozumiała o czym mówi, zaczęła płakać jak
dziecko przyłapane w szkole na odpisywaniu z książki. - Poświęciłam ci najlepsze lata i... Na szczęście drzwi posiadały zabezpieczenie
przed niepożądanymi dźwiękami, więc nie słyszał co krzyczała
dalej. Obudził się z bólem głowy. Był w łóżku sam.
Dziewczyna stała przy oknie i zdeterminowana liczyła : sześćdziesiąt
trzy, cztery, pięć. - Co robisz ? - zapytał zupełnie bez sensu. - Liczę przechodniów nie trzymających swoich
partnerów za rękę. Już zdążyłam umyć włosy, posprzątać w kuchni,
zatelefonować do Ani i zapytać jej jak udały się wieczorne łowy,
posprzątać ci na biurku a przed chwilą przyjąć zaproszenie na
śniadanie od pani mieszkającej na 7 ( wyblakły napis w windzie
) piętrze. Prosiła byś się pospieszył, ponieważ podobno... Z niechęcią odwrócił się w kierunku ściany.
Była mu o wiele bliższa niż on sam sobie, jednak nie miał czasu
rozwinąć tej myśli, ponieważ dziewczyna zaczęła ściągać z niego
kołdrę. Jak wczoraj na cmentarzu ze stojącego tłumu chowany do
grobu domagał się haraczu. LXVIII. Żeby dojść do tego krzyża musiał zawziąć się
i przemóc własną niemoc. Stał kilka kroków za miastem, na niewielkim
wzgórzu, ale w jego wieku każdy wysiłek ponad przepisaną przez
lekarza granicę równał się szaleństwu. Na które jednak zdobył
się, zdając sobie sprawę, iż w przyszłym roku będzie pewnie za
późno. Krzyż ten, kawałek niezbyt wysokiego kunsztu
projektującego go, zapewne domorosłego, artysty ludowego, był
pierwszym - jeżeli można tak powiedzieć - przedmiotem zapamiętanym
w dzieciństwie. Miał nie więcej jak pięć, sześć lat, kiedy z
mamą i ojcem przyjechali do tej miejscowość na jego pierwsze
- które pamiętał - wakacje. Rok był dwudziesty dziewiąty ubiegłego wieku,
wszystkie drogi prowadziły na wschód, jak w dziesięć lat później.
Ojca pamiętał jak przez mgłę, wysoki mężczyzna w mundurze, nie
uśmiechający się i odpowiadający tylko na zadane pytania, do
tego nie przez dzieci. Matka, smutna kobieta o twarzy uwięzionego
anioła, pchała przed sobą wózek z młodszym braciszkiem, i wcale
nie zachwycała się urokiem podlwowskiej okolicy. Nienawidziła wakacyjnych wyjazdów, ponieważ
odrywały ją od codziennego, wieczornego bridgea, oraz pewnego
młodego oficera, zaginionego w pierwszych dniach wojny. Podobnie
jak o losach męża, nie dowiedziała się już nigdy o nim ani słowa. Z nudów chodzili drogą za miasteczko pełne rozczochranych
żydowskich dzieci, wiecznie pijanych komiwojażerów jak i piszących
wiersze, ledwie oderwanych od ziemi młodzieńców, uciekinierów
z powieści Singera. Na krzyż natchnęli się pod koniec wakacji, kiedy
zniecierpliwienie ojca, znudzenie mamy i biegunki brata osiągnęły
apogeum. Wyłonił się im przed oczami jak z mgły nagle,
niespodziewanie i w pewien sposób niepostrzeżenie. - Przechodziliśmy tutaj tyle razy... ... dokładnie dwadzieścia sześć - powiedziała
matka, zawsze dokładna i skrupulatna, naturalnie, jeżeli chodziło
wyłącznie o szczegóły. ... i nigdy go nie zauważyliśmy - kontynuował
niezbity z tropu ojciec. A dzisiaj patrzył na dwie deski zbite nawet
nie pośrodku zardzewiałym gwoździem, jakby znowu widział go po
raz pierwszy. Nagle obejrzał się za siebie, przerażony że rodzice
stoją tuż za nim, a brat... Starł pot z czoła, zapalił papierosa i po raz
kolejny pożałował, że wybrał się w tę daleką - jak teraz sądził
- pozbawioną sensu, zagraniczną jakby nie było, podróż. Był środek lata ale nie czuł ciepła, wręcz przeciwnie,
zapiął kurtkę próbując w ten sposób bronić się przed dokuczliwym
wiatrem, ale sens tego wszystkiego sprowadzał się do pytania,
w jaki sposób najszybciej wrócić do hotelu. W oddali, jakby poza horyzontem kilkoro znudzonych
dzieci zastanawiało się który z nich może kandydować na przyszłego
prezydenta państwa. Nie słyszał ich głosów, ale domyślał się
o czym mówili. Nagle zaintrygował go jakiś dziwny dźwięk. Wielki
samochód o niemieckich znakach rejestracyjnych z oślepiającym
tumanem kurzu zatrzymał się tuż przed nim. Kiedy chmura opadła
kierowca w lśniących rękawiczkach majestatycznym krokiem obszedł
samochód, następnie z niespotykaną dzisiaj galanterią otworzył
tylnie drzwi i podał rękę z trudem wysiadającej kobiecie. Była w mniej więcej podobnym co on wieku. Szybko
wyrwała swoją dłoń z ręki kierowcy, przeżegnała się i podeszła
do krzyża składając przed nim kilka zwiędniętych od upału kwiatów. Nie chciał mieszać się do nie swoich spraw,
więc odszedł kilka kroków kiedy dopadło go pytanie kobiety : - Pański syn także poległ pod tym piekielnym
krzyżem ? Niechętnie odwrócił się, popatrzył na kwiaty
jakoś nie pasujące do tego miejsca. Przypominały mu bezzębne
ssaki z ZOO. - Na szczęście nie mam dzieci. Kobieta, z którą
kiedyś tak się związałem bardziej interesowała się własną karierą
sceniczną niż rodzeniem potworów. Kobieta uśmiechnęła się, skinęła na kierowcę
i ten w sekundzie wydobył z bagażnika stół i dwa składane krzesła,
rozłożył je, z wnętrza samochodu, pewnie z podręcznej lodówki
wyjął butelkę szampana i zastygł w pozie oczekiwania. - Może napijemy się po łyku ? Pora pewnie za
wczesna, ale w naszym wieku - uśmiechnęła się - żadna godzina
nie jest mniej odpowiednia. Z niechęcią usiadł na niewygodnym krześle, dotknął
zmrożonego kieliszka i zastanowił się, czy przypadkiem nie zwariował.
Jechał tyle kilometrów niewygodnym pociągiem, męczył w zawszonym
hotelu, by tylko zobaczyć krzyż pod którym bywał z rodzicami,
a teraz w jego pobliżu pił szampana. - W 43 pod tym krzyżem zginął mój syn, więc
odkąd Związek Radziecki rozpadł się na mniejsze gniazda zła,
a na dodatek umarł mój mąż, przyjeżdżam tutaj co roku. Nie wiem
tylko po co, przecież kiedy popatrzy się na to wszystko z boku
pozostaje jedynie pusty śmiech. A pan co ? Stracił pod tymi dwiema
deskami dziewictwo ? - W pewnym sensie - i nagle opowiedział jej
o wakacjach w tych okolicach, spacerach z rodzicami i bratem,
kochanku mamy. - Jak świat długi i szeroki wszyscy mamy pogmatwane
życiorysy. Czy tego chcemy, czy nie. Cały wiek dwudziesty jest
jednym wielkim kłębowiskiem. Podszedł kierowca i zapytał czy ma rozłożyć
parasol. - Może przejedziemy się po okolicy ? - zaproponowała
kobieta - jeżeli naturalnie nie ma pan nic innego do roboty. - Oczekiwać na śmierć można w różny sposób.
Miałem przyjaciela, który od dwudziestego szóstego roku nie robił
nic innego jak tylko czekał. Codziennie rano, bez względu na
dzień tygodnia, telefonował do swojego adwokata i pytał czy jeszcze
żyje. - A jak zmarł ? - Przejechał go pociąg. Długi, podobno wyładowany
węglem i nawet się nie zatrzymał. Znaleziono jego ciało dopiero
w kilka dni później, ponieważ adwokat o którym wspominałem przebywał
w szpitalu i wcześniej nie miał dość sił by zainteresować się
losem swojego, jedynego już klienta. Jeździli po okolicy do wczesnego popołudnia
i opowiadał kobiecie o pogmatwanej historii tych okolic, swoich
własnych przejściach jak i bajkach zapamiętanych z dzieciństwa,
gdy jego niania próbowała nie pozwolić mu zasnąć ponieważ po
kilku minutach budził się z krzykiem, wzywał ją i prosił by opowiadała
dalej. - Mój syn także wszystkiego się bał, do SS w
żaden sposób się nie nawał, był typem zamkniętego w sobie naukowca,
ale jego ojciec, przesiąknięty ideologią narodową w żaden sposób
nie wyobrażał sobie syna w domu, kiedy całe Niemcy... - Wszyscy przegraliśmy tę wojnę, ja na przykład
nie mogłem tutaj przyjeżdżać do 91 roku, ponieważ ziemie te nie
należały już do mojej ojczyzny. Dopiero jakieś sześć lat temu
przemogłem się, ale niepotrzebnie. Kiedy pierwszy raz po tylu
latach stanąłem pod tym krzyżem ogarnął mnie pusty śmiech. Lata
marzeń, że jednak jakieś obrazy z dzieciństwa ożywią się, spotkam
matkę, brata lub chociażby zakichanego ojca okazały się mrzonką
z pogranicza pokoju lekarza - psychiatry. Kierowca z piskiem ominął jakąś furmankę wypełnioną
pijanymi mężczyznami wymachującymi jakże kiedyś znajomymi flagami. - Nie mogę tylko zrozumieć, po co w dalszym
ciągu co roku ciągnie mnie pod ten krzyż ? Kiedy tylko nadejdzie
maj nie mogę usiedzieć w domu. Już tyle razy obiecywałem sobie,
że nigdy więcej nie wsiądę do pociągu a później nie znajdę się
pod tym zdechłym skrzyżowaniem tęsknoty za czasem przeszłym z
niezrozumiałością, która kieruje naszą psychiką, że... - Proszę się nie gniewać, że panu przerywam,
ale ja także. Przyjaciółki pukają się znacząco w czoło kiedy
słyszą iż znowu wybieram się na to pustkowie. Namawiają bym chociaż
raz poleciała z nimi na ciepłe plaże uwolnione od przeszłości,
ale nie potrafię. Na szczęście rodzinny lekarz twierdzi, że w
przyszłym roku podobna podróż będzie już niemożliwa. Nagle złapała go za rękę. - Może pan coś dla mnie zrobić ? - zapytała
i nie czekając na odpowiedź szybko dodała - wynajmę kurwę niech
dla nas wieczorem zatańczy. Podobno syn noc poprzedzającą śmierć
spędził w burdelu, więc może wczuje się w jego psychikę na kilka
minut przed - jak mawiał pewien idiota z zabójczym wąsikiem -
ostatecznym rozwiązaniem ? Sama nie zdobyłabym się na taki gest,
ale z panem ? Dlaczego nie ? Wiem, że to idiotyczne, ale przecież
całe życie składa się z nic nie znaczących gestów, słów wypowiadanych
z przeświadczeniem że się kłamie, patosu wręcz przelewającego
się nam przez uszy. - Dotknęła pleców kierowcy i kazała wieść się
do hotelu. Po drodze zawadzili o jego przytułek, przebrał się,
dla kurażu łyknął kielicha z butelki wcześniej przygotowanej
na podróż ze spaceru pod krzyż i zszedł do oczekującego go samochodu. Kobieta spała na tylnym siedzeniu jak dziecko
podłożywszy dłonie pod twarz. - Proszę ją zrozumieć - powiedział kierowca,
kiedy nie wiedział jak ma się zachować i czy nie wrócić do swojego
pokoju - miała ciężkie życie. Przez lata pracowała jako szwaczka,
a teraz przez cały roku głoduje, by raz na dwa lata wynająć mnie
i przyjechać w to miejsce. Dlaczego akurat tutaj nie wiem ? Jest
jednak pewne, iż żaden jej syn nie zginął pod krzyżem, co ciekawsze
nigdy nie miała dzieci, ani męża. Całe dorosłe życie spędziła
samotnie w wynajętym, umeblowanym pokoju, kiedyś wynajmowanym
na godziny, a około 50 roku przebudowanego dla takich jak ona
gołodupców. Teraz mieszka w domu starców i na każdy dłuższy wyjazd
musi wyrazić pozwolenie lekarz i dyrektor, ale oni nie specjalnie
przejmują się dewiacjami swoich podwładnych. Telefonuje wtedy
do firmy transportowej i wynajmuje mnie na dziesięć dni. To wszystko,
proste aż robi się niedobrze. W tej samej chwili obudziła się kobieta, uśmiechnęła
i kazała pospieszyć się. U siebie, czyli w eleganckim hotelu
w centrum Lwowa chwilę porozmawiała z recepcjonistom, w końcu wepchnęła mu w dłoń kilka banknotów i wróciła
do mężczyzny czekającego na nią w skisłym fotelu. - Mamy czas do ósmej, zapewniono mnie iż panienka
zjawi się punktualnie. Zjedli coś, napił się kilka kolejek z wyraźną
akceptacją płacącej za wszystko kobiety. - Może podzielimy się kosztami ? - zdziwił się
słysząc własny głos. Z niecierpliwością odsunęła od siebie nietkniętą
szklankę śmierdzącego piwa. - Przecież to zginął mój syn... ... ale - przerwał jej - ja wcześniej chodziłem
pod ten krzyż. Zamyśliła się, skinęła na kelnera i coś mu tam
szeptała do ucha. - Twierdzi - uśmiechnęła się - że słuszność
jest po mojej stronie. Panienka nie była specjalnie ładna, ale bezkompromisowa.
Nie pytana pokazała pomięte zaświadczenie o nieposiadaniu choroby
zwanej Aids, zaciągnęła zasłony i włączyła magnetofon. - Ponieważ tańczę przed Niemcami żądam by mnie
nie obłapiano, ani nie mierzona laubsegą odległości pomiędzy
sutkami. Co do dalszych usług porozmawiamy po seansie, ale sto
euro zaliczki poproszę położyć na stole. Kiedy się obudził był już świt. Kobieta, której
syn podobno poległ w pobliżu Lwowa nie było w pokoju. Ani jego
portfela. Zdegustowana, iż nikt jej przez całą noc nawet nie
próbował dotknąć, panienka spała w fotelu bezwstydnie przerzuciwszy
nogi przez oparcie fotela. Szybko i cicho ubrał się i wymknął z hotelu
po raz kolejny przysięgając, że już nigdy więcej nie przyjedzie
w te strony, ale nie bardzo w to wierzył. Krzyż z majaczącymi
w pobliżu postaciami rodziców miał w sobie siłę większą niż magnes. LXIX. Pogrzeb trzydziesty czwarty, siermiężny. Na stole stały trzy butelki wódki, rozpieczętowane
i lekko ubrudzone palcami które je dotykały. Za oknami szalała wichura pomieszana z dziwną
ciszą panującą wewnątrz pokoju w którym siedzieli. W rogu leżała poranna gazeta z wielkim zdjęciem
na pierwszej stronie, oraz tekstem wydrukowanym drobnymi literami
w suchych słowach streszczającymi życie mężczyzny, który akurat
dzisiaj miał zostać pochowany. - Jeżeli kiedyś tam był taki sławny i wielki,
dlaczego poza nami nikt nie wybiera się na jego pogrzeb ? - nie
to zapytał ni stwierdził najmłodszy z nich wszystkich siedzący
na podłodze z podkurczonymi nogami. - Skąd wiesz, że poza nami nikt nie pofatyguje
się na cmentarz ? Przecież jeszcze na nim nie byliśmy ? - W taką pogodę ? - Pogoda nie ma tutaj nic do powiedzenia. Liczy
się wyłącznie pamięć, tak o człowieku jak i jego uczynkach. Siedzący na podłodze roześmiał się. - Wymazali jego nazwisko ze wszystkich encyklopedii
i słowników. - Nie jego nazwisko tylko nasze, i nie ze wszystkich.
W encyklopedii historii ruchów robotniczych i socjalistycznych
ma całe dwie strony gęstego druku. - Nikt tego nie czyta. - Polacy w ogóle przestali czytać. Może poza
wyciągami z banków. Zabrzmiał dzwonek telefonu, ale żaden z nich
nawet się nie poruszył. Od kilku dni dziennikarze nie dawali
mi spokoju, jakby ich wujek był pępkiem świata. - Zmówiłeś wieniec z napisem - nie patrząc na
siedzącego na podłodze zapytał jeden z trójki pozostałych. - Zwariowałeś ? Jaki wieniec ? A za co kupiłbym
te flaszki ? - wskazał na stół. Pytający mężczyzna wstał, podniósł brata z podłogi
i wypchnął za drzwi na korytarz. - Przeklęte ścierwo. Dla niego liczy się tylko
wóda i Legia Warszawa, chociaż mieszka w dziurze w której nie
ma nawet porządnej knajpy i normalnego kina. - O przepraszam - zaprotestował drugi w kolejności
brat - kino to mamy wszędzie, wystarczy popatrzeć przez okno.
Podobnej pojebanej mieściny nie powstydziłby się żaden western,
nawet klasy C. - Ale trzy lata temu przejeżdżał tędy papież.
I to dwa razy. Popatrzyli na siebie z niedowierzaniem. - To już minęło trzy lata ? Co przez ten czas
zrobiliśmy ? - Trochę się postarzeliśmy. Nic poza tym. Po
pierwsze środki unijne jakoś do nas nie docierają, po drugie
nie za bardzo mamy się czym pochwalić. Gdyby nie zmarły wujek... ...przecież nawet ani razu nie widzieliśmy go
na oczy. - I co z tego ? Wiemy o tym tylko my, ale na
użytek mas możemy wymyślić ładną historię. I wymyślili jak to pomagał im w nauce, dzieci
głaskał po głowie, bezpańskie psy przygarniał na swoje podwórko. - I za takie bzdety żądacie dwa tysiące ? -
dziennikarz z mikrofonem do którego zatelefonowali, a który przyleciał
jak oparzony, popatrzył na nich z niedowierzaniem - dzisiaj słuchacze
wymagają sensacji, wasz tekst był dobry dla lat sprzed przełomu.
Dzisiaj komunista nie może być przedstawiany jako dobry, wykształcony
i uczciwy człowiek, ponieważ mija się to z wizerunkiem jaki ma
słuchacz. Dla niego wszystko co stare jest złe, nijakie i bezbarwne. - A Czerwone gitary ? - Nie rozmawiamy o słupach milowych w polskiej
piosence, ale o przywódcach państwowych, którzy swoją władzę
znaczyli brutalnością, kłamstwem a przede wszystkim podporządkowaniem
się dyrektywom z Kremla. Za taki, lub podobny tekst, jestem gotowy
zapłacić nawet... Zrzucili go ze schodów. Jaki był ich wujek nie
za bardzo wiedzieli, ale z tego co pamiętali z opowiadań matki
strasznie lubił przypalone kotlety, pieczarki w śmietanie, domowej
roboty nalewkę, więc ich zdaniem nie mógł być złym człowiekiem. - Zbierajmy się, pójdziemy sprawdzić czy na
cmentarzu nie kroi się jakaś prowokacja. Wypili po kielichu, darowali karę najmłodszemu
z nich i jakoś dojechali na podmiejski cmentarz pomimo zadymki
śnieżnej, zimna i braku jakichkolwiek chęci uczestniczenia w
czekającej ich ceremonii. Cmentarz jednak był pusty, jak tylko o tej porze
rok może być kawałek ziemi ogrodzonej rozlatującej się płotem,
na której nie tylko nie chciał położyć się nikt przy zdrowych
zmysłach, ale także grzechem byłoby chowanie kogokolwiek. Poszli w kierunku plebani zapytać się księdza,
jak jest możliwe w tak nieludzkich warunkach chować jakby nie
było jednego z kiedyś bardziej znanych obywateli tego kukiełkowego
kraju. - Nic o żadnym pogrzebie nie wiem - ksiądz był
na wpół ubrany, rozespany a z lewej dłoni wystawało mu kilka
kart - pewnie jak zwykle dziennikarska kaczka. Kiedy nie mają
o czym pisać najłatwiej przychodzi im wymyślić pogrzeb. Temat
chwytliwy, tym bardziej kiedy ma się pochować kogoś znanego.
Za moich czasów słyszałem już o czterech pogrzebach Ćwiklińskiej,
co najmniej dwóch Jaracza oraz kilku Tońcia i Szczepcia. Tych
ostatnich zawsze chowano w jednym grobie, ponieważ według niektórych
była to jedna osoba. Zdezorientowani nie wiedzieli jak się mają zachować.
Widząc ich miny ksiądz zaordynował : - Proszę zostawić coś na tacę, pomodlę się za
waszego wujka, bez względu na fakt gdzie się dzisiaj znajduje
i jak się czuje, a wy do domu, książki na stół i uczyć się. - Ależ proszę księdza - zaprotestowali - wszyscy
mamy już około pięciu dych ! Jaka nauka, jakie książki ? - Chodźcie za mną, tylko niczemu się nie dziwcie. Przeszli przez kuchnię, w której siedziały trzy
młode dziewczyny pochylone nad kartami, aż w końcu znaleźli się
w pokoiku całym zawalonym szkolnymi książkami. Różnymi, z techników,
liceów, szkół przysposobienia zawodowego jak i kilka z wyższych
uczelni. - Psia krew - westchnął ksiądz - nie przypuszczałem
że tego aż tyle, ale ostatnio wszyscy grają w karty, jakby nic
innego nie mieli do roboty. - I ksiądz zawsze wygrywa ? Ten rozłożył ręce w geście jakby bardzo nie
chciał ale musi. - Nie ja, lecz on - prawą, wolną od kart ręką
wskazał na sufit. Wracali przez śnieżycę jakby trochę przygnębieni,
nie rozmawiali ze sobą, widać każdy zastanawiał się co to wszystko
miało oznaczać. Kiedy tylko znaleźli się w domu wysłali najmłodszego
do kafejki internetowej by jako jedyny znający się na tego rodzaju
wybrykach zorientował się co w trawie piszczy. Wrócił po prawie trzech godzinach, kiedy w butelkach
znajdujących się na stole prześwitywało dno. - W żadnym z portali nie ma ani słowa o naszym
wujku, jedynie w wyszukiwarce Google znalazłem informację... - Jakiego języka używasz chłopcze ? - zapytał
najstarszy z braci, podszedł do okna i popatrzył pustym, otępionym
przez alkohol wzrokiem w przestrzeń. Znowu nie poszedł do biura
pośrednictwa pracy i kolejną noc jego wyblakła żona spędzi u
kochanka. Ile razy nie położył na stole zaświadczenia, że coś
próbował w swoim życiu zmienić, pakowała szczoteczkę do zębów,
piżamę - jakby była jej potrzebna - i przenosiła się dwa domu
dalej do niewysokiego mężczyzny niezbyt cieszącego się z jej
częstych wizyt. Od beznamiętnego cipupciania wolał godzinami
wpatrywać się w ekran telewizora, gdzie na programie numer sześć
dwadzieścia cztery godziny na dobę reklamowano niezwykłe urządzenia
jak : nie płaczący nóż do krajania cebuli, pastylki na natychmiastowe
schudniecie, preparat na beżyłkowe łapanie ryb w stawie, warkocz
dla niemowląt znacznie wyszczuplający na zdjęciach z uroczystości
chrzczenia i mnóstwo podobnych głupstw. Każda wizyta żony sąsiada tylko naruszała jego
spokój, więc naturalnie że nie przepadał za nimi. - Pozostaje tylko jeden sposób żeby rozwiązać
sprawę niewygodnego wujka - powiedział kiedy w końcu oderwał
się od okna - by nie płacić księdzu nadaremno jutro pochowamy
go na polu Mietka pod lasem. Rano spotkamy się jak zawsze na
piwku u Alberta, a jak tylko nasze makolągwy znikną w autobusie
wykopiemy grób, wsadzimy w niego tę przeklętą gazetę, która wywołała
tyle zamieszania, i możemy stypować. - Pewnie stepować - poprawił go najbardziej
wykształcony. - Dobrze wiem co mówię, stypować. Wyraz ten
pochodzi od słowa stypa , czyli... Jednak w nocy temperatura spadła do minus dwudziestu
stopni, więc z pogrzebem musieli poczekać do roztopów, ale stypowali
co dzień. Nawet żona najstarszego z braci przestała domagać się od niego
wizyt w urzędzie zatrudnienia, widać doszła do słusznego wniosku,
iż gdy ktoś codziennie stypuje nie ma czasu na inne zajęcie. LXX. W końcu dotarł do sedna sprawy. A okazało się
ono wyjątkowo błahe i - jeżeli można tak powiedzieć - trywialne.
Mianowicie nikogo dłużej nie interesował już fakt, co ma do powiedzenia. Nie zdziwiło go to, przeciwnie, od przeszło
trzydziestu pięciu lat, czyli od dnia debiutu jako poeta w lokalnym
dodatku literackim do codziennej gazety, mówił głośno że pisanie
nie jest jego powołaniem, ale nikt nie chciał słuchać. W końcu sam w to uwierzył i jakoś poleciało.
Stopniowo zdobył pozycję, a za tym i jakieś uznanie, a w końcu
nawet przelotną sławę, cały czas dziwiąc się że pisane z takim
trudem i wysiłkiem eseje, opowiadania a w końcu i powieści znajdują
czytelników. Ożenił, rozwiódł, przeniósł do stolicy, zamieszkał
w o wiele jak na jego potrzeby za dużym mieszkaniu przyznanym
mu po nacisku odpowiedniej organizacji do której naturalnie należał
nie chwaląc się tym, ale także zbytnio nie narzekając. Lata zmiany ustroju z gorszego na jeszcze głupszy
spędził zagranicą doradzając pewnemu ambasadorowi jak ma się
ubierać, zachowywać przy stole, wysławiać, jakby sam to wszystko
wiedział. Jednak pewne instytucje sądziły że jako pisarz zna
się na tym niejako automatycznie, chociaż nawet z gramatyką języka
uznawanego w pewnych kręgach za ojczysty miał wielkie problemy. Wrócił do Warszawy i jeszcze przez kilka lat
wiodło mu się całkiem nieźle, aż do dnia kiedy pewne aż za bardzo
jego zdaniem opiniotwórcza gazeta rozpisała ankietę kto z obecnych
ludzi pióra będących na świeczniku zasługuje na najmniejsze zaufanie. Chociaż ankieta była anonimowa, ale rozpisana
wyłącznie w tak zwanym środowisku, więc wcale się nie zdziwił
kiedy zajął pierwsze miejsce razem z pewnym wyjątkowo tępym grafomanem,
okrzykniętym gwiazdą po skompilowaniu powieści żywcem zerżniętej
z Hrabala i Kundery. Przez jakiś czas nic się w jego życiu nie zmieniło,
w dalszym ciągu codziennie w południe zachodził do Czytelnika
na kawę i paskudny obiad, zawsze siadając przy tym samym stoliku
i mając za partnerów takich samych jak on skretyniałych wyrobników
kiedyś pióra, teraz pewnie komputera albo dyktafonu. Przedwczorajszy dzień jak zwykle w Czytelniku
zapowiadał się nudno i nieciekawie, aż do momentu, kiedy nie
podeszła do niego młoda dziewczyna proszą o chwilę rozmowy. W pierwszej chwili przestraszył się że to nieślubna
córka, obsesja ta prześladowała go od lat, konkretnie od pewnego
poranka kiedy pewna poznana kilka godzin wcześniej kobieta poinformowała
go że jest w ciąży. - I wiesz to natychmiast po spędzonej ze mną
nocy ? Popatrzyła na niego jak na przedmiot, który
pewnie w jej przekonaniu był. -- Przecież sypiamy ze sobą już od przeszło
roku. Nawet lekarz do którego natychmiast się udała
nie był w stanie pomóc, zapisał jakieś pastylki na uspokojenie,
zalecił wypoczynek i dłuższy wyjazd. Od tego momentu jednak prześladowała go wizja
córki ( dlaczego nie syna ? ) która podchodzi do niego i... No właśnie, co ? I przedwczoraj właśnie, kiedy ta dziennikarka
podeszła do niego był w stu procentach przekonany że to jego
właśnie odnaleziona córka. - Naturalnie, że będę płacił, za wszystko co
chesz. Naukę, mieszkanie... - Może zaprosić mnie pan na kawę ? - w oczach
miała lato - chcę z panem chwilę porozmawiać o - przez chwilę
namyślała się - szeroko pojętej niemożliwości przestania pisania.
Czytałam, że pan wielokrotnie przestawał pisać, ale zawsze wracał. - Partia bywała bezlitosna, jak już pchnęła
człowieka na ten odcinek nie było możliwości wycofanie się, chyba
że przeszło się do... - Nie rozumiem ? - jej oczy wyrażały lęk. - Żartowałem, proszę przyjść od mnie jutro po
południu to porozmawiamy. A teraz spała w jego piżamie a on siedział w
fotelu, patrzył w ekran nie włączonego telewizora i zastanawiał
się, dlaczego tak szybko zdecydował się na zaproponowanie jej
łóżka. A ona się na to zgodziła. Jak tylko weszła do mieszkania, trochę się rozglądnęła,
skorzystała z łazienki, wypiła nie więcej jak łyk koniaku i wtedy
właśnie zapytał jej czy będzie nietaktem z jego strony gdy poprosi
ją by się rozebrała, co wykonała w kilka sekund, okręciła się
wokół własnej osi, ujęła ze rękę i zaprowadziła do łóżka. Kochali się bardzo krótko, szybko i chaotycznie.
A dziewczyna natychmiast po stosunku zasnęła. Co prawda wcześniej
poprosiła o papierosa i ręcznik, ale kiedy stanął koło łóżka
z gdzieś znalezionym Carmenem dziewczyna spała. I tak od dwunastu
już godzin. Teraz podszedł do niej i dotknął jej pulsu,
poważnie zastanawiał się, czy coś się jej nie stało. - Nie martw się - powiedziała nagle nie otwierając
oczu - od najmłodszych lat uniwersyteckich po pierwszym stosunku
z nowym mężczyzną śpię około osiemnastu godzin, po drugim szesnaście
aż do unormowania się snu, więc się mną nie przejmuj. Odwróciła się na drugi bok, głęboko westchnęła
i tyle jej było. W kilka godzin później, kiedy jak zwykłe nudził
się przy stoliku w Czytelniku, nagle przyszła mu do głowy myśl,
że przecież dziewczyna jest jakby nagrodą za przestanie pisania.
Tylko od kogo ? Nie wiedział, jak i mnóstwa innych rzeczy, na
przykład czy jak wróci do domu wszystko zastanie na swoim miejscu.
Z duszą na ramieniu otwierał drzwi, ale mylił się, mieszkanie
było posprzątanie, jego ukochana zupa pomidorowa gotowała się
na wolnym ogniu, a jakaś kompletnie nieznana mu kobieta opalała
się na balkonie. Dyskretnie podszedł do okna i popatrzył na nią.
Miała około pięćdziesięciu lat, wyraźne ślady po zrzuconej nadwadze
jak i jego książkę w ręce. Przeszedł do drugiego pokoju i popatrzył z nadzieją
na tapczan, ale niestety nie spała na nim młoda dziewczyna. - Co robi pani w moim mieszkaniu ? - krzyknął
jak tylko kobieta opuściła balkon i wymijając go bez słowa usiłowała
przejść do kuchni. - Od trzydziestu pięciu lat sprzątam, gotuję
czasami, ale ostatnio na szczęście coraz rzadziej, daję dupy
wielkiemu pisarzowi, który nie potrafi napisać z sensem ani jednego
zdania. Gdyby inni ludzie mieli do swoich zajęć podobny talent
co ty do pisania, mieszkalibyśmy w szałasach, odżywiali się runem
leśnym, a dalszym ciągu porozumiewali się łaciną, a... Podszedł do telefonu i zadzwonił na policję.
O dziwo pamiętał ten numer bez sięgania do pomocy książki telefonicznej. - Panie Adamie - poprosił oficer dyżurny - dzwoni
pan do nas osiemnasty raz w tym tygodniu, a dzisiaj przecież
dopiero środa, w nocy przeszkadzała panu jakaś młoda, śpiąca
od dwunastu godzin dziewczyna, która podobno zamknęła oczy zaraz
po stosunku, co tym razem ? - Starsza kobieta prawie nago opalająca się
na balkonie. Na ciele ma ślady po szybkim odchudzaniu się, a
na prawym ramieniu tatuaż przedstawiający aktora Atkinsona jak
zamienia się w żółwia. Zna ją pan ? - Zaraz sprawdzę - sierżant odłożył słuchawkę,
napił się wiśniówki prosto z butelki odebranej jakiemuś tuzinkowemu
przestępcy i zastanowił nad losem kobiet mieszkających i opiekujących
się wariatami. Po chwili podniósł słuchawkę i poprosił : - Podaj mi pan tę kobietę do telefonu. Może
przyzna się kim jest ? Kiedy usłyszał znajomy głos zapytał : - Mam dzisiaj wolną na całą noc celę, przyjdziesz
? - A co mam zrobić z wariatem od trzydziestu
pięciu lat udającym pisarza ? Udawał, że się zastanawia. - Podeślę mu dziewczynę, która w nocy zasnęła
w jego łóżku natychmiast po stosunku - zażartował. - Wszystko, tylko nie ją. Cały dzień okropnie
był podniecony, aż bałam się by czegoś sobie nie zrobił. - Najwyższa pora. - Nie mów tak, przecież jakby nie było korzystamy
z jego dorobku, przynajmniej materialnego. Przyjdę o dziewiątej. Kiedy odłożyła słuchawkę pan Adam siedział przy
maszynie do pisania ale przyciskał tylko jedną literę. Na śnieżnobiałej
kartce papieru powstawała kolejna powieść, tym razem rozpoczynająca
się i kończąca na śmieszną literę d . LXXI. Pogrzeb trzydziesty piąty. Niezbyt wiele
różniący się od poprzednich, ale zawsze. Nie było w niej nic materialnego, ale teraz
leżąc w trumnie nie wywoływała podobnych skojarzeń. Wprost przeciwnie, wyglądała na bardzo skromną,
ale to było mylne wyobrażenie, ponieważ przez całe dorosłe życie
uprzykrzała wszystkim kręcącym się wokół niej życie nie pozwalając
nikomu ani na chwilę zapomnieć kto tutaj rządzi. A teraz prawie ci wszyscy zebrali się przy jej
trumnie by głośno opowiedzieć jaka z niej była jędza. Trochę zdziwili się, kiedy na pięknie wydrukowany
zaproszeniu nie było ni słowa o dacie, godzinie i miejscu pogrzebu,
ale kilka słów składających się na zdanie : Proszę wszystkich
zainteresowanych do stawienia się we wtorek o godzinie siedemnastej
w auli Wyższej Szkoły Pedagogicznej, w której zmarła była docentem,
i wygłoszenia swoich uwag na temat bezczelnego, grubiańskiego
a czasami nawet chamskiego zachowania się mojej brzydkiej żony
tak w pracy jak i w życiu prywatnym. Nadzwyczaj uprzejmie proszę
o przybycie pana K. znanego mi jako Okrągły Misio, domniemanego
wieloletniego kochanka zmarłej o podzielenie się informacjami
na temat jej prawdziwego charakteru. Podpisał to własnoręcznie jej mąż, profesor
K. ceniony specjalista od rur wyginających się wbrew prawo natury
i fizyki. O oznaczonej porze aula pękała w szwach, w przeważającej
jednak większości ciekawskimi, którzy ani myśleli wygłupiać się
i zabierać głos, ciekawi jednak co na temat tej wiedźmy inni
mają do powiedzenia. Po puszczeniu kilku taktów z ukochanego przez
zmarłą koncertu Brahmsa na mównicę wyszedł wdowiec i jąkając
się - co w jego przypadku było nietypowe, ponieważ znany był
z pewności siebie i zdecydowania, naturalnie kiedy w pobliżu
nie było żony - wyseplenił : - Nie wiem dlaczego przez tyle lat siedziałem
jak zając pod miedzą, a teraz kiedy droga mi osoba przeszła na
drugą stronę cienia, pokonując wydawałoby się nie do przeskoczenia
zgięcia, wybrzuszenia i hopki na drodze ku wieczności poprosiłem
państwa o to spotkanie, by po raz pierwszy, ale także ostatni,
postarać dowiedzieć się trochę więcej o jej niełatwym charakterze,
który na tyle lat odciął nas od prawdziwego życia. Przez półtorej godziny nie można było dostać
się na mównicę, wszyscy bez wyjątku przedstawiali zmarłą jako
heterę, niewdzięcznicę, kobietę zawistną, okrutną, pozbawioną
jakichkolwiek ludzkich uczuć. I nagle do głosu dopchał się pan Edzio, odwieczny
portier na uczelni, człowiek spokojny i prostoduszny, którego
wszyscy uważali za półgłupka trzymanego w pracy wyłącznie przez
litość. Widać wcześniej golnął sobie kilka kielichów,
ponieważ stał przed tłumem domagającym się prawie linczu i śmiał
się. - Co wy pieprzycie za farmazony ? Jaki tam z
niej był potwór ? Prawie dwadzieścia sześć lat, jak tylko pewna
komórka dawnego, podkreślam - krzyknął - dawnego urzędu bezpieczeństwa
załatwiła mi tą dodatkową fuchę, bym bezpośrednio mógł przyglądać
się co dzieje się na uczelni, pani Docent dwa razy w tygodniu
odwiedzała mnie w domu na osiedlu i za każdym razem przynosiła
pół litra, chociaż dzięki dwóm etatom i ja mogłem czasami kupić
pół basa, a za wczesnego Gierka nawet zagrychę, więc teraz nie
pieprzcie mi że była zimna i zła. Przerwał, rozejrzał się po ogłupiałej sali,
pociągnął łyka z małej buteleczki używanej przez harcerzy dawno
temu i kontynuował, teraz już jednak nie tak pewnym głosem. - Pan małżonek się myli, nie miała kochanka,
ponieważ coś bym na te temat wiedział. Pani Docent nie miała
przede mną żadnych tajemnic - i tutaj by dać wyraz prawdzie opowiedział
trochę o życiu na uczelni, w domu, jak i sypialni. - Kiedyś wypiła o jednego za dużo i narysowała
mi jakiego pan małżonek ma ptaszka, gdzieś powinienem mieć tę
kartkę - pogrzebał w służbowych, brudnych spodniach i po chwili
wymięty kawałek papieru pojawił się w jego ręku - zanim przystąpimy
do demonstracji jedna uwaga, sypiałem z nią rzadko i tylko na
wyraźną zachętę ze strony pani docent. Nigdy podobne propozycje
nie padły z mojej strony chociaż przyznaję, podobała mi się,
szczególnie gdy sobie porządnie popiłem. Zamilkł, jakby z niedowierzaniem popatrzył na
kłębiących się przed nim, teraz jakby zamurowanych, tłum w większości
znajomych twarzy. - Nie większe mniemanie niż o ptaszku męża miała
pani docent o współpracownikach na uczelni. - Zgniły, a przede wszystkim do cna zdemoralizowany
element napływowy, przeważnie ze wsi tyle mający pojęcie o nauce,
co ja o zawodzie astronoma. Poleciało w jego kierunku kilka zmiętych kulek
papieru, jakaś parasolka, żyrandol. Nie zwracał jednak na te
drobiazgi żadnej uwagi. - Najbardziej nie lubiła kierownictwa uczelni.
Uważała, iż w dawnych czasach utrzymywało się przy żłobie wyłącznie
dzięki poparciu partii, dzisiaj kurii. - Co za różnica ? - pytałem nalewając kolejną
szklankę, a ona odpowiadała śmiejąc się przy tym jakby wstąpił
w nią dybuk - żadna kochanie, tylko msze trwają dłużej i są o
wiele nudniejsze jak kiedyś nasiadówki w komitecie. Popatrzył przed siebie, zachwiał się ale na
szczęście zdołał przytrzymać odświętnie przybranej mównicy. - Nie będę opowiadał jak wyrażała się o reszcie
rodziny, współtowarzyszach pracy, pracownikach naukowych uczelni.
Na koniec powiem tylko jedno, miała was w wielkiej pogardzie,
co do jednego. Jeszcze przez chwilę stał na mównicy, jakby
nie wierząc że to wszystko zdążył powiedzieć. Na sali zapanowała
cisza i niektórzy z gapiów zaczęli się z niej wycofywać. - Tylko nie warzcie mi się przychodzić na cmentarz
! - jeszcze na chwilę dorwał się do mikrofonu, ale natychmiast
wyłączono go. - Teraz możecie mnie pocałować w dupę - mamrotał
ześlizgując się z kilku schodków prowadzących na mównicę. Nagle, jakby kierowany jakimś impulsem podszedł
do wdowca i uścisnął mu dłoń, silnym, wiele znaczącym gestem,
jakby łączyli się teraz we wspólnej żałobie. Później kilku mówców usiłowało coś powiedzieć
na temat zmarłej, ale ich wystąpienia bardziej przypominały żenujące
popisy w Sejmie, niż próbę opisania życia, czy działalność zmarłej
na polu naukowym. Zamknięto więc bar i w podgrupach przeniesiono
się do innych zajęć. Przede wszystkim starano się zapomnieć co
powiedział pan Edzio, ale to nie było takie łatwe. Słowa prawdy,
nawet głęboko przez lata schowanej bolą, i to czasem bardzo. Wieczorem mąż pani docent z synami i córką usieli
przy kuchennym stole na którym wa- lały się zdjęcia mamy. Nie
wiadomo kto je tam położył. - Nie jest dla was tajemnicą, iż życie mamy
i moje nie układało się najlepiej. Córka, mała, tłusta zgryźliwa, szybko postarzała
kobieta wyciągnęła papierosa z ust i zaczęła się śmiać. - Co ty nie powiesz ! Grób Tutenchamona odkryto
wiele lat temu, a ty nie potrafiłeś powstrzymać matki by nie
zadawała się z tym typem ! Co za wstyd, jak teraz pokażę się
na siłowni ? Odwróciła się i wytarła nos w firankę. Wiedziała,
że mama nienawidziła jej nieliczenia się z prawami higieny, ale
przecież... - Wyjdź stąd natychmiast ! - krzyknął ojciec
- rzygać mi się chce kiedy patrzę jak niszczysz wszystkie, z
taka trudnością przez mamę, zdobyte dobra. Wycieraj swój obrzydliwy
pysk w siebie. Zdumiony własną agresją przerwał na chwilę lecz
to wystarczyło, by ukochana córka podbiegła do niego, wytarła
nos w jego śnieżnobiałą koszulę, przez sekundę z nonszalancją
popatrzyła na dwóch zblazowanych braci zajętych liczeniem palców
u swoich dłoni i wyszła z kuchni jako obrażona dama. - Czy naprawdę nie możemy znaleźć faceta, nawet
za opłatą, który wydmuchałby naszą siostrunię jak na to zasługuje
prawie każda kobieta ? - Zamilcz - poprosił go ojciec - nie wystarczy
ci iż matka dmuchała się za całą rodzinę. I to przez dwadzieścia
sześć lat - dodał po chwili, widać dotarły do niego szczegóły
z przemowy Edzia. - Niestety czyjeś dmuchanie nie rozkłada się
równomiernie na pozostałych członków rodziny. Gdyby tak było
siostrunia chodziłaby wniebowzięta a Pawełek - z niechęcią spojrzał
na młodszego brata - nie wykorzystywałby zależności służbowej
i nie przywoził na weekend do domu co najmniej czterech Ukrainek. - Przede wszystkim myślę o was. Taty nie stać
już na samodzielność w podrywaniu studentek, zaś ty chyba najlepiej
wiesz co mi zawdzięczasz. - Chorobę weneryczną którą zaraziłem żonę. Poza
tym jedna z twoich protegowanych ukradła mi w zeszłym tygodniu
telefon komórkowy. - Nie ukradła, tylko potraktowała jako zapłatę
za dodatkowe usługi. Ja płaciłem im wyłącznie, że tak powiem,
za bazę, a jeżeli ma się fanaberie... - O czym mówicie ? - zdumiał się ojciec nalewając
każdemu do szklanki odrobinę whisky z oszronionej starością butelki. - O życiu doczesnym pod dachem szanowanej w
mieście rodziny, której religijność wręcz promieniuje na okolicę. - Kościoła do tego nie mieszaj - ojciec pogroził
mu palcem - jest wieczny, więc... ...i co z tego ? Ale proboszczowi także się
... Nie zdążył dokończyć, ponieważ gdzieś z głębi
domu doszedł ich przeraźliwy krzyk siostry. - Coś z nią musimy zrobić, inaczej... - Zadzwońmy po pana Edzia. Przez lata uszczęśliwiał
mamę, więc może pomoże nam w ujarzmieniu jej córki. Ojciec podszedł do niego i z całej siły uderzył
w twarz. Niemal w tej samej sekundzie szklanka potoczyła się
po chodniku kreśląc dziwne kółka, niesymetryczne. - Wynoście się stąd, nie potraficie uszanować
pamięci matki. Nie patrzył na nich, chociaż wiedział że ani
matka, ani on sam kompletnie ich nie interesują. Tak zostali
wychowani. - Nie pokazujcie się na cmentarzu - zdziwił
się słysząc własny głos - przyroda, a matka jest już jej częścią,
nie życzy sobie śmieci na swoim łonie. Zjawili się jednak wszyscy, jak mogło być inaczej,
pogrążeni może nawet w szczerym bólu. Tylko pan Edzio stał z
boku, dyskretnie zaciągał się trzymanym w zaciśniętej dłoni papierosem
i zastanawiał się dokąd może zaprowadzić obłuda. Ale na szczęście
dla siebie, żadne rozsądne rozwiązanie nie przychodziło mu do
głowy. A kiedy jeszcze zaczął padać deszcz miał tego wszystkiego dość. Wrócił
do swojej budki na parterze szarego jak niejedno życie, poniemieckiego
budynku i jak od lat to czynił, z wyraźną tępotą na twarzy, zaczął
kontrolować wchodzącym, ale z większą niż zazwyczaj determinacją. LXXII. Po jakimś czasie kolorowe kółka na wodzie, które
wywoływał rzucają kamienie, powoli przechodziły w szare, by w
końcu rozpłynąć się w niebycie. Zastanawiało go to, przecież
według praw logiki jeżeli coś już istnieje nie powinno znikać. Ale od lat wszystko sprzysięgło się przeciw
niemu. Żona, przyroda, szef w pracy. Nawet samochód, który kupił
z takim wyrzeczeniem gdzieś się zawieruszył. - Zawsze byłeś nieudacznikiem - powiedziała
krzywym uśmiechem kobieta, którą sześć lat temu poprowadził do
ołtarza, padał deszcz i w kościele zebrała się zaledwie garstka
ludzi - nawet ożeniłeś się ze mną wiedząc, że nic dobrego nie
może z tego związku wyniknąć, przecież kochałam kogoś zupełnie
innego. - Nic mnie to nie interesuje, kolorowe kółka
na wodzie powoli przechodzą w szare, a później zupełnie znikają. Kobieta niechętnie podeszła do okna, rozsunęła
zmurszałe firanki i wskazując dłonią na obślizgłe, pełne powojennych
rupieci podwórko ciągnące się aż po widnokrąg powiedziała ze
wzgardą : - Do najbliższej sadzawki z wodą jest mniej
więcej sto dwadzieścia osiem kilometrów, i to w linii prostej.
Jak więc możesz opowiadać o jakiś kółkach na wodzie ? Zastanowił się a pamięć, dziwne urządzenie bez
określonego miejsca postoju, podsunęła mu obraz pewnego mężczyzny,
którego naturalnie niezbyt lubił, rozbierającego jego żonę. - I nie reagowałaś ? Mogłaś przecież zawołać
na pomoc matkę, brata, generała Świerczewskiego. Jeżeli tego
nie uczyniłaś dowodzi niczego innego jak faktu iż chciałaś, by
przewrócił cię na łóżko i zdupczył. Kobieta popatrzyła na niego z nienawiścią. Od
prawie sześciu lat kilka razy dziennie opowiadał jej tę wesołą
historię, za każdym razem zmieniając tylko miejsce, w którym
oddała się mężczyźnie, którego zresztą kochała. Ale jak długo
można wymyślać miejsca w których można się kochać ? Najwyżej
x-razy, więc sytuacje powtarzały się jak typy morderców w złych
książkach kryminalnych. I tym razem nie zapytała go, czy zażył przepisane
prze lekarza pastylki, pewnie wyrzucił je jak tylko wyszli z
apteki. W zamian zainteresowała się jak mają się króliki, które
hodował, naturalnie wyłącznie w wyobraźni. - Mam do ciebie prośbę - poprosił - zamiast
opowiadać o królikach zdejmij stanik a ja pokażę ci prospekt
samochodu, który mam zamiar kupić. Obszedłem wczoraj trzydziestu
sześciu dilerów i jakoś nie mogę zdecydować się na markę. Miał w oczach strach i ona także zaczęła się
bać. - Przecież wiesz, że nie obnażam się podczas
postu. Tak nauczyła mnie matka, więc kontynuuję tę jakby rodziną
tradycję. - Ale przecież...podbiegł do ściennego kalendarza
i zaczął wyrywać z niego kartki. Po siedemnastej triumfalnie
na nią popatrzył. - Przesunąłem czas o prawie trzy tygodnie, post
już dawno minął, więc możesz... Z niechęcią zdjęła bluzkę i rozpięła stanik.
Czuła się przy tym jak mała dziewczynka przyłapana na obcinaniu
warkocza. On tymczasem zupełnie nie był zainteresowany jej ciałem,
tylko zdenerwowany szukał w dolnej szufladzie stołu centymetra. - Jest na parapecie okna - podpowiedziała chcąc
całą tę komedię mieć jak najszybciej z głowy. Zmierzył jej obwód w biuście trzy razy a następnie
rozejrzał się który z trzech komputerów otworzyć i porównać wynik
z wczorajszym. - Ten niby należący do córek. - Odwróć się - rozkazał podchodząc do biurka
- nie chcę byś zapamiętała hasło. Na szczęście wymiary zgadzały się z wczorajszymi,
więc pozwolił jej wrócić do kuchni. Z ulgą nałożyła stanik a
później bluzkę obiecując sobie po raz pewnie milionowy opuścić
go zaraz jak tylko zupę przyprawi śmietaną. Z drugiej jednak
strony była pewna, iż tego nie uczyni, pewien dogmat w jej wierze
nie pozwalał jej na pozostawienie męża samego. - Gdy tylko córki dorosną - zawyrokowała, uwierzyła
w co mówi i znikła na schodach prowadzących do piwnicy. Kiedy został sam otworzył drugi komputer, a
później trzeci coś tam w nich popatrzył, posprawdzał i nagle
zdecydował się na wymontowanie z nich twardych dysków i nie używanie
ich prze co najmniej dwa najbliższe miesiące. - Ci, co nas podsłuchują także zasługują na
odpoczynek. Kiedy był gotów napił się, naturalnie nie gazowanej
wody mineralnej prosto z butelki, przebrał skarpetki na te z
dziurami na piętach, założył buty i wyszedł przed dom. Świtało. - Jak to możliwe ? - zastanowił się - przecież
zegarek wskazywał już południe - pewnie jak zauważyli iż rozmontowałem
komputery zdenerwowali się i poprzestawiali coś w przyrodzie. Nogą przesunął leżące na jego części ogródka
grabie na stronę bratowej, przeżegnał się i ruszył w stronę przystanku
autobusowego. Tym razem postanowił odwiedzić wszystkie większe
sklepy sprzedające materiały do remontów dachów. Jak słusznie
podejrzewał, ci co zakładają podsłuchy mogli jakieś czipsy wmontować
w dach więc postanowił zrobić lekki remont, a przy okazji unieszkodliwić
złośliwe przedmioty skrupulatnie rejestrujące o czym rozmawiają
z żoną. Wrócił pod wieczór cały zmarznięty i głodny.
Dzieci siedziały przed telewizorem, więc natychmiast go wyłączył. - Ile razy prosiłem by nie włączać go bez mnie
? - Trzysta dziewięćdziesiąt osiem - opowiedziała
bez chwili namysłu młodsza z rodzeństwa, piegowata istota pozbawiona
dwóch zębów - ale mama pozwoliła. Nie bez cienia niechęci wszedł do pokoju żony
zajętej upychaniem baterii w jakimś nieznanym mu przedmiocie. - Jeszcze przed ślubem obiecałeś teściowej nie
wchodzić po mojego pokoju bez pukania, więc wyjdź teraz i zapukaj
za pięć minut, jeżeli naturalnie do tego czasu nie zapomnisz
co miałeś mi do powiedzenia. - Nie włączaj telewizora kiedy nie ma mnie w
domu. Prosiłem cie już tyle razy. Podsłuch może być wszędzie
a nieumiejętne... - A co z wodą w kranie ? - zapytała nie patrząc
na niego. Zastanowił się. - Odpowiednią instrukcję wydam w przyszłym tygodniu.
Do tego czasu starajcie się myć na mieście. Następną godzinę zajęło mu oznaczanie części
z komputerów, oraz upychanie ich w szafach pomiędzy ubraniami.
W tym czasie dzieci zasnęły przed telewizorem, więc zaniósł je
do łóżeczek skrupulatnie wcześniej sprawdzają je. Z pokoju żony
dobiegły go jakieś dziwne odgłosy, ale tym razem postanowił się
nie wtrącać. Zasnął w sekundzie i śnił mu się gęsty, kolorowy
jak kółka na wodzie, las przez który nie mógł się przedostać.
Próbował się obudzić, ale nie było to takie proste, przecież
wiadomo iż człowiek nie po to zasypia, by zaraz się budzić. Gdzieś nad ranem jakieś dwa małe świderki borowały
mu dziury w mózgu, ale i to dzielnie przetrwał. Nie przezwyciężył
tylko odruchu sikania więc wstał i zdziwił się widząc żonę siedzącą
przy biurku i coś tam piszącą. Czyżby także należała do spisku
? Postanowił sprawdzić czym się zajmowała jak tylko wyjdzie do
pracy, ale kiedy obudził się naprawdę natychmiast o tym zapomniał.
Wielki, czarny ptak siedział na drzewie naprzeciwko jego balkonu
i bezczelnie zaglądał do mieszkania. Przegonił go miotłą z dowiązanym
do niej zdjęciem największego Polaka. Jednak po kilku minutach
obrzydliwe ptaszysko wróciło, usiadło na gałęzi i znowu zaczęło
zaglądać po mieszkania. - Z nikąd nie ma pocieszenia - pomyślał, ale
nie zdążył postanowić co tym razem począć z natrętem ponieważ
ktoś zadzwonił do drzwi. Był to listonosz z comiesięczną zapomogą z ośrodka
pomocy chorym, więc szybko przeliczył pieniądze i w sekundzie
postanowił na co je przeznaczy. Kupi sobie nowy kapelusz, nową
oponę do nieistniejącego samochodu a resztę, jeżeli wystarczy
przeznaczy na nową kuchenkę dla matki. Co prawda w ubiegłym miesiącu
kupił jedną, ale nie za bardzo mu się podobała. Poza tym postanowił
odwiedzić matkę, a z pustymi rękami nie wypadało mu się pokazywać,
chociaż tak naprawdę kolorowe kółka na wodzie nie mogły przechodzić
w szarość, to tylko nieszczęśliwy zbieg okoliczności doprowadził
do chwilowego zaniknięcia kolorów. LXXIII. Pogrzeb trzydziesty szósty. Prowadzący
w nieokreślonym kierunku. Urzędnik siedział tuż pod wielkim godłem państwa,
subtelnym, białym orłem którego korona chwiała się ( kiedy lewica
była u władzy ) a w innych przypadkach wyjątkowo prosto zdobiła
głowę drapieżnika. Okno w pokoju było niestety otwarte i krzyki
z pobliskiego placu zabaw, na którym wojsko uczyło się rozpoznawać
przeciwnika nieskrępowane docierały do uszu niskiego, zażywnego
staruszka już od ponad półgodziny wertującego zakurzone księgi. - Niestety - powiedział w pewnym momencie podnosząc
smutny wzrok na delikwenta, który ośmielił się zakłócić mu spokój
w pracy - nie mogę wydać pozwolenia na pogrzeb ponieważ według
naszych dokumentów pański brat nie istniał. - Dlaczego nie odgrodzi się pan od tych piekielnych
wrzasków każąc wyłożyć ściany pokoju korkiem, jak na przykład
pisarz Proust ? - zapytał mężczyzna cały stojący przed biurkiem
w postawie prawie na baczność. Karzełek popatrzył na niego z niedowierzaniem. - Bardziej od domniemanej śmierci brata interesuje
pana moje zdrowie psychiczne ? - zapytał odkładając dziwnie zakrzywiony
długopis i sięgając po papierosa. - Interesuje mnie wszystko, co związane jest
z szeroko pojętym człowiekiem - teraz już przysunął sobie bezpańskie
krzesło, od kilku minut kręcące się wokół stołu, i usiadł na
nim - mam to po babce. Karzełek rozglądnął się poszukując popielniczki,
ale jej nie znalazł, więc strzepnął popiół na podłogę. - Nie jest to cecha zbyt popularna w dzisiejszych
czasach, ponieważ może prowadzić do wielu nieprzyjemności. Na
przykład właściciel kawiarni może pana z niej wyrzucić za głupi
gest pokazany kelnerce, lub masarz z jatki na targu dołoży panu
kilogram kości do półkilogramowego zamówienia. Naród zdziczał
pewnie nie później jak w dzień po odzyskaniu iluzorycznej niepodległości.
Wiem coś o tym - próbował nachylić się nad biurkiem, ale wzrost
mu na to nie pozwolił - ponieważ sam stałem się agresywny, nietolerancyjny
i zgryźliwy. Żona wyprowadziła się do sąsiada, dzieci pouciekały
na Cypr do strefy zdemilitaryzowanej, a pies dostał wścieklizny
i musiałem kazać go uśpić. Taką cenę płaci przeciętny obywatel
kiedy igra się z jego poczuciem stabilizacji. Jaki był poprzedni
ustrój taki był, ale przynajmniej człowiek wiedział jak się w
tej dżungli poruszać. A dzisiaj co ? Bez przewodnika nie możesz
wejść nawet do publicznego szaletu. Papieros dopalił się jak człowiek skazany na
zagładę, więc karzełek wyrzucił peta za okno i natychmiast rozległ
się krzyk poparzonego żołnierza. - Coraz mniej wytrzymały mamy naród, gdyby dzisiejsze,
konsumpcyjne społeczeństwo przenieść w rok 1945 momentalnie wszyscy
pomarliby z głodu. Nie mają w sobie nic z odporności na kłopoty,
żadnej umiejętności przystosowania się do... Nagle drzwi otworzyły się i jakaś dość pomarszczona
naga kobieta przebiegła przez pokój znikając po drugiej stronie
korytarza. Karzełek w ogóle nie zareagował mówiąc jedynie : - Znowu panna Maria dostała okres. To dobra
wiadomość dla wszystkich. Widać ją samą ten wybryk natury ucieszył
aż do tego stopnia, iż musiał to jakoś odreagować. Wracając do
pańskiego brata. Chyba będziemy zmuszeni wymyślić mu życiorys
i zapisać go w odpowiednich teczkach i rubrykach, inaczej nie
będę mógł wydać zgody na pochówek. Jeżeli ktoś nie istniał nie
może być pogrzebany. Proste to i słuszne, ale jakże trudne do
udowodnienia. Przez kolejne dwa tygodnie codziennie kilka
minut po ósmej stawiał się przed karzełkiem z kanapkami i termosem
w przeźroczystej siatce, ponieważ ten nie korzystał z ogólnodostępnej
stołówki, i mozolnie rok po roku stwarzali człowieka, który już
przestał istnieć. Mieli pewne rozbieżne wyobrażenia o jego studiach,
poglądach politycznych, zainteresowaniach płcią przeciwną, ale
za każdym razem osiągali kompromis, więc w końcu w połowie jakiegoś
nudnego czwartku wpisali w specjalną rubrykę ostatni zapis dotyczący
nieistniejącej już osoby. - Szkoda, że tak szybko doszliśmy do jego pobytu
w szpitalu, diagnozy lekarskiej i aktu zgonu. Przyznaję, przyzwyczaiłem
się do tej praca, pana wizyt, kanapek i przesłodzonej herbaty.
Posiada pan więcej rodzeństwa ? Niestety, ale był zmuszony zaprzeczyć. - To nic - karzełek miał łzy w oczach - pozwoli
pan, że jeszcze na chwilę powrócimy do działalności pana brata
na uczelni ? Nie podoba mi się zapis mówiący o jego roli jako
sekretarza uczelnianej organizacji. Jednak po kilku minutach i ten problem został
pozytywnie rozwiązany. Kiedy w końcu trzymał w ręku pozwolenie
na pochówek nie mógł uwierzyć własnemu szczęściu. Pobiegł do
zakładu pogrzebowego przewracając po drodze puste, wypukłe doniczki
z nie wiadomo dlaczego nie rozkwitającymi kwiatami. - Mam - krzyknął przez tłum interesantów do
właściciela tej trupiarni wymachując kawałkiem papieru. Facet wyszedł do niego aż do szerokiego, nowobogackiego
przedpokoju, bardziej przypominającego pałac ślubów niż poczekalnię
śmierci, popatrzył na nazwisko, sprawdził coś w komputerze. - Pochowany dwa dni temu na koszt gminy, nie
możemy, według przepisów, trzymać nieznanego nam delikwenta dłużej
niż dziesięć dni. Bardzo mi przykro. Zaprowadził go na zaplecze, napoił koniakiem
poradził by porozmawiał z panem Józiem, który za drobną opłatą
zamieni tabliczkę ze znakami XX na pełne imię, nazwisko, datę
urodzin a przede wszystkim śmierci. - To wszystko fikcja - powiedział mężczyzna,
który prze dłużej niż dwa ostatnie tygodnie mozolnie odcyfrowywał
życie brata - jak w takich warunkach żyjący może zastanawiać
się nad wiecznością ? Właściciel zakładu pogrzebowego popatrzył na
niego z zainteresowaniem, wziął go za rękę i prowadząc do samochodu
pomyślał : - Filozof, takiego potrzebuje żona by trochę
oderwać się od rzeczywistości składającej się z nudy i kobieta,
która niespodziewanie wprasowała się w moje życie. - Zapraszam pana na obiad. Kiedy jechali w kierunku podmiejskiego osiedla
całego porośniętego bluszczem zatelefonował do domu i opowiedział
jej o przypadkowo spotkanym przyjacielu, którego zaprosił do
domu. - Pan wybaczy tę lekką mistyfikację - poprosił
kiedy mijali wielki budynek miejscowego sądu pokryty siatką maskującą
- żona nie cierpi obcych, a pan jak sam opowiadał ostatnimi czasy
zajmował się mistyfikacją, więc nie będzie panu zbyt trudno wcielić
się w rolę którą mam zamiar panu powierzyć - i krótko opowiedział
mu o młodej studentce którą poznał na stacji benzynowej, gdzie
pracowała jako kasjerka. - Banał goni banał - powiedział cicho mężczyzna,
który mimo szalonego wysiłku nie zdążył pochować brata jak należało
- czego pan ode mnie oczekuje. Właśnie dojeżdżali pod rozrośnięty, zupełnie
pozbawiony gustu dom z krużgankami przeniesionymi pewnie z zupełnie
innego filmu. - Może pan trochę oderwać żonę od przykrych
myśli związanych z młodą osobą którą z taką przyjemnością bez
przerwy posuwam ? - zaparkował na zaśmieconym podjeździe i zaprosił
gościa do wnętrza szerokim gestem człowieka który niby wie po
co żyje. - Mogę - odpowiedział bezbarwnym głosem - tylko
po co ? - W zamian za kilka dni rozmowy z roztrzęsiona
kobietą obiecuję urządzić panu bratu nowy, wykwintny pogrzeb. Przystanął i zastanowił się. Nie miał najmniejszej
ochoty na tłum ludzi stłoczonych w maleńkiej kaplicy, słowa o
miłości, a przede wszystkim na nowo przeżywać rozpacz z powodu
mężczyzny którego prawie wcale nie znał. A którego życiorys wymyślił
będąc przekonanym że popełnia przestępstwo. - Z pańską małżonką porozmawiam chętnie, ale
co do brata to zostawmy go w spokoju, nawet pod tymi XX. - Jak pan sobie życzy - powiedział uśmiechnięty
mężczyzna - a oto ona, całe zło świata w jednej osobie. - Więc po co się pan z nią ożenił ? - zapytał
cicho, by kobieta która szła w ich kierunku zdecydowanym krokiem
kobiety, która wie czego chce nie usłyszała. - Tylko w ten sposób mogłem zostać właścicielem
zakładu pogrzebowego, co było moim marzeniem od dziecka. Wniosła
go jako posag. Jak było do przewidzenia szybko zostali kochankami
i wszyscy byli zadowoleni. Historia banalna, którą napisało jednak
życie, a konkretnie śmierć człowieka, na którego jednak pochówek
jakiś wyleniały urzędnik nie chciał wydać pozwolenia. Gdyby nie
ten smutny upór pewna kobieta tak szybko nie znalazłaby sobie
kochanka. I to wszystko. LXXIV. Nie wiem, co można powiedzieć kobiecie, kiedy
wraca się do domu o piątej nad ranem. Najlepiej milczeć, ale
one akurat wtedy domagają się wyjaśnień, jakby od tego miało
zależeć nasze miejsce w kosmosie. Nie zdążył nawet powiesić kurtki na wieszaku,
gdy drzwi od nagrzanej do granic wytrzymałości kaloryferów sypialni
otworzyły się z trzaskiem i rozczochrane monstrum rzuciło się
na niego z pięściami. Szybko wyciągnął przygotowany dużo wcześniej
krzyżyk i kiedy kobieta spostrzegła go stanęła jak wryta, uklękła
na jedno kolano i przeżegnała się. - Dlaczego - zapytał spokojnym głosem - w lecie
włączasz odgrzewanie ? Podniosła się z kolan jak bokser na ringu kiedy
usłyszy iż sędzia przestał liczyć, z dziurawej kieszeni powłóczystej
koszuli wyciągnęła wymiętego papierosa i zapaliła. - Każdy człowiek ma prawo do odrobiny przyjemności.
Ty masz swoje dziwki, ja tytoń, karty i od czasu do czasu trójkę
w toto - lotka. Uśmiechnął się, podszedł do niej i pocałował
w czoło. - Napijmy się herbaty - zaproponował - to opowiem
ci jak wygląda nocne życie w parku, w którym znowu przesiedziałem
kolejną noc, patrząc na górujące nad naszą pipidówką wzgórze
jak i rozmyślając, czy jestem jeszcze w stanie napisać kolejną
powieść. - Nie próbujesz mnie znowu oszukać ? - jeszcze
broniła się chociaż dobrze wiedziała, że mniej więcej od dnia
klapy przedostatniej powieści kobiety przestały go interesować.
Sprawdziły to jej dwie najlepsze przyjaciółki, które dostały
od niej dyspensę i bezskutecznie próbowały uwieść jej męża. Czy
bez rezultatu tego nie była już taka pewna, ale nie miała jak
tego sprawdzić. Usiedli przy stole, długim jak ich wspólne życie,
pozbawionym sęków, polakierowanym i nad wyraz dobrze zachowanym. - Najpierw wypiłem kilka kolejek w barze którego
tak nie cierpisz, następnie zatelefonowałem do ciebie, ale nie
podeszłaś do telefonu. W rzeczywistości było zupełnie inaczej, ale
przecież nie miało to żadnego znaczenia. Czyż coś poza awanturą
i kilkudniowym nie odzywaniem się mogło zmienić się w jej życiu,
gdyby opowiedział jej, iż jednak telefonował nie z knajpy ale
mieszkania pewniej dziewczyny, która podeszła do niego na ulicy
i zapytała, czy przypadkiem nie jest autorem jej ulubionej powieści. Ponieważ był zaprosiła go do siebie, rozebrała,
próbowała sfotografować ale na szczęście zdążył w ostatniej chwili
odebrać jej aparat. Później wszystko przebiegało już jak w książkach,
na szczęście nie jego. Nie pisał o takich sprawach. Kiedy podniósł słuchawkę by zatelefonować do
żony dziewczyna szybko wślizgnęła się pomiędzy jego nogi i dziękował
bogu, iż Zofia nie podniosła słuchawki. - Nie słyszałam, pewnie telewizor grał zbyt
głośno - nie wiedziała dlaczego się usprawiedliwiała, nie wierzyła
mu na słowo, ale w głębi duszy była mu wdzięczna za kłamstwa
nie wzbudzające podejrzeń. - Może telewizor, może echa poprzedniego życia.
Nigdy nie możemy być pewni w stu procentach co tak naprawdę słyszymy.
W parku w pewnym momencie byłem absolutnie pewien, że dotykasz
biustu i wymawiasz moje imię. Roześmiała się i sięgnęła po nowego papierosa. - Wiesz dobrze, że nie robię tego od lat. - Niby dlaczego nie ? To było takie podniecające. Zastanowiła się i nie znalazła w tym odruchu
nic podniecającego, ot zwykły defekt zmęczonej psychiki. - Nie opowiadaj bzdur. Przecież nie uwierzę
ci, że w parku myślałeś o mnie i moim biuście. Nie ma takiej
możliwości. Przechyliła się i z nie domykającej się szuflady
wyjęła butelkę wiśniówki. - Napijesz się ? - zapytała i nie czekając na
odpowiedź dolała sobie do herbaty dawkę zwaną przez pijącym prawie
że śmiertelną. - Chcę szybko zasnąć i nie rozmyślać o twoich
kłamstwach - bawiła się resztkami pokrojonego w nierówne kromki
chleba - a ty, jeżeli naturalnie masz na to ochotę, wracaj do
parku. - Wcześniej jednak popatrzę jak dotykasz biustu. - Nigdy więcej. Wydoroślałam. Weszła do sypialni, i jak miała w zwyczaju od
kilku miesięcy zamknęła za sobą drzwi na klucz. Pozostał sam. Także z myślami, które tym razem
kręciły się wokół mglistego projektu nowej powieści, jednak nie
był jeszcze gotowy usiąść przy biurku, wkręcić białą, pustą kartkę
papieru w wałek i starć się przemóc strach przed napisaniem pierwszego
zdania. LXXV. Pogrzeb trzydziesty siódmy. Sroka szarpana
za ogon. Wysoko nad głowami, prawie że w niedbale pomalowanych
chmurach, gdy wiatr nie jest już tak nieprzyjazny a duchy bratają
się z diabłami, gdzie w końcu człowiek mógłby żyć bardziej spokojnie,
a przy tym wznioślej, zawisł balonik wypuszczony przez starszego
mężczyznę, dla którego utrzymanie w jednej ręce laski a w drugiej
balonu było już wyczynem z pogranicza cyrku. Po co przyszedł na pogrzeb z balonem w ręku
pozostanie jego słodką tajemnicą. Może zdziecinniał do tego stopnia,
że pomyliły mu się kierunki świata ? Chociaż było francowacie gorąco miał na sobie
długi, ciągnący się aż piwnicami świata czarny płaszcz, rękawiczki
na gumce, nie zapalonego papierosa w sztucznych zębach. Oraz
naturalnie laskę i balon. - Dlaczego w przestworza nie uleciała laska
? - pomyślał przez chwilę - przecież jest o wiele cięższa od
balonu. Nikt mu jednak nie odpowiedział, wszyscy zajęci
byli sobą, czyli rozglądaniem się kto przyszedł, a kto nie, jak
kobiety są ubrane, kto postarzał się najbardziej od ostatniego
spotkania na cmentarzu, ponieważ od lat tylko tam się spotykali,
niejako przy okazji kolejnego pogrzebu. Większość z zebranych nie pamiętała kogo tym
razem chowają, co prawda w gazecie przeczytali nekrolog, albo
zostali telefonicznie zawiadomieni o godzinie pogrzebu przez
uczynną sekretarkę ze Związku Kombatantów, ale dla nich te coraz
częstsze spacery po za - - śmieconych alejach były jedną z nielicznych
rozrywek. Przez chwilę stali w zwartej grupie nad jeszcze
przez chwilę otwartą mogiłą wsłuchując się w przemówienia, lecz
zniecierpliwienie, bóle w krzyżach i kolanach zmusiły większość
po szukania innej formy rozrywki. Pan w długim płaszczu i laską w dłoni, która
nie chciała latać, był jednym z niewielu który dotrwał aż do
momentu, gdy tym razem o dziwo trzeźwi grabarze ostrożnie, jakby
obchodzili się z kimś czującym co się z nim dzieje, spuścili
trumnę do pachnącej ostatecznością jamy. - Tak odchodzą ideały - powiedział cicho. Jeżeli
nie pomylił się w rachunkach był to sto czterdziesty siódmy pogrzeb
w którym uczestniczył, i ilekroć trumna znikała w ziemi wypowiadał
tę swoją formułkę, jakby własne błogosławieństwo. Na pierwszym pogrzebie, którego numer zapisał
w szkolnym zeszycie, był w wieku ośmiu lat. Chowano dozorcę ich
domu, wysokiego mężczyznę którego przygniotła winda. - Z zazdrości - usłyszał na cmentarzu i później
przy obiedzie zapytał sztywnych rodziców jak winda może zabić
z zazdrości. - Niech odpowie ci matka - ojciec uśmiechnął
się cierpko, złożył serwetkę i wstał od stołu - jest specjalistkom
od melodramatów. Dopiero w wiele lat później zrozumiał co ojciec
miał na myśli. Po prostu rodzice żyli w separacji, gdyż matka
nie mogła wybaczyć ojcu jego kochanek. W kilka lat po wojnie szkolny zeszyt w którym
zapisywał numery pogrzebów jak i nazwisko chowanego zamienił
na wielki, ciężkociosany brulion, szczytowe osiągnięcie wczesnej
myśli socjalistycznej. Kartki miały w nim ze trzy milimetry grubości,
atrament rozlewał się we wszystkich kierunkach, nawet kiedy pisało
się ostrożnie i zatemperowaną stalówką, a smród papieru dochodził
nawet do drugiego pokoju, więc przez lata trzymał go w piwnicy,
ale kiedy został sam bojąc się kradzieży wkładał go na noc pod
poduszkę. Od dłuższego czasu zapisywał już tylko jedynie
numery pogrzebów, ponieważ nazwiska chowanych coraz mniej wydawały
mu się znajome. W telewizji oglądał wyłącznie prognozy pogody,
w gazetach, poprzez zniecierpliwienie i brak koncentracji, poprzestawał
tylko na nekrologach, więc zeszyt z numerami pogrzebów stał się
jedyną lekturą. Zaraz po porannym ochlapaniu się wodą i uciążliwej
wędrówce do pobliskiego kiosku, rzucał się na zeszyt, który w
jego pojęciu był niezbitym dowodem że jednak przeżył tyle lat.
Data w dowodzie osobistym mogła przecież być sfałszowana, inne
dokumenty tym bardziej, więc obrzydliwy zeszyt wypełniony starannie
prowadzonymi rubrykami z upływem lat stawał się jedynym dowodem
na jego istnienie. znowu takie trudne do zapamiętania, ponieważ
w okolicy znajdował się tylko jeden czynny cmentarz i jeździło
się na niego karawanem numer 6 ) w rubryce znajdował się krótki
opis pogody, przeważnie zmyślony, ponieważ kiedy zabierał się
do opisywania kolejnego pogrzebu nie pamiętał już jaka była aura.
Co prawda mógł wyjrzeć za okno, ale nigdy tego nie zrobił, uważając
że podpieranie się półśrodkami nie wchodziło w rachubę. Spis ten nie był kompletny, gdyż jakieś trzy
lata temu zaraz po kolejnym pobycie na cmentarzu pogotowie zabrało
go do szpitala i akurat ten pogrzeb nie był zapisany. Jak i żony
i syna, ale postanowił nie mieszać życia prywatnego z publicznym. Teraz także, jak wielu innych kierujących się
w stronę wyjścia, obiecał sobie że nigdy więcej już tutaj z własnej
woli nie przyjdzie. Kiedy jednak znalazł się w domu, usiadł przy
biurku i otworzył poszarzały brulion nie pamiętał o tych kilku
nieroztropnie pomyślanych słowach. Kolejny numer, który przez chwilą wpisał do
pierwszej z lewej strony rubryki przeraził go, więc sprawdził
czy przypadkiem się nie pomylił. Ale nie, liczba była jak najbardziej
prawdziwa, chociaż była tylko kolejną cyfrą. Jednak oznaczała
człowieka, którego prawdopodobnie kiedyś znał, może nawet dobrze. Zdenerwowany otworzył dolną szufladę biurka,
do której zaglądał bardzo rzadko, pamiętnego 13 maja kiedy postrzelono
papieża, w dniu upadku muru berlińskiego, kiedy klub piłkarski
Cracovia awansował do drugiej ligi. Jednak butelka okazała się pusta. Zdziwiony
zaglądnął do swoich cmentarnych notatek, czy przypadkiem nie
odnotował kogo uczcił specjalnym toastem, ale papier milczał. Zły wstał od biurka, podszedł do telefonu i
spoglądając do notesu wykręcił kilka cyfr składających się na
numer telefonu sąsiada, który jak podejrzewał, zawsze miał w
zapasie kilka flaszek z kroplami na serce, jak żartował. Pierwszy raz w swoim długim życiu zwracał się
do kogoś po pomoc. I to w tak dziwnej sprawie. Kiedy usłyszał zaspany głos sąsiada zdziwił
się i popatrzył na zegarek, ale nie skomentował faktu, iż o trzeciej
po południu ktoś tam śpi. Przedstawił się i zapytał, czy nie
może pożyczyć butelki. - Z czym ? - konkretność pytania zaskoczyła
go. Nie wiedząc co opowiedzieć opowiedział kilka słów o ceremonii
w której uczestniczył. - Jeżeli był pan dzisiaj znowu na cmentarzu
pewnie zabrakło panu magii. Zaraz u pana będę.
Ze złością odłożył słuchawkę. Nie chciał nikogo widzieć, tym bardziej we
własnym mieszkaniu, ale uspokoił się w sekundzie. Może nie był to aż tak
głupi pomysł porozmawiać z kimś po prawie czterech miesiącach kwarantanny
? Szybko, na ile było to możliwe uprzątnął kilka
jego zdaniem przedmiotów walających się po pokoju, ale o dziwo
nie zamknął księgi w której zapisywał swoje cmentarne przygody. Sąsiad był człowiekiem mniej więcej w jego wieku,
ale o wiele niższym, grubszym i jak podejrzewał z ust śmierdziało
mu lawendą, ale za to w okolicy składającej się z przepełnionych
sklepów, ale narzekających na brak kupujących i niewysokich,
obdrapanych bloków z przestrzelonymi plecami, uchodził za ekscentryka. Tym razem pojawił się w kolorowej piżamie z
wielkim, źle zawiązanym krawatem w jednej ręce, a półlitrówką
w drugiej. - Wystarczy ? - ni to zapytał ni stwierdził,
rozglądnął po pokoju i wybrał stary, rozlatujący się jak człowiek
fotel. - Od czasu wiadomości o śmierci syna w wypadku,
którą przyniósł pijany policjant tłumacząc się, chociaż o nic
go nie pytałem, że jest już po służbie, żaden gość nie był u
mnie od ponad piętnastu lat - powiedział cicho dziwiąc się dlaczego
temu w gruncie rzeczy obcemu facetowi zwierza się z tak osobistych
doznań. - Czas szybko leci, o wiele za bardzo jak na
nasze zdolności percepcyjne. Coś na ten temat wiem, ponieważ
trzydzieści osiem i pół roku przepracowałem w zlewozmywakach.
Z czego będziemy pili ? Nie przypominał sobie by dziwnego sąsiada zapraszał
na kielicha, ale widać ten w taki właśnie sposób potraktował
prośbę o pożyczenie butelki. - Oddam jak tylko wyjdę z domu - zaczął się
usprawiedliwiać rozglądając za kieliszkami. - Mnie się wcale nie spieszy, mam całkiem dobrą
rentę, całe osiemset jedenaście złotych, więc jedna butelka więcej,
jedna mniej nie gra większej roli. Gorzej ma się sprawa z bezczelnymi
żądaniami Urliki ...zapomniałem jak się nazywa, oraz nierozwiązaną
do końca sprawą Czeczenów. - Nie znam się na polityce. Od lat, właściwie
od dziecka interesuję się wyłącznie pogrzebami. Wszystkie na
których byłem mam zapisane o w tamtym zeszycie - dziwiąc się
sam sobie zdradzającego największy sekret życia wskazał na biurko. - Opisywać pogrzeby na których się było nie
jest takim wielkim wyczynem. Znacznie trudniejsze jest pewnie
opisanie pogrzebów na których się nie było. - Ma rację - pomyślał mężczyzna włóczący się
po cmentarzach jak głodne wilki po zaludnionej okolicy, na stoliku
postawił dwa kieliszki i sięgnął po butelkę. - Odkręcona, mam w domu specjalny aparat do
tych francowatych wymysłów Unii Europejskiej. Dranie nie biorą
pod uwagę naszych spracowanych mięśni i zakręcają butelki silniej
niż Stalin przykręcał śrubę społeczeństwu. Coś na ten temat wiem,
gdyż czasach jego panowania byłem dwa razy w Pradze. Nie zapytał się, co miała wspólnego Praga ze
Stalinem, w jednej chwili pożałował głupiego pomysłu, którym
było telefonowanie do tego idioty i proszenie o pożyczenie kilka
kropel alkoholu. - W ogóle trudno jest żyć - powiedział zupełnie
bez sensu, gdy przyjemne ciepło po przełkniętym alkoholu równomiernie
rozeszło się po wszystkich zakamarkach ciała. - Zawsze było ciężko, co do tego nie ma żadnych
wątpliwości, tylko jakoś ostatnio rzadko wspomina się o celu
życia, jego sensie, przeznaczeniu. - Ja żyję by zapisywać pogrzeby, niestety od
dłuższego czasu nie jestem w stanie zapamiętać nazwisk grzebanych.
Dobrze, kiedy mam do pomocy nekrolog, ale od czasu gdy prasa
niby stała się wola, drukuje się ich coraz mniej. Kosztują prawie
tyle samo co wycieczka na ciepłe wyspy. Nad stołem przeleciała mucha. Sąsiad uśmiechnął
się i powiedział : - Jeden z ostatnich reliktów poprzedniego ustroju.
No, może kilkoma kijankami z Biura Politycznego. W dzisiejszym
systemie na muchy nie ma miejsca, prawie jak dla ludzi którzy
niczego nie wytwarzają. Dla państwa najlepiej byłoby natychmiast
likwidować tracących pracę, przechodzących na emeryturę, i od
niedawna także niewierzących. Tak oto doktryna po raz kolejny
bierze górę nad zdrowym rozsądkiem. Mucha jakimś cudem znalazł kawałek nie zamkniętego
okna i wydostała się na całkowicie podszytą iluzją wolność. - Ja nigdy nie chodziłem na pogrzeby, nawet
gdy umarł ktoś bliski - wypili trzecią kolejkę, co w ich przypadku
równało się porządnemu pijaństwu - nienawidziłem używając czasu
przeszłego, ponieważ z całej wielkiej rodziny pozostałem sam,
całej otoczki pogrzebów. Zażywnego witania się z jeszcze żyjącymi,
przyglądania jak wyglądamy, słów wypowiadanych zupełnie bez sensu.
Na ilu pogrzebach pan był ? - zapytał nagle i zapalił papierosa.
Przyjemny zapach nie wietrzonego pokoju rozszedł się po okolicy. Z niechęcią podniósł się z krzesła, lekko zachwiał
ale jakoś dotarł do biurka, zajrzał do brulionu i udawał, że
się zastanawia. - Dzisiejszy był tysiąc trzysta czternastym.
Nie zapisałem tyko jednego, kiedy jak już kiedyś opowiadałem
panu w windzie wylądowałem po nim w szpitalu, a po powrocie do
domu nic już z niego nie pamiętałem. Na chwilę zapanowała martwa cisza. Słychać było
przemieszczanie się czasu, przemarsz rzymskich legionów jak i
wypiętrzanie się gór na Podkarpaciu. - Niezły z pana czubek. W życiu nie mogłem przypuszczać,
iż za ścianą mieszka większy od mnie wariat. Pana zdrowie. Podniósł do ust pusty kieliszek, przełknął i
wyraz błogości pojawił mu się na twarzy. - Że też wcześniej nie dogadaliśmy się co do...-
wskazał na butelkę - picie w samotności jest o wiele rakotwórcze
niż onanizm. Tak przynajmniej wynika z ostatnich badań przeprowadzonych
przez angielskich i amerykań.... Nie słuchał co tamten mówi. Zastanawiał się,
czy rzeczywiście bycie na ponad tysiąc trzysta pogrzebach było
przestępstwem, grzechem, czasem zmarnowanym ? Kiedy zauważył, iż dokuczliwy sąsiad przysnął
podszedł do biurka i zagłębił się w pierwszy z brzegu wybrany
opis. Lato 1954 roku, siedemnaście osób ubranych w
co mieli najlepsze, nawet dwa transparenty z krzywo namalowanymi
kielniami, pogoda umiarkowana, byłem w domu koło czternastej
trzydzieści przeczytał. Jeszcze niżej...Nie zdążył zagłębić się w zapisany
równym charakterem pisma wers, ponieważ usłyszał dzwonek. W pierwszej
chwili nie zareagował ponieważ nie przypuszczał, że ktoś mógł
dotknąć jego dzwonka. Jednak, kiedy ten dał znać o swoim istnieniu
po raz trzeci podszedł do drzwi i otworzył je. Na progu stała
umalowana jak pisanka na święta kobieta z papierosem w prowokacyjnie
opuszczonej dłoni. - Nie wiesz przypadkiem co dzieje się z pańskim
sąsiadem - impotentem ? - śmiesznie kaleczyła słowa. - Nie przypominam sobie, byśmy wypili brudenszaft. - Uczynili to za nas nasi przywódcy, i to nie
jeden raz. Mogę wejść ? Chce mi się siusiu. Dziwiąc się co robi wskazał jej drzwi od łazienki
a następnie przeszedł do pokoju i nalał sobie kieliszek. Kompan
delikatnie pochrapywał. - Ja także poproszę - umalowana dziewczyna w
drodze do pokoju zapinała rozporek od spodni - o ! - krzyknęła
na widok śpiącego starca - mój ciemiężyciel a zarazem wybawca.
Płaci najwięcej a wymaga najmniej. Takie z niego samonapędzające
się perpetum mobile. Usiadła na tapczanie, rozłożyła nogi i ze smakiem
przechyliła kieliszek. - Dobra, chociaż ciepła. - W naszym wieku musimy uważać na przeziębienia. - Na co ? Wytłumaczył jej na migi co miał na myśli, następnie
przeszedł do kuchni i po chwili wrócił z tabliczką czekolady
równo poukładaną na różowym talerzyku. - Po co tyle zachodu ? Przyzwyczajona jestem
do pracy w ubraniu. Nie zrozumiał co miała na myśli, ale nie zapytał
jej o to. Pragnął by jak najszybciej sąsiad jak i ta dziwna kobieta
znikli z jego życia. - Może zrobić ci laskę ? - dziewczyna wymownym
wzrokiem popatrzyła w kierunku, gdzie podobno krzyżują się pragnienia
z możliwościami, czyli rozglądnęła się gdzie trzyma portfel. - Nie dziękuję - szybko zaprotestował - jedynie
co mnie jeszcze interesuje to pogrzeby. - Dziwne hobby, ale przecież Polacy z tego słyną.
Ich podobno zupełnie nie interesuje to co żyje, ale wyłącznie
coś, czego już nie ma. Paranoja. Zdjęła bluzkę, stanik, wypiła jeszcze jednego
kielicha i poprosiła, by sfotografował ją ze śpiącym mężczyzną. - Będzie musiał zapłacić podwójną stawkę, nie
ma dwóch zdań - i nagle zmieniając temat zapytała, czy może przyjść
wieczorem pooglądać koncert Eurowizji ? - Naturalnie - zdziwił się słysząc swój głos
- tylko nie wymagaj ode mnie... - Wszystko gratis. Po pracy wszystko robię dla
przyjemności. Nawet... Kiedy został sam a zmęczony sąsiad znalazł się
we własnym łóżku zastanowił się, czy nie spalić brulionu z zapiskami
pogrzebów na których był, a w zamian zająć się opisywaniem pogrzebów
na których nie był, ale szybko doszedł do wniosku, iż byłoby
to pewnego rodzaju pomieszanie pojęć. - Życie nie jest literaturą - powiedział na
głos - i nigdy nie będzie - dodał i zajął się sprzątaniem mieszkania
przed spodziewaną wizytą. Kiedy wszystko było przygotowane a on umyty,
podszedł do biurka i nie za bardzo zdając sobie sprawę z tego
co robi w rubryce 1315 zapisał : datę, wieczór, chowam sam
siebie, pogoda sprzyjająca. W końcu odłożył jednak pióro i zastanowił
co zrobi, jeżeli kobieta nie przyjdzie ? Ale o to postanowił
się martwić dopiero, kiedy nie usłyszy tak spragnionego dzwonka. LXXVI.
Prawda zawsze znajduje się w przypisach. Pewny tej tezy ilekroć
otworzył książkę zawsze najpierw zaglądał do przypisów. Ale odkąd
przerzucił się na czytanie w internecie, co było o wiele szybsze,
tańsze i nawet przyjemniejsze, ponieważ nie musiał ruszać się z
domu, odnajdowanie przypisów nie stanowiło już dla niego takiej
przyjemności.
Jak i odpowiadanie na telefony pewnej kobiety, której jakiś rok
temu, niechcący, podał swój numer telefonu. Zmęczony wracał pociągiem
z Warszawy i kiedy w przedziale tej kobiecie upadła rękawiczka
schylił się, na co ona poprosiła go o numer telefonu. Nie zastanawiając
się przesylabizował tych kilka cyfr i od tego wieczoru dzwoniła
do niego trzy razy na dobę, zawsze w nieprzewidzialnych porach,
także nocnych, lecz nie mógł wyłączyć telefonu ponieważ jego matka
nie czuła się zbyt dobrze, a że mieszkała sama telefon był urządzeniem
bardzo przydatnym.
Wiele razy prosił tę kobietę by chociaż powiedziała po co do niego
telefonuje, ale za każdym razem odpowiadała krótko - przecież wiesz
- i odkładała słuchawkę. Jak zdążył się zorientować z jej chaotycznych,
rwanych opowieści, mieszkała z mężem, pijanym pocz ciwcem kochającym
ją nad życie i zarabiającym na tyle wystarczająco, by ona nie musiała
pracować.
Właśnie przed chwilą znowu zatelefonowała, powiedziała tylko cztery
wyrazy - zaraz u ciebie będę - i odłożyła słuchawkę.
Nie uwierzył jej, przecież mieszkała jakieś dwieście kilometrów
od jego zapomnianej przez wszystkich, nawet przez samego najwyższego,
miejscowości niczym nie wyróżniającej się z szarzyzny smutnych
dni, ale otrzeźwienie przyszło momentalnie, przecież mogła przyjechać,
a dowiedzenie się adresu jeżeli znało się numer telefonu, a ten
jak w jego przypadku, nie był zastrzeżony, nie stanowiło większego
problemu.
Zdziwiony swoim postępowaniem zaczął sprzątać mieszkanie, ale
po chwili przestał, przecież nie miało najmniejszego sensu udawanie
kogoś, kim nie był.
Nawet rozrzucił kilka gazet po podłodze, zamknął okno, kilka szklanek
wstawił do zlewozmywaka i chociaż jego własne poczucie estetyki
i porządku bardzo na tym cierpiało postanowił zaryzykować. Następnie
dał znać matce, iż na kilka godzin wychodzi do biblioteki i usiadł
przed komputerem.
Zapukała w drzwi po mniej więcej pięciu minutach. Właśnie znajdował
się w przedsionku do głównej biblioteki w New Jersey, kiedy usłyszał
jej delikatne łaskotanie. Z niechęcią zgasił komputer, zapalił
papierosa i z niechęcią otworzył drzwi. W pierwszej chwili nie
poznał je, ze zwykłej, nawet w pewnym sensie banalnej kobiety tak
szybko przeistoczyła się w wampa.
- Kupiłam pęczek rzodkiewek, dwie główki czosnku i butelkę wody
mineralnej - poinformowała go jak tylko przekroczyła próg mieszkania.
Pomógł zdjąć jej płacz a przyniesione prezenty wrzucił do miski
na sałatę.
- Jak tutaj u ciebie ładnie ! Och ! - krzyknęła - gazety trzymasz
na podłodze, jakie to romantyczne.
Miał jej dość i nawet to powiedział, ale jakby nie usłyszała,
podeszła do okna i popatrzyła na podwórko na którym dzieci sąsiadów
codziennie uczyły się jak produkować bimber, jedyny towar który
w tej okolicy opłacało się sprzedawać.
- Czym się zajmujesz ? - zapytała nagle nie patrząc na niego.
- W zasadzie cały wolny czas spędzam myszkując po przypisach znajdujących
się w książkach.
Nie zrozumiała ponieważ przestała rozpinać bluzkę. Zdjęte buty
już walały się pod stołem.
- Franek wmówił mi, że koniecznie muszę odwiedzić koleżankę z
którą łączy mnie tyle dobrego. Przynajmniej rachunki telefoniczne
na to wskazują - powiedział i kupił mi bilet do tej dziury.
- Skąd wiedział, że tutaj mieszkam ? - zapytał blednąc.
- Franek wie wszystko. Nawet ile piłeczek pingpongowych mieści
się na końcu szpilki wbitej w plecy diabła.
- I mimo to jest twoim mężem ? - zażartował, chociaż pewnie nie
było to na miejscu.
- Kto naopowiadał ci takich głupstw ? Franek bardzo chciałby być
moim mężem, już wielokrotnie rozmawiał o tym z moim ojcem, lecz
ten boi się czy nie czyha tylko na posag, ale jak na razie jest
pielęgniarzem w zakładzie w którym przebywam.
Rozebrała się, staranie zdjętą garderobę złożyła w kostkę, położyła
się na łóżku i cichym głosem poprosiła :
- Teraz możesz mnie posuwać.
Zapalił nowego papierosa, podszedł do łóżka, usiadł na nim i wziął
kobietę za rękę.
- Nie będziemy się kochali. W przypisach do naszej historii nie
ma o czymś takim żadnej wzmianki. Wiesz mi, prześledziłem wszystkie
wydania.
Kobieta rozpłakała się, ale jej zły nastrój nie trwał zbyt długo.
- Najmiemy, najlepiej faceta, który napisze nową powieść z nowymi
przypisami. To podobno nic trudnego. Ojciec chętnie zapłaci, ponieważ
nasze dobro leży mu na sercu. Kiedy opowiedziałam mu z jakim zaangażowaniem
schyliłeś się po upuszczoną przez mnie rękawiczkę powiedział, iż
musi być z ciebie porządny mężczyzna. Na co czekasz ?
Z niechęcią rozebrał się i położył obok niej. Wcześniej jednak
odwiedził kuchnię i łyknął sobie dwa głębsze.
- Zawsze musisz się napić by ci stanął ?
Musiał przyznać iż była bardzo bezpośrednia i nieskrępowana.
- Na co cię leczą ? - po chwili namysłu jednak zmienił szyk pytania
: lepiej będzie zapytać od czego ?
Usiadła odsłaniając piękne piersi. Dotknął ich i świat, przynajmniej
na sekundę, stał się o wiele spokojniejszy i przyjemniejszy.
- Trudno to jednoznacznie opisać. Od najmłodszych lat wcielam
się w postaci, które zdecydowanie nie mają ze mną nic wspólnego.
Byłam już pielęgniarką na oddziale szpitalnym w Iraku, kochanką
syna Marka Hłaski z którym mam dwójkę dzieci, żoną bardzo nudnego
posła, którego zdradzałam z pewnym dziennikarzem z telewizji komercyjnej
zapowiadającym pogodę, a w ubiegłym roku podobno, ponieważ akurat
tego dobrze nie pamiętał, co trzy dni kochałam się na oczach wszystkich
z jakimś bardzo szpetnym inżynierem od wyginania rur.
Wstał z łóżka, napił się i zastanowił w jaki sposób pozbyć się
tego niewygodnego przedsionka prawdziwych kłopotów.
- Pewnie myślisz w jaki sposób wyrzuć mnie za drzwi. Nie trudź
się jednak, nie mogę wrócić do zakładu wcześniej jak pojutrze.
Zasnęła w momencie wypowiadania tych słów. Przykrył ją kocem i
na chwilę uspokojony podszedł do okna, otworzył je i zdziwił się.
Tym razem na podwórku posprzątanym po raz pierwszy odkąd tutaj
mieszkał, czyli od czternastu lat, stał samotny mężczyzna, patrzył
w jego okno i kiedy go tylko zauważył pomachał przyjaźnie w jego
kierunku ręką.
Chciał zatelefonować do matki i poinformować ją że wrócił już
z biblioteki, ale telefon nie działał. Po chwili delikatne pukanie
w drzwi wróciło go rzeczywistości. Na progu stał mężczyzna, który
przed sekundą machał do niego ręką.
- Zasnęła ? - zapytał, wszedł do mieszkania i postawił na stole
puszkę wyglądającą jak skarbonka.
- Nie interesuje mnie, czy ją pan dmuchał czy nie, ale wpisowe
musi pan zapłacić. To taki niezobowiązujący do niczego podarunek
dla...
Nie dosłyszał końca zdania zajęty poszukiwaniem portfela. W tym
czasie mężczyzna podszedł do łóżka i przypatrzył się śpiącej kobiecie.
- Poinformowała pana, że nie może wrócić do zakładu wcześniej
jak pojutrze ?
- Życie nie składa się wyłącznie z pytań. Nie może pan opowiedzieć
coś neutralnego ?
Postawił czajnik pełen wody na gaz i zastanowił, gdzie mogła podziać
się matka. Kiedy pili herbatę mężczyzna z wewnętrznej kieszeni
marynarki wyciągnął pomięte zdjęcie przedstawiające nagą, małą
dziewczynkę spoglądającą na wzburzone morze.
- Mniej więcej w tym czasie wszystko się zaczęło. Najpierw nie
chciała rosnąć, potem pójść do szkoły aż w końcu wmówiła sobie
że jest chora.
Zamaczał usta w nie posłodzonej herbacie, delikatnie, jakby się
bał sparzyć język upił łyk i popatrzył na śpiącą kobietę.
- Chętnie już dzisiaj zabrałbym ją do domu, ale mamy pewien rodzaj
umowy, którą naturalnie dla jej dobra, respektuję. Jak tylko znajdzie
obiekt - uśmiechnął się - godny zainteresowania spędza u niego
trzy dni. Nigdy już potem do tej sprawy nie wracamy. Przeważnie
poluje na nich w pociągach, wtedy najłatwiej nawiązać jej kontakt.
Mężczyzna poczekał aż herbata wystygnie, puszkę schował do plecaka,
ale za to na stole pojawiło się kilka banknotów.
- Jak się obudzi proszę zabrać ją na tańce, a później do lunaparku.
W zasadzie bardzo mało ma rozrywek i ruchu. Cały, wolny od rehabilitacji
czas, spędza przy telefonie obdzwaniając potencjalnych ...jakby
ich nazwać ? - zastanowił się przed chwilę - dostarczających mojej
żonie brakujących podniet.
- Nie potrzebuję pańskich pieniędzy i ...
- Wyraził się pan bardzo nieprecyzyjnie, są nasze, przynajmniej
aż do pojutrza. Czy już opowiadała panu w jakiej pozycji najbardziej
lubi się kochać ?
Wyrzucił go za drzwi nie potrzebując do tego zbyt wielkiej siły.
Mężczyzna jakby z ochotą dał się wypchnąć za drzwi.
- Proszę tylko nie opowiadać jej o miłości, gdyż nie pozbędzie
się jej pan przez miesiąc. Ze dwa lata temu pewien górnik popełnił
ten błąd i do dzisiaj...
Trzasnął drzwiami i kobieta się obudziła, nieprzytomnym wzrokiem
popatrzyła najpierw na niego, później na kilka banknotów leżących
na stole.
- Był tutaj ?
- Niestety.
- A tyle razy prosiłam go by tego nie robił! Zawsze wszystko musi
zepsuć. Na przykład w Koszalinie pozbawił mnie przystojnego studenta,
a w ...
Podszedł do komputera, włączył go, poszukał biblioteki którą odwiedzał
prawie codziennie i na jakiś czas zapomniał o świecie. Kiedy znowu
do niego powrócił w pokoju było już ciemno a po kobiecie ani śladu,
jedynie tych kilka banknotów w dalszym ciągu leżących na stole
przypominały, o dziwnej parze udającej znudzone małżeństwo.
Kiedy zadzwonił telefon nie podniósł słuchawki, bał się powrotu
koszmaru w postaci przewrażliwionej kobiety i jej nie mniej ekscentrycznego
towarzysza. Przypisy dołączone do książek były ich przeciwieństwem,
więc z radością znowu się w niej zagłębił nie zdając sobie sprawy
z oczywistego faktu, że każde uzależnienie jest chorobliwe, obojętnie
czy ma postać kobiety, czy książki.
LXXVII. Pogrzeb trzydziesty ósmy, trochę ponadnaturalny.
Nad kaplicą świeciło słońce, ale już kilka kroków od niej padał
deszcz, a na skraju parku w którym kaplica się znajdowała, śnieg.
Podobnie działo się z ludźmi. Wewnątrz znajdowali się wyłącznie
starcy, na zewnątrz w sile wieku, tylko na obrzeżach parku dominowała
młodzież.
Nie było w tym wszystkim nic dziwnego, ponieważ przyroda sama
reguluje wszystkie swoje należności.
Nieliczni młodzi ludzie w kaplicy czuli się nieswojo, tak samo
zresztą jak starcy w grupach młodzieży. Nie wiadomo, dlaczego akurat
w tym momencie zapanował lekki bałagan, przecież w większości ceremonie
pogrzebowe przebiegają spokojnie, jeżeli naturalnie zapomnieć o
bólu rodziny.
Nagle słońce przestało świecić a deszcz i śnieg padać, zapanowała
przerażająca cisza przetykana dziwnymi dźwiękami dochodzącymi z
samochodu zaparkowanego w najbliższej kaplicy alei.
Kiedy w końcu znalazł się odważny i do tego samochodu zaglądnął,
twarz rozjaśnił mu śmiech.
- Dwoje dzieci bawi się w tatę i mamę - krzyknął.
Lekki podmuch zdziwienia przeszedł przez wszystkie trzy grupy.
I pomknął dalej.
- W tatę i mamę ? - zapytała pewna dama stojąca na obrzeżach kaplicy
- jak to się robi ?
Jej siostra uciszyła ją szybko obiecując nauczyć jak tylko wrócą
do domu.
- Czy to robi się tak jak w filmach z Jasiem Fasolą ?
Niezadowolona dopytywała się nadal, nic sobie nie robiąc z trwającej
już ponad pół godziny uroczystości.
Większość znajdujących się w kaplicy, jak i jej towarzystwie,
nie za bardzo wiedziała kogo chowają. Pogrzeby odbywały się tutaj
przez cały dzień z szybkością karabinu maszynowego i utrafienie
na właściwy pogrzeb graniczyło prawie że z cudem.
Podobnie jak dostanie się do fryzjera. Odkąd z oszczędności ludzie
zaczęli strzyc się sami zakłady fryzjerskie bankrutowały częściej
i szybciej niż pozwalała na to stosowna ustawa, w kraju w którym
wszystko musi być znormalizowane i sprowadzone do poziomu statystyk.
W końcu ostał się tylko jeden zakład, mała dziura na krańcach miasta,
do której w obawie przed zarażeniem nie ośmielił się wejść nikt
trzeźwy.
Za to częstotliwość umierania nie zmniejszyła się ani o centymetr,
wprost przeciwnie, jak alarmował pewien proboszcz do swojego pośrednika,
nie nadążał już z wyznaczaniem terminów pogrzebów.
- Pracujemy - pisał w poufnym liście - dwadzieścia cztery godziny
na dobę, sześć dni w tygodniu ostatkiem sił próbując nie dopuścić
do pogrzebów w niedzielę, ale jeżeli Państwo nie zrobi nic by zmniejszyć
tempo umierania będziemy zmuszeni...
Biskupowi list ten wypadł z dłoni i potoczył się jak śnieżna kulka
po podłodze by w końcu zniknąć. Purpurant zasnął i śnił mu się
las w którym jako dziecko zbierał borówki.
- Dlaczego teraz nie mogę się oddać się temu zajęciu, tylko zajmować
bzdurami w postaci Bramy Niebieskiej do której garnie się coraz
więcej nieszczęśników ?
Kiedy się obudził z drzemki wezwał przestraszonego sekretarza
i podyktował odpowiedź proboszczowi, krótki list z opisem korzyści
wynikającej ze zbierania borówek : świeże powietrze, poważny dodatek
do jadłospisu, powrót do korzeni wiary, pobożność.
Kiedy proboszcz kaplicy w której zawsze świeciło słońce, ale już
kilka kroków od niej padał deszcz a na obrzeżach parku śnieg z
niedowierzaniem wpatrywał się w słowa napisane przez biskupa.
- Chyba zwariował - pomyślał - jak i cały zasrany świat.
Wrzucił list do kominka, przeżegnał się i udał się napoić gęsi
i kury które chował wyłącznie do upiększenia świątecznego stołu.
Wszędzie kręcili się ludzie co tylko podnosiło poziom jego zdenerwowania.
Najbardziej lubił kościoły puste, nie tylko podczas zwiedzania,
ale także w czasie tak zwanego dnia codziennego.
Rozpychał teraz ludzi wykrzykując - na szczęście po cichu - niecenzuralne
słowa, śliniąc się przy tym jak młodzieniec na widok nie napoczętej
butelki z cienkim winem.
W końcu jakimś cudem dotarł do kurnika i zamarł. Wszystkie klatki
były otwarte, ptactwo znikło a w ich miejsce pojawiły się ulotki
miejscowej organizacji Ligi Ochrony Przyrody.
- Nie wiedzą, że podjęli walkę ze samym Stwórcą ? - krzyknął rozgoryczony,
ale nikt go nie słuchał, tłum pchał się w stronę kaplicy, jakby
tam miało znajdować się wybawienie.
Kolejnym pogrzebem w trochę pozmienianej kolejności miał być pochówek
pewnego zacnego karciarza przyłapanego na związku z żoną partnera
od kart, ale ponieważ nie dostarczono aktu zgonu potwierdzonego
przez lekarza, prokuratora i policję przesunięto trumnę z jego
ciałem na koniec długiej kolejki, teoretycznie ustawionej za kaplicą,
ale z powodu bałaganu kierunki świata trochę się przemieściły.
I tak w koło. Pogrzeb, kłótnie, łzy, szloch, nowa trumna i nie
mniejsze niż poprzednio oczekiwania, że wszystko jakoś przebiegnie
w miarę przyzwoicie i z godnością należną chowanemu, abstrahując
od profesji którą się zajmował.
Najtrudniej było utrzymać porządek nad ranem, kiedy zmęczenie
całonocnym czekaniem osiągało apogeum. Ksiądz proboszcz próbował
na te godziny przesuwać pogrzeby ludzi samotnych, z zakładów opiekuńczych,
ofiary wypadków licząc, iż żegnających nie będzie zbyt wielu, ale
w końcu stała się rzecz najgorsza, po prostu kaplica się zablokowała,
nie przymierzając jak w piątkowe popołudnie samochody na podmiejskiej
autostradzie. Natychmiast ksiądz zatelefonował po policję, ale
ta nie chciała się mieszać w sprawy ducha.
Przez najbliższe dwa dni nie odbył się ani jeden pogrzeb, kilkanaście
osób zasłabło a nawet trzy najmniej odporne na stres zmarły. Leżały
teraz w zachodniej części parku przykryte kolorowymi pelerynami
i wyglądały jak nie posprzątane śmieci po przejściu ekipy filmowej.
- Pochowamy je poza kolejnością pod zmyślonymi nazwiskami - postanowił
ksiądz - i będą to ostatnie pochówki na terenie mojej parafii.
Proszę publicznie ogłosić - zwrócił się do brzuchatego, niewyspanego
wikarego, tęskniącego za ruletką w pewnym pobliskim kasynie - że
wytrzymałości cmentarza się wyczerpała i od tego momentu serwujemy
tylko chrzciny, śluby i podobne duperele.
W kilka sekund później zamknął się w swojej części kaplicy, włączył
na cały regulator radio, zażył dwie pastylki na sen i odpłynął
w regiony zalecane przez biskupa, czyli udał się zbierać borówki.
Po pierwszy szoku tłum zaniemówił, ale w końcu, gdzieś po dwóch
godzinach, park na nowo stał się pustą, kiedyś zieloną teraz zaśmieconą
aż po granice wyobraźni, krainą po której na nowo mogły zacząć
spacerować koty.
Jednak, kiedy człowiek zechce być pochowanym nic nie może go od
tego odwieść, więc tych kilkaset pogrzebów natychmiast przeniesiono
w pobliskie rejony miasta. Nierozwiązane pozostało jedynie pytanie,
dlaczego czasami w jednym miejscu świeci słońce, a zaraz obok pada
deszcz a jeszcze dalej śnieg, ale zaburzenia w przyrodzie na mają
jakby nic wspólnego ze sferą nadbudowy duchowej, do której i pogrzeb
pewnie się zalicza, więc nie roztrząsano tego problemu zbyt długo.
Owady nadal się rozmnażały, dzieci chciały dowiedzieć się skąd
wzięły się plamy na Słońcu, a zwolennicy spiskowej teorii dziejów
na nowo spotykali się w pewnej świetlicy wyłożonej pluszem by wymieniać
się nazwiskami niegodziwców zagrażających prawdziwej Polskości
tych poświęconych na wieki ziem.
LXXVIII.
To straszne, ale w dalszym ciągu nie wiedział kim był. Może było
to śmieszne, tragiczne, nieprzyzwoite albo żałosne, ale ilekroć
pytano go jak się nazywa, jaki ma pit, numer buta, ulubioną pozycję
w łóżku wzruszał ramionami. W wojsku za takie ruchy połowę służby
przesiedział w pace, na uczelni wytrzymano z nim ze trzy miesiące,
gdyż jak dłużej sponsorować studenta, który nic nie wie.
Podobnie było z kobietami. Najpierw przez chwilę trochę je tą
swoją niewiedzą fascynował, ale jak dochodziło do bardziej wyrafinowanych
zapasów odtrącały go z niechęcią, wymownym ruchem rysowały na czole
kilka kółek, jedna nawet posunęła się do pochlapania mu ptaszka
atramentem.
I tak żył jak nie podlewana roślina, uczęszczał na wybory, oglądał
programy publicystyczne w Państwowej Telewizji Katolickiej i zastanawiał
się, jaki będzie następny krok do piekła.
Nikt jednak nie potrafił mu na to pytanie odpowiedzieć, nawet
lekarze. Ci byli najbardziej tajemniczy i zarazem sceptyczni.
- Musi pan zażywać duchu ruchu, świeżego powietrza, oraz ćwiczeń
yogi. Są dobre na wszystko, dziecko mojej sąsiadki dzięki nim nauczyło
się poprawnej ortografii, a zanim zaczęło ćwiczyć, a przede wszystkim
oddychać zgodnie z zaleceniami yoginów, nie potrafiło prawidłowo
wstawić w wyraz ani ż , ani u z kreską.
Nic jednak nie pomagało, w dalszym ciągu nie wiedział kim jest,
stawał na rogu ulicy i nie wiedział gdzie znajduje się wschód,
gdzie południe, a gdzie nie napisane książki jednego z najbardziej
niezrozumiałych pisarzy, czyli...
Chodził na mecze piłkarskie, wystawy awangardowe, targi staroci
i zamorskich pcheł. Nic z tego nie wynikało, popadał w coraz większe
zniechęcenie, odwracał do siebie twarze ludowych świątków,
pragnących go pieścić - wyłącznie z miłosierdzia - brzydkich pielęgniarek,
taksówkarzy czyhających na każdy dodatkowy grosz, który wysunął
mu się z kieszeni.
Nie wyglądało to jego życie zachęcająco, rano nie chciało mu się
wstawać z zimnego łóżka, pić przesłodzonej herbaty, patrzeć na
brudną, chociaż dopiero co praną, bieliznę wieszaną przez sąsiadkę
na wspólnym balkonie.
W przypływie nudy wyszedł do niej, podniósł z przepełnionego kubła
wyświechtany podkoszulek, pewnie najstarszego syna, i zapytał czy
nie poszła by z nim na spacer.
Zmęczona kobieta popatrzyła na niego pełnymi niedowierzania oczami.
- Ostatni raz w życiu byłam na spacerze chyba w dniu pogrzebu
marszałka P. w maju 1936 roku.
Zdenerwowany dotknął nieogolonego policzka.
- A jakie ma to znaczenie akurat dzisiaj ? - zapytał dziwiąc się
samemu sobie, że stać go było na akurat tak celne stwierdzenie.
Kobieta zastanowiła się. Przyszło jej to z widocznym wysiłkiem.
- Pewnie trochę przesadziłam. O pogrzebie marszałka opowiadała
mi babcia w długie noce okupacji sowieckiej polskimi rękami, brzmi
to trochę niegramatycznie ale nie wiem jak wyrazić mój sprzeciw
przeciwko...
Uciekł przed tą gadającą maszynką do swojego pokoju, ale po chwili
rozległo się pukanie w okno.
- Zapytałam się dzieci co sądzą o spacerze z panem, a one na to
że już dawno nie miały nowego tatusia, więc chyba pójdziemy.
Na głównej ulicy kiedyś wyłącznie żydowskiego miasteczka w dzisiejszych
przewodnikach opisywanego jako kurort dla gruźlików i mekka sportów
wytrzymałościowych wzięła go pod ramię. Zdumiał się i nie wiedział
jak się ma zachować. Zapytał jej o to.
- Uśmiechnij się i przyjmij wyraz błogiego zadowolenia - poradziła,
a później zaprosiła na lody.
- Na czym polega ta zabawa w nowego tatusia ? - zapytał, kiedy
wracali.
- Przyjdziesz do naszego mieszkania jak usłyszysz dzwonek, na
podłodze żółtą farbą jest namalowana linia prowadząca prosto do
mojego łóżka, to pamiątka z czasów pewnego pijaka, który w nocy
wracając na bani często się mylił i lądował w łóżku najstarszej
córki, zresztą nie bez jej przyzwolenia. Następnie wyspinasz się
na mnie, powiesz że mnie kochasz, a od pierwszego twoja renta zasili
nasz budżet.
Przez pierwsze trzy tygodnie wszystko mu się podobało, a najbardziej
wspinanie się na okrągłą kobietę, ale kiedy listonosz minął jego
drzwi i zapukał do sąsiadki nie wytrzymał, w końcu przypomniał
kim jest i zrobił porządek ze wszystkimi, którzy przez tyle lat
oszukiwali go wykorzystując jego naiwność.
- Wróciłem do siebie, jeżeli cokolwiek to znaczy - powiedział
do zdumionej kobiety i wyjął jej z ręki pieniądze przeznaczone
dla niego.
- A co z zapłatą za wiadome usługi ? - zachłysnęła się złością
i poczerwieniała, najbardziej na szyi.
- Radzę napisać skargę do Rzecznika Praw Pokrzywdzonych, albo
do kobiety zajmującej się równouprawnieniem.
Starannie zamknął za sobą drzwi, przeliczył pieniądze a następnie
schował do puszki po kawie zbożowej, zapalił papierosa który leżał
na parapecie okna od lat, a którego wcześniej nie zauważył, zakrztusił
się dymem ale w dalszym ciągu palił z wielkim przejęciem, jakby
była to wymarzona przepustka do świata ludzi normalnych, czyli
wszystko rozumiejących, a przede wszystkim kim są.
Nie czuł się jednak w tej skórze najlepiej i przez cały następny
dzień zastanawiał się jak wrócić do poprzedniego stanu, nie tracąc
jednak ani grosza z dopiero co otrzymanej renty.
W pewnej chwili zapragnął znowu wspinać się na okrągłe ciało,
zapukał nawet w okno sąsiadki ale zamiast odpowiedzi mokra szmata
przeleciała obok jego głowy.
- Dzieci mają rację nie chcąc za żadne skarby stać się dorosłymi,
to nic przyjemnego - usiadł na łóżku i zaczął bawić się palcami.
W takiej pozycji spędził kilka godzin. W końcu jakoś otrząsnął
się z letargu, zażył trzy proszki od bólu głowy, ubrał najbardziej
odświętny garnitur, czyli jedyny jaki posiadał i udał się do przychodni.
Następne dwie godziny spędzone na oglądaniu palców. Kiedy w końcu
znalazł się twarz w twarz z bardzo młodą lekarką aż przestraszył
się jej niedoświadczenia. Ta jakby odczytała jego lęki gdyż powiedziała
:
- Proszę się nie bać, mimo pana wątpliwości jestem właściwą osobą
na właściwym miejscu. Studia skończyłam z wyróżnieniem, a że dopiero
trzy miesiące temu ? Każdy jakoś musi zaczynać. Z czym pan do mnie
przychodzi.
Spokojnym głosem opowiedział jej o latach spędzonych w pustce,
nie widząc kim był, kim jest, gdzie ma się podziać. Za oknami nagle
zrobiło się ciemno, ale on tego nie zauważył. Kiedy przeszedł do
opowiadania, co zdarzyło się kiedy jakby " odzyskał " świadomość
lekarka powstrzymała go ruchem ręki.
- Resztę opowie mi pan w pubie do którego zapraszam. Sprzątaczka
ze wzrokiem który zabija zaglądała już sześć razy.
Kiedy szli białym korytarzem, długim jak niekończący się sen lekarka
wzięła go za rękę.
- Przeszłam to samo.
Zatrzymał się jak trafiony piorunem.
- I mimo wszystko leczy pani ? Chodzi na piwo ? Ma życie prywatne
?
Uśmiechnęła się, ale jakby przez łzy.
- Nie mam tylko zadowolenia seksualnego. Próbowałam, i to wiele
razy - cała na twarzy zrobiła się czerwona - może za dużo, ale
nic z tego nie wyszło.
- Ja z sąsiadką, o której pani opowiadałem a która tylko czyhała
na moją rentę, miałem chyba coś na kształt orgazmu, ale do końca
nie jestem pewien...
W pubie było wilgotno, duszono i tłoczno. Nie spodobał mu się
jak tylko weszli, pani doktor miała za dużo znajomych i nie mogła
poświęcić ani sekundy. Kiedy więc znikła w tłumie przy barze zamawiając
kolejne piwo uciekł z tamtą jak niewolnik przyłapany na wycinaniu
kukurydzy.
Kiedy wędrował ulicami w poszukiwaniu domu świat wydawał mu się
pustym, pozbawionym dna przypalonym garnkiem, przez który głusi
nawołują się na spotkanie w sprawie ostatecznego ustalenia daty
powstania świata.
Jakieś nad wyraz rozgarnięte, antypatyczne dziecko próbowało namówić
go na kupno Medalionów Nałkowskiej.
- Skąd masz tę zakazaną książkę ? - zapytał przerażony grożącymi
mu konsekwencjami.
- Wyciągnąłem z niewiadomego pochodzenia - odpowiedział zupełnie
bez sensu, dmuchnął w dłonie i zniknął.
Zdenerwowany odwiedził najbliższy bar. Kilka starych dewotek dyskutowało
nad genialnością ich wypomadowanego lidera.
- Podobno ma w domu trzy klęczniki, modlitewnik i obraz przedstawiający
świętego Wita częstującego pielgrzymów wywarem z kwasu - ostro
przy tym zapijały piwem, paliły długie papierosy w lufkach i potrząsały
sztucznymi grzywami.
U sennego barmana zamówił kieliszek wermutu, przeniósł go na stolik
przed oknem znajdujący się na wysokości chodnika.
Właśnie ciągnięto po nim zbitego na kwaśne jabłko przeciwnika
demonstracji nowych, narodowych nazistów.
- Po co odzyskałem świadomość ? - zapłakał, upił łyk i dopiero
w tym momencie zorientował się, że ktoś przed nim stoi. Z niechęcią
podniósł głowę i zauważył młodą lekarkę.
- Ładnie tak wychodzić bez pożegnania ? Wypij do końca i wracamy
do domu.
Zdziwił się, ponieważ nigdy w życiu nikt wcześniej tak się do
niego nie zwracał.
- Nie wiem, co to znaczy dom.
- Kilka ścian na których nic się nie da powiesić, łóżko w którym
przeżywamy koszmary większe niż na co dzień i ciągle cieknący kran
w kuchni - dziewczyna wymieniała te słowa automatycznie, jakby
na egzaminie recytowała dość dobrze wyuczoną frazę.
- Ostatecznie na taki opis miejsca odosobnienia mogę się zgodzić.
Z niechęcią wstał, podszedł do baru i zapytał gdzie mieści się
toaleta. Kiedy w końcu się w niej znalazł zniecierpliwiony otworzył
okno, i jak przypuszczał wychodziło na podwórko na którym na szczęście
nie było pijanych pielęgniarzy z przyciasnym workiem.
Przez najbliższe kilka dni nocował na dworcach, w podmiejskim
lesie, nie zamkniętym biurze organizacji charytatywnej. Nie czuł
się najlepiej, ale perspektywa mieszkania z młodą, wymagającą lekarką
nie nastrajała go optymistycznie.
Kiedy w końcu wrócił do domu, umył się, ogolił i w końcu zasnął
we własnym łóżku po krat podszedł lekarz i w żurnalu choroby zapisał,
iż w ciągu ostatnich miesięcy w stanie pacjenta nie nastąpiła żadna
znaczna poprawa a rokowania na przyszłość nie są z byt optymistycznie.
Następnie przeszedł do sąsiedniej klatki zajmowanej przez młodą
kobietę, która wmówiła sobie że jest lekarką.
Koło się zamknęło, chociaż bezpośrednio zainteresowani nic o tym
nie wiedzieli, i co gorsze, nigdy nie mieli dowiedzieć.
LXXIX. Pogrzeb trzydziesty dziewiąty. Bułka z masłem.
Minęła już prawie godzina od ustalonej godziny pogrzebu, ale zakład
zajmujący się pochówkiem i całym rozgardiaszem w dalszym ciągu
nie dostarczył trumny. Rodzina, ksiądz, nawet przedstawiciele prasy
starali się zaapelować do sumienia zasklepionego w sobie, maleńkiego
wzrostem wysłannika zakładu, który podobno miał dopilnować, by
ceremonia odbywała się sprawnie i bez przeszkód, ale bez większych
rezultatów.
Na prośby, by zatelefonował do zakładu i zapytał jaka jest przyczyna
opóźnienia niezmiennie odpowiadał :
- Zmarłej już to przecież nie interesuje, a żyjącym nic się nie
stanie, jak jeszcze spędzą chwilę na świeżym jakby nie było powietrzu.
Okolica była wiejska, ponieważ kobieta którą miano pochować urodziła
się w pobliżu, niestety po drugiej wojnie teren ten przeszedł pod
kuratelę zupełnie innego państwa, więc rodzina zadecydowała by
pochować ją właśnie tutaj, na cmentarzu należącym jeszcze do Polski,
chociaż nie było to zgodne z miejscowością zaznaczoną w metryce.
- Urodzona w ZSRR, zapłodniona w Niemczech, żyjąca w Polsce -
tak w skrócie podsumowała życie siostry pochylona nad stołem kobieta.
Trzęsącymi się od choroby dłońmi skręcała papierosa, ale kolejna
próba spełzła na niczym.
Wszystkie gest pomocy ze strony oczekującej na pogrzeb rodziny
odrzucała ze wzgardliwą wyższością i pogardą.
- Kiedy przestanę palić także umrę, więc do cholery dajcie mi
spokój i zadzwońcie by ta cholerna trumna jak najszybciej znalazła
się w tej wstrętnej dziurze - wskazywała lewą ręką na pospiesznie
wykopaną mogiłę i naturalnie kolejny papieros rozlatywał się w
niebyt.
Po drugiej stronie malutkiego cmentarza, na kocu rozłożonym pośród
od wieków nie koszonych chwastów kilkoro mężczyzn grało w karty,
zaś w kilku zaparkowanych na szutrowej drodze samochodach słuchano
radia, posilano się, kłócono.
Typowy piknik, tylko okoliczności dla których się akurat tutaj
znaleźli nie nastrajały do świętowania.
- Jeżeli za kwadrans ta przeklęta trumna nie pojawi się na horyzoncie
wracamy do domu. Nie mam ochoty dostać zapalenia korzonków czekając
na ciało ciotki, której nota bene nigdy nie widziałam na oczy.
Kobieta, która wypowiedziała tych kilka słów stała na jedynej
ławce jaka się jeszcze od starości nie rozleciała i z lornetką
przy oczach lustrowała okolicę.
Obok niej jakiś okropnie zdegustowany młody człowiek czyścił sztucer,
kilka kroków od nich raczono się słodką nalewką, na lewo od cmentarza
młode, niecierpliwe małżeństwo rozbijało namiot.
Korzystając z całego tego zamieszania maleńki wzrostem przedstawiciel
zakładu pogrzebowego zniknął, tak więc już zupełnie zdani byli
wyłącznie na opatrzność zaś ta jakoś nie kwapiła się by przyjść
im z pomocą.
-Nie wiem jak ty ale nigdy nie przypuszczałam że matka umrze.
Raczej spodziewałam się wiadomości, iż jakaś inna cywilizacja skontaktowała
się z nami...
...za pośrednictwem radia RFM FN.
Córka zmarłej, jak i jej mąż, jednocześnie roześmiali się, chociaż
od lat nienawidzili się wzajemnie i tylko strach, co powie matka
i teściowa w jednej osobie, wstrzymywał ich przed rozwodem. Teraz
mając już wolne ręce jakoś się do tego rozwodu nie spieszyli.
Nagle zaczął padać deszcz i większość zebranych schowała się w
pobliskich ruinach. Zdezorientowani nie za bardzo wiedzieli jak
się mają zachować, tym bardziej że nie było odważnego, który pierwszy
odjechałby z miejsca wypadku.
Kiedy jednak nastał mrok, a trumny w dalszym ciągu nie było na
miejscu, nawet ksiądz przestał bawić się w konwenanse, zwinął majdan
i ruszył na plebanię. Za jego przykładem poszła reszta i w sekundzie
jeszcze przed chwilą tętniący życiem bezsensowny, wiejski, nie
ogrodzony cmentarzyk opustoszał.
Nie pozostał na nim nawet przysłowiowy pies z kulawą nogą i kiedy
w jakieś pół godziny później piękny karawan zatrzymał się przed
umowną bramą wjazdową nie było nikogo, kto pomógłby znudzonemu
od błądzenia po bezpańskiej okolicy kierowcy pomóc znieść trumnę.
Jakoś sobie jednak poradził, położył na niej tabliczkę z nazwiskiem
i wieniec, przepisowo się przeżegnał, dał znać do centrali że wraca,
jakoś obrócił samochód w gęstej, błotnistej mazi i po chwili zniknął
za horyzontem jak partyzant nie goniony przez nikogo, nawet przez
swoich.
W nocy po raz pierwszy od daty założenia cmentarza, czyli od przeszło
dwustu dwudziestu lat żadne zwierzę nie przemknęło się przez niego,
a wczesnym rankiem troje jeszcze pijanych grabarzy wzięło trumnę
na trzeszczący wózek, dopchało do grobu, wrzuciło do dołu, szybko
i prowizorycznie przysypało, wbiło krzyż, przeżegnało się i poszło
w swoją stronę.
Pozostała ulotna pamięć o bliskich, narzędzie niezręczne chociaż
czasami bardzo skuteczne. Oraz przeświadczenie o wyższości roli
przypadku w życiu doczesnym, jak i pozagrobowym.
LXXX.
Pogrzeb czterdziesty.
LXXXI.
Stał ( stałem ) na skraju pięknego, porośniętego wspomnieniami
cmentarza i patrzyłem (patrzył) jak piszę te słowa.
Był koniec lata i nic nie zapowiadało, by ochłodzenie miało przyjść
w najbliższych dniach.
Niezwykły banał, ale przecież żaden koniec nie jest adekwatny
do treści.
wrzesień 2004 - maj 2005
|