Światło załamywało się pod kątem niedostrzegalnym
dla zwykłego śmiertelnika. Jakby tego było mało, małe dziewczynki
przemieniały się niepostrzeżenie w starców, ptakom, które nie potrafiły
latać odpadały skrzydła, suche rzeki wysychały, a czas, który przez
wieki stał w miejscu nagle przyspieszył jak oszalały, pewnie próbując
nadrobić stracone lata bezruchu.
Stał ( stałem ) na zmurszałym od nienawiści moście i spoglądałem
w nicość. Małe ziarenka skruchy, może poruszone sumieniem umarłych
istot przeistaczały się w perły, tęcza nie była żadną grawitacją,
ale czymś na wskroś dotykalnym, namacalnym, bliższym nawet niż
nie żyjący rodzice.
Nawet deszcz padający przez kilka sekund nie zmienił niczego. To,
co zawsze istniało w koło trwało nadal, jakby na przekór literaturze
i jej pochodnej, czyli życiu. Takie robienie na złość samemu sobie.
Patrząc w nicość widział ( widziałem ) zamiast rzeki - wspomnienia.
Niestety, nie uzbierało się ich zbyt wiele.
Jakiś oderwany od nie wiadomo czego guzik, lekko zamazana czwórka
trefl, zdjęcie nie przedstawiające dosłownie nic.
To wszystko. Jak na czterdzieści kilka lat życia i tak dużo. Mogło
być o wiele gorzej.
Gdzieś w oddali odgłosy burzy starały się straszyć jego ( mnie
), ale była to szyta zbyt grubymi nićmi szyta aluzja.
Pozostawała - i tylko ona się liczyła - rzeczywistość, ale i ta
jak na niego ( na mnie ) była zbyt dosłowna i sprawdzalna.
Podobno życie ma sens, kiedy nic się na jego temat nie wie, nie
pamięta, nie potrafi marzyć.
Niestety w jego ( moim ) przypadku było zupełnie inaczej. Przeżyłem
( przeżył ), pamiętałem i czułem, aż za wiele.
I to miało się zemścić. Jak wszystko, czego dotykamy. Na przykład
śmierć bywa rezultatem dotknięcia niemowlęcia przez położną, akuszerkę
lub lekarza.
Miłość to pokłosie wojen, kiedy to na pograniczu jawy i nicości
obiecujemy sobie ( i nie dotrzymujemy danego słowa ) być innym,
dobrym, szlachetnym.
Reszta jest gównem, lub czymś podobnym. I nie zmieni tego jeden
z nas ( ja ? ) wybrany przez Boga.
Po prostu nie mamy żadnej wiedzy wykonawczej, a tak zwane uczucia
wyższe to mrzonki, na kształt kobiety, która w nocy opuszcza swe
ciało, by rano w nie wrócić. I na dodatek czuje się czysta, chociaż
dmuchało ją sześciu żołnierzy.
Życie - niestety, albo na szczęście - jest tylko i wyłącznie nie
przyswajalną iluzją. Wszystko zależy jedynie pod jakim katem załamuje
się światło. Czy jest dostrzegalnego dla ciebie ( jego ), czy też
nie. To wszystko. Reszta to tylko zwykłe powielanie dawno zniszczonej
kalki, nawet kościoły nie są w stanie tego zanegować.
II.
Obudziłem się ( obudził ) dawno po czasie. Sam
nie wiem, co to w praktyce oznacza, ale tak było..
Wstałem z niechęcią, ponieważ zatoka marzeń wypełniająca moje,
podobno odnowione ja, nie była jeszcze gotowa na przyjęcie natłoku
informacji, które za każdym razem, kiedy tylko otworzysz oczy wpadają
w ciebie jak ryba w sieci.
Jeszcze leżąc przypomniałem sobie, iż wczoraj znowu opuściłem kolejny
pogrzeb. Myśl ta nie poprawiła mi nastroju, ponieważ nie oznaczała
nic konkretnego, po prostu kolejny pogrzeb, na który nie poszedłem.
Jakoś zwlekłem się z przedwcześnie postarzałego łóżka, otworzyłem
rozlatujące się okno, ptaki niepamięci wyfrunęły w miasto.
- Dobra robota - pomyślałem - rozpoczynać dzień od dobrego uczynku.
W tej samej sekundzie - nie wiadomo po co i dlaczego popatrzył
na swoje zabłocone buty. Zdumiał się, ponieważ od dawna w nich
nie chodził, po drugie akurat było lato i brud nie za bardzo kojarzył
się z doskonałością, do której tak usilnie - ale skrycie - dążył.
Zapalił papierosa, usiadł na glinianym fotelu, westchnął. Świtało,
chociaż było już dawno po południu. Jakaś zabłąkana mucha właśnie
dokończyła swojego wyuzdanego żywota.
- Jakie to dziwne - pomyślał - ludzie umierają, muchy zdychają
a świat przepełniony przeróżnymi mendami trwa nadal. I on także.
W tym samym momencie zastanowił się, dlaczego raz pisze ( i myśli
) o sobie jako ja, a innym razem jako on.
Zdumiało go to, ponieważ jeszcze nie podejrzewał siebie o rozdwojenie
jaźni, w co święcie wierzył, że kiedyś musi nastąpić, ale nie przypuszczał,
iż stanie się to tak szybko.
Raptem nie tak dawno skończył sześćdziesiąt dwa lata, łącznie ze
wspomnieniami. Ponieważ zegar, to ciało nudy, wyparował, a za ścianą
sąsiad o oczach maoisty za żadne skarby nie chciał posiąść własnej
żony, nie wiedział ( wiedziałem ) która jest godzina.
- Chamiejemy - pomyślałem - niestety szybciej niż starzeje się
społeczeństwo. Prowadzi to pro -
- sto do nihlizmu, i snu, z którego się już nie wraca.
Podszedłem ( podszedł ) do okna. Szarzało, złote nietoperze uczyły
swoje młode trudnej sztuki latania w odwrotnej pozycji, oraz niedowierzania.
III. Pogrzeb pierwszy - lukratywny.
Było upalne lato. W miasteczku Moskwa odbywała
się pseudoolimpiada. I właśnie w trakcie jej trwania umarł Włodzimierz
Wysocki. Jedynie dwieście osób otrzymało przepustki na jego pogrzeb,
a milicja pilnowała tego dnia cmentarza na których miano pochować
Wysockiego bardziejniż kukły Breżniewa.
Wszyscy chcieli zobaczyć płaczącą Marinę Vlady, dotknąć trumny
barda, lub po prostu, zwyczajnie ponudzić się w kondukcie.
W jedenaście lat później Adam Michnik otrzymał, i przyjął, tytuł
Żyda Roku. Naturalnie, obydwu tych faktów nie należy łączyć ze
sobą, chociaż w lipcu 1980 roku na Cmentarzu Rakowickim urządziliśmy
symboliczny pogrzeb Wysockiego, oczywiście na którym nie byłem.
Był za to ksiądz, młodzi ludzie nieśli trumnę donikąd, nawet próbowano
wygłosić kilka przemówień, w tym jedno po rosyjsku, zanim ubrani
po cywilnemu ubowcy, wprawnym, ćwiczonym latami manewrem rozbili
kondukt na kilka pod grupek, a te wypchnęli za cmentarz i już spokojnie
aresztowali wszystkich, naturalnie za zakłócanie porządku, zgromadzenie
bez zezwolenia, czy też podobne duperele.
Wszyscy miłośnicy Wysockiego zgromadzeni na Rakowicach wylądowali
w pierdlu, a stamtąd momentalnie przed Kolegium do Spraw Wykroczeń,
gdzie zasądzono im wysokie grzywny, w razie nie wypłacania zamieniane
na kilkadziesiąt dni aresztu.
O dziwo wszystkie grzywny zapłacone zostały w terminie, o ile mi
wiadomo uiścił je Konsulat Radziecki w Krakowie. Po jakie licho
? Nie wiadomo. Może sumienie narodu odezwało się w najbardziej
odpowiednim momencie ?
Na pogrzebie nowej, młodej, polskiej demokracji także nie byłem
ponieważ Adam Michnik odbierając niewątpliwie zasłużony tytuł Żyda
Roku 1991 przekroczył pewien niewidzialny - nawet dla niego - próg
naiwności, dla własnej wygody nazwany przeze mnie : chamstwem uczłowieczonym
w granicach niby to normalności.
To, iż A.M. przyznaje się do wspólnoty obrzezanych ( lub nie )
starszy braci w wierze, nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Jego
wola i jego prawo, ale robienie z tego głupiego wybryku faktu medialnego
zasługuje na pogrzeb. Polskiej, wyśnionej inteligencji, na który
także nie poszedłem, ponieważ nie chcę z tym " towarzystwem " mieć
nic do czynienia.
Wysocki i Michnik, dwa różne pogrzeby, dwie jakże skrajne osobowości.
Jedna zalkoholizowana, druga zblazowana.
Wysocki nie żyje, Michnik udaje że istnieje, chociaż patrząc na
jego histerycznie rozbiegane oczy, drżenie rąk, zupełny brak chociażby
chwilowej koncentracji pamięć podsuwa mi przenośnię, dość obrzydliwą
: umarli obydwaj, tylko Michnik jeszcze o tym niestety nie wie.
Historia niezapowiedzianych śmierci zatacza czasami kręgi niezrozumiałe
nawet dla wnikliwych obserwatorów.
Ale cmentarze - na szczęście - rzadzą się swoimi prawami. Na nich
nie ma znaczenia kto jest piosenkarzem, a kto dziennikarzem.
Pozostaje subtelny zapach trumny, spocony ksiądz, czarna rodzina
oraz znajomi, którzy marzą tylko o jednym, by jak najszybciej nachlać
się, naturalnie za zdrowie dopiero co pochowanych.
IV.
Dotknąłem ( dotknął ) kobiety i ta momentalnie
stała się nic nie znaczącą, pozbawioną kształtów i smaku rzeczą.
Zdumiałem się, ponieważ przed chwila mówiła, że nie chce wspólnie
budować przyszłości i tym podobne bzdury.
Popatrzył na ścianę, przy której jeszcze ni tak dawno kobieta rozbierała
się. Nic nie wskazy -
- wało, iż tak było. Mebel, przy którym się przemieniła nie był
nic wart - widać to było nawet gołym okiem - kawałek betonu, z
którego wystają żelazne pręty - jakby rzeźbiarz spił się i popsuł
robotę.
Podszedł ( podszedłem) do niej i dotknąłem jej.
Uwolnił mnie, a spełnię wszystkie twoje życzenia - usłyszał. Zastanowił
się, nie miał żadnych
pragnień, a kolejna noc ze spoconym manekinem nie wchodziła w rachubę.
Wszystko, co dotyczy życia doczesnego nie interesuje mnie - powiedział,
chociaż zdumiał się słysząc swój głos.
Myślał i czuł coś wręcz przeciwnego, ale z zupełnie nieznanego
mu powodu kłamał sam przed sobą.
Nienawidził kobiet, mrożonej kawy, meczów piłkarskich, białych
murzynów i pseudopolityków w rodzaju Pęka, idioty z niby twarzą
chrześcijanina, podobną do zepsutej obrabiarki.
- Uwolnij mnie - poprosiło jeszcze raz to coś.
Zrobił to i stał ( stałem ) się najszczęśliwszym z ludzi. Dziewczyna
natychmiast umyła podłogę w kuchni i zabrała się za okna.
- Odejdź - poprosił - działasz na mnie jak literatura południowoamerykańska
na polskich poetów
ludowych, abstrakt, z którego nic nie wynika.
Dziewczyna nie odpowiedziała, ale znowu wyskoczyła ze spódnicy,
zdjęła majtki i stanęła przed nim jak Armia Zbawienia przed Urzędem
Podatkowym.
- Wyglądasz gorzej niż Jan Himilsbach - krzyknął.
Nie zareagowała, stłukła tylko jakąś nie umytą filiżankę i wyszła.
Poczuł ( poczułem ) niewyobrażalną radość z odzyskanego śmietnika.
Spódnicę i majtki wyrzuciłem do kosza, zapaliłem papierosa i pomyślałem
o kolejnym pogrzebie na którym nie byłem.
Po chwili rozległo się ciche pukanie w drzwi, później dobiegł mnie
lekki skowyt. Olałem to wszystko, znajomi umierali, a ja nie pojawiałem
się na ich pogrzebach.
Jakie w takiej sytuacji ma znaczenia rozebrana do połowy dziewczyna,
stojąca przed drzwiami mojego mieszkania ?
Żadnego, ponieważ była dla mnie jak kosmiczna, czarna dziura wymyślona
przez pana Hawkinsa i przez plemnika jakiegoś idioty sprowadzonego
na ziemię. Mierziła mnie.
V. Pogrzeb drugi - egocentryczny.
Skąpo ubrana wdowa kurczowo trzymała się kwiecistej
trumny jak pijany baru, lub zły aktor sceny.
Zdumieni goście pogrzebowi nie wiedzieli jak reagować, a księdza
nie było ponieważ pogrzeb był z rodzaju świeckich.
W końcu jakiś przytomniejszy towarzysz odciągnął wdowę od trumny,
i nie wiadomo po co, tak ją jak i trumnę, pokropił namiętnie wodą
po goleniu marki Old Coś Tam.
Smród, który powstał z mieszaniny kadzidła, palonych świec, jak
i wody po goleniu, przegonił wszystkie cmentarne hieny, oraz kilkunastu
ciekawskich przybłędów.
Nagle skąpo ubrana wdowa wydobyła z małej, o dziwo nie czarnej,
torebki potargany kawałek papieru, rozprostowało go i nieproszona
zaczęła czytać fragmenty artykułu z " Trybuny Ludu " opowiadający
o zasługach właśnie chowanego, o jego walce ze stonką ziemniaczaną
na lubelszczyźnie w połowie lat pięćdziesiątych.
Cały orszak zaniemówił, ponieważ było akurat odwrotnie, świeżo
umarły jako władza tamtego regionu wręcz zabraniał walczyć ze stonką
twierdząc, iż to nowa, wspaniała myśl techniki radzieckiej, tylko
jeszcze przez przypadek nie rozreklamowana, ponieważ prawdziwym
komunistom nie wypada się chwalić.
W czasie tego incydentu kondukt posunął się o jedyne trzy kroki,
gdyż nie za bardzo wiedziano w którym kierunku się poruszać.
Podobno kilka dni wcześniej lekko roztargniony ksiądz wskazał przez
okno jakieś miejsce pod płotem, ale dzisiaj straciło ono zupełnie
swój konkret.
- Położymy go bądź gdzie - zaproponował w końcu sekretarz od propagandy
- jemu właściwie już nic nie przeszkadza, składek nie płacił latami,
żona zdradzała go, pił...
- Ależ, to mimo wszystko człowiek, do tego nieżyjący - wtrącił
się dawny sekretarz od gospodarki - więc należy mu się pogrzeb,
jak nie przymierzając każdemu z nas.
- Ale gdzie ? - broniła się propaganda - ten teren - wskazał ręką
cmentarz - dziwnym trafem jeszcze do nas nie należy, więc...
- Zabiorę go do domu, posadzę w fotelu przed telewizorem i spróbujemy
udawać, że nic się nie stało - skąpo ubrana wdowa okazała się nad
wyraz praktyczna - żyliśmy tak już ponad dwanaście lat, mąż coraz
bardziej naiwnie wpatrywał się w telewizor, ponieważ dalej wydawało
mu się, iż znajduje się w centrum rządzących krajem, tylko błądząca
dusza nie chciała umierać, co nie jest zupełną prawda, ale dzisiaj
to przecież nie jest nasze zmartwienie.
VI.
Bardzo często młode kobiety na gwałt starają się
dogonić czas ( jak szafy grające ) i stać się wiekową damą, która
pamięta przynajmniej Franciszka Józefa.
Jest to o tyle niepedagogiczne, ponieważ stary cesarz wolał tylko
młode. Ale jak wszystko na tym świecie logika jest na bakier z
opatrznością, nie mówiąc ani słowa o rozumie, więc młoda kobieta
spogląda na faceta w mocno średnim wieku z pogardą.
Nie wiem nic, nic także nie pamiętam. Filary podtrzymujące mój
mózg już dawno przeżarte przez Alzhaimera - runęły - a mglisty
most po którym przechodziłem na drugą stronę świadomości, nadwątlony
jest w stanie przerażającym.
Nie ze wszystkimi dostawcami ( jestem) jest w stanie targować właściwe
ceny. Będąc o krok od bankructwa nie za bardzo się tym jednak przejmuję.
Żyję, i to jest dla niego ( mnie ) najważniejsze.
Okaleczamy czas, ptakom nadwyrężamy skrzydła, dzieciom zdążającym
w kierunku szkoły wskazujemy fałszywy kierunek.
Jednak jesteśmy uczciwi, to pewne, ponieważ bez tej uczciwości
nie byłoby jutra, a co do zamożności zdania są już podzielone.
I pewnie - chociaż krąży nad nami jakaś groźna klątwa - olewamy
ją, gdyż bywamy nieśmiertelni. Jak dziewica, zresztą trzykrotna,
która wychodząc za mąż, za każdym razem po nocy poślubnej mogła
gawiedzi pokazać zakrwawione prześcieradło.
VII. Pogrzeb trzeci - deliryczny.
Butelka wypada ze zmęczonej dłoni i toczy się
jak kiedyś pociąg w Bieszczadach. Ciałem nikt się nie interesuje
- to przecież lump i menel - żartują łapiduchy.
Wkładam ( on ) im życiodajny argument do ręki w postaci zwitka
banknotów. Natychmiast jeden z nich odrywa się od kołchozowej przechowalni
i od razu rusza kolejny pogrzeb, zwyczajny jak przypływ morza.
W chwilę później zwłoki wpadają do grobu, mildklasa wybrańców globu
udeptuje ziemię, ktoś wyrwa bocianie skrzydło, wbija krzyż i niby
wszystko gotowe.
Nawet zauważyliśmy z jakiej brudnej musztardówki napili się po
jednym.
Pozostało tylko tych kilkadziesiąt osłupiałych, bladych i zestresowanych
postaci, zdziwionych, iż już po wszystkim, że tak szybko ten ktoś
z tego raju łez.
Gdzieś zapodziała się wdowa, rodzina, potomstwo. Grabarze grali
pierwsze skrzypce, chociaż żaden z nich nigdy tego instrumentu
nawet nie widział na oczy.
Życie powinno mieć w sobie dostojność a śmierć jeszcze większą,
ale nie na polskich cmentarzach, na których toczy się dziwna walka
pieniądza z wiecznością. Wygra ten, który da więcej.
Nienawidzę polskich pogrzebów, więc nie chodzę na nie, ponieważ
wszystko na nich jest sztuczne, czyli kupione, nawet zwłoki delikwenta.
W Polsce - niestety - księża rządzą nawet pod ziemią, najdobitniej
przekonał się o tym mój przyjaciel, który dał się zamknąć w trumnie
kilka centymetrów pod ziemią, do której doprowadzano powietrze
plastikową rurką.
Już po chwili błogiej ciszy napadł niby to wdowę ksiądz żądając
specjalnego datku za korzystanie z uroków wieczności.
- Pan chyba zwariował - zaprotestował przyjaciel.
- Wprost przeciwnie, Bóg jest wszędzie, więc płać.
- Nie mam czym, dobra doczesne pozostawiłem nad nami - palcem wskazał
(
wskazałem) kilka centymetrów gruzu udającego ziemię.
Klecha jednak nie dał za wygraną. Ostentacyjnie westchnął i ruszył
do ataku.
- Wierzący musi być przygotowany na każdą okazję.
- Na przykład jaką ? - przerwałem mu lekko przesuwając się w lewo,
przecież w trumnie nagle zrobiło się wyjątkowo ciasno.
- Cicho tam w dole, przysypaliśmy was wystarczająco, więc trwajcie
spokojnie w nicości i nie denerwując śmierci idiotycznymi dysputami,
jak spragniony i nie dokształcony świat pracy. Leżycie sobie obiboku
jeden i nawet TAM dyskutujecie o pieniądzach, kiedy my tutaj na
górze, czyli na tym gorszym ze światów nie jesteśmy w stanie zebrać,
nawet na dwa wina owocowe.
- Świat ocipiał - kontynuował coraz bardziej rozsierdzony i zdenerwowany
głos - pogrzeb był biedny, chowaliśmy przecież bezrobotnego, do
tego obojniaka, rodzina jak i znajomi wyparli się go, przyszło
niewiele ludzi, więc i dawki były końskie, czyli takie, iż nawet
koń by się uśmiał. Wykorzystaliśmy je w trzy minuty i co dalej
? Następny pogrzeb dopiero we wtorek.
Nie wiedzieliśmy, ksiądz zniknął, rurka zatkała się i przestała
tłoczyć powietrze. Trzeba było wybierać, albo śmierć albo powrót
do świata cieni.
VIII.
Już ponad trzy godziny facet siedzący przy stoliku
pod oknem, każde podejście kelnera kwitował zniecierpliwionym machnięciem
ręki.
Zaczął padać deszcz i kilka jego kropel przedostało się na stolik
przy którym koczował ten facet lekko zamazując kilka liter w liście,
który pisał do Niewiadomego.
Dopiero wtedy zdecydował się zawołać kelnera. Ten, jakby trochę
zdziwiony niepewnym krokiem podszedł do stolika ze sakramentalnym
pytaniem, które wpisane jest w jego zawód, pytaniem przyklejonym
do warg :
- Co podać ?
- Służył pan w wojsku ? - brzmiało kontr pytanie.
- Jakby.
Facet zbaraniał, zadał już setki, jeżeli nie tysiące podobnych
pytań, ponieważ pisał pracę - w swoim mniemaniu naukową - ale podobnej
odpowiedzi jeszcze nie usłyszał nigdzie i nigdy.
- Co ma pan na myśli ?
Kelner nie pytając o pozwolenie usiadł na pierwszym, wolnym krześle,
z za pazuchy wyciągnął ciepłe pół litra i ustawił dokładnie pośród
trzech kropel, które przed chwilą padły na stół.
- We wtorek miał miejsce pogrzeb Dagmary, razem z nią w 1981 roku
drukowaliśmy ulotki protestujące przeciwko wojnie Jaruzelskiego
z niczym.
Nie rozumiem ? - facet szczerze zareagował na tę zbyt przydługą
tyradę kelnera.
Ten napił się prosto z butelki, skrzywił, zapalił coś podobnego
do papierosa i powiedział :
Dagmara miała raka, Jaruzel zajoba, a Solidarność po prostu była
prostacka a ja zbyt młody.
- Po co mi pan to wszystko opowiada ? - zapytał z lekka zniecierpliwiony
facet. Kobieta, z którą się umówił lubiła się spóźniać, ale nigdy
więcej jak cztery godziny.
- Nie mam pojęcia, może te trzy krople deszczu, które nie wiadomo
jakim cudem przedostały się na stół przy którym raczył pan zasiąść
podziałały na mnie jak katalizator.
Facet nalał sobie kilka kropli z butelki przyniesionej przez kelnera
prosto na łyżeczkę, powąchał i nagłym ruchem wlał w gardło.
Nas także lokalna władza drapnęła w podobny sposób - kelner schował
butelkę za pasek od spodni, pozbierał ze stołu co do jego obowiązków
należało i odszedł.
Pozostał facet czekający na kobietę, a te, jak wiadomo, prawie
nigdy nie przychodzą.
IX. Pogrzeb czwarty - nihilistyczny.
Chowano
ciało. Człowiek się nie liczył, jak za życia. Nawet nie za bardzo
wie-dziano, czy to kobieta, czy mężczyzna.
Pogoda była niesprzyjająca, to znaczy grabarze padali częściej
niż członkowie rodziny z konduktu.
Ale to drobiazgi. Najważniejszy był tajemniczy mężczyzna trzymający
się da-leko od konduktu, nienagannie ubrany w czarny garnitur
i długi, także czarny, płaszcz, spod którego błyszczące jak skóra
niewolnika buty przyciągały wzrok bardziej, niż skromna trumna.
Zachowanie tego mężczyzny było na tyle intrygujące, ponieważ
bez przerwy popijał coś z butelki owiniętej w gazetę, oraz palił
jednego papierosa za drugim.
Kiedy pogrzeb ucichł, ksiądz zniknął w niebycie kościoła a grabarze
pozbierali swoje kości i powlekli się w stronę pakamery, jeden
z odważniejszych wnuków ciotki ( wujka ) podszedł do ubranego
na czarno dżentelmena i zapytał wprost kim ten jest.
- Prawdy nie zrozumiesz, a reszta to banał - usłyszał w odpowiedzi.
- Proszę traktować mnie poważnie - oburzył się młodzieniec -
należę do Kółka Różańcowego, grywam w szachy, zawsze białymi
a na dodatek posiadam i ojca i matkę, co w tej okolicy uchodzi
za ewenement.
Ubrany na czarno mężczyzna, nie zważając na protesty rodziny
zaprowadził młodzieńca na najbliższy parking, zapakował do eleganckiego
samochodu, a kierowcy rozkazał poszukać w miarę spokojnej restauracji.
Tam młodemu zamówił lody, sobie kieliszek anyżówki. Zapalił.
Było nas trzech - odezwał się nagle - to coś, co przed chwilą
pochowaliśmy, ja i jeszcze ten trzeci. Tylko jego nikt nigdy
nie widział na oczy. Specjalnie przyje-chałem na tę smutną, farsową
uroczystość by tego trzeciego spotkać. Ale się nie pojawił. Teraz
pozostaje już tylko ostateczność, czyli albo jego, albo mój po-grzeb.
A z tego wynika logiczny wniosek, iż nigdy się już nie spotkamy
żywi.
Wypił anyżówkę, zapłacił rachunek, zgasił papierosa.
- A to coś, co dzisiaj chowaliśmy ? Co to było ? Lub kto ?
- Sam chciałbym wiedzieć, ale ludzkość nie pozwala znać odpowiedzi
na wszystkie pytania. I dobrze. Ile przez to mniej wojen ?
Osłupiałem młodzieńcowi pozostawało dokończyć lody, zaciągnąć
się nie dogaszonym petem i pomarzyć o byciu tym jednym z dwóch.
X.
Nie wiem po co stanął ( przystanął ) przed tą
wystawą. Przecież nie przedsta-wiała nic szczególnego : zdjęcie
papieża, dwie pary damskich butów, fryzjerską brzytwę, kawałek
owczego sera.
- Popatrz, do czego doprowadza źle rozumiana doskonałość - dziewczynka
nie miała więcej niż dziesięć lat, ale w jej oczach już czaiła
się dorosłość.
- Nie wiem, co masz na myśli - odpowiedziałem zgodnie z prawdą
- człowiek poleciał w kosmos, wrócił. W czym problem ?
- Moja matka nie może mieć więcej dzieci.
- A chciałaby ?
- Nie.
Nagle na wystawie powstało małe zamieszanie, zniknęło zdjęcie papieża,
a na jego miejscu pojawiły się narty.
- Jak w życiu - dziewczynka nie dawała za wygraną - najpierw coś
jest, a póź-niej nie ma. Na przykład...
Nie słuchał jej, zapalił papierosa i odszedł kilka kroków w lewo.
W tej części świata padał śnieg i było wyjątkowo zimno.
Wróć do domu - usłyszał z oddali głos dziewczynki - opowiem ci
jeszcze nie-jedną...
Kiedy się ocknął świtało. Drzwi od pokoju w którym spał w ubraniu
były otwarte i w promieniach podnoszącego się z letargu dnia zauważył
nagą kobietę siedzącą na krześle i stawiającą pasjansa.
- Spałeś trzy dni, jak na mężczyznę to trochę za długo - kobieta
wstała, przeszła do kuchni i po chwili wróciła ze szklanką wrzącej
herbaty.
- Przyprowadziła cię moja najmłodsza córka, ma dziwny dar przyciągania
nie-dowiarków.
- Masz więcej dzieci ? - sam zdziwiłem się zadając to pytanie.
- Nie miał mi ich kto zrobić.
Ubrała się i nagle stała się starą, obrzmiałą od używek ropuchą.
- Muszę iść do tej samej zasranej fabryki liczyć krewetki. Jeżeli
masz ochotę na potomstwo, przynajmniej teoretycznie, zostań.
Czekałem na nią ponad trzy dni. Nie pojawiła się, za to dziewięcioletnia
dziewczynka przyprowadziła nowego straceńca.
Był dużo młodszy ode mnie ( niego ) i popatrzył na mnie z wyrzutem.
- Ten, który już sobie po....
Powstrzymałem go rzucając w niego krzesłem. Momentalnie znowu znalazłem
się pod wystawą, od której to wszystko się zaczęło.
Ta pewnie postradała zmysły, gdyż już jej nie było. W jej miejsce
świecił neon informujący o wyższości gier losowych nad karnawałem.
Ucieszyłem się, ponieważ w moim przypadku nie ma nic gorszego jak
niepew-ność. Wszystkiego nad wszystkim.
XI. Pogrzeb partyjno - państwowy. Piąty.
Tadeusza Hołuja chowano w samotności. Obecni na
cmentarzu byli wszyscy oprócz niego. Kompania reprezentacyjna Wojska
Polskiego, towarzysze partyj-ni, oficjele, młodzież, Aleja Zasłużonych,
duża pompa.
Skromny człowiek pewnie zżymałby się na taką wystawę, ale młode
woje-wództwo chciało pokazać jak wielki człowiek mieszkał na ich
terenie.
Zadęcie było na tysiąc fajerków, jak to zwykle przy okazji podobnych
uroczy-stości.
Medale i oznaczenia na atlasowych poduszkach, przemówienia z których
nic nie wynikało, niby to przyjaciele patrzący po sobie, który
następny.
Stypa w " Kuźnicy " i wdowa prosząca by się napić, bawić się i
żartować, po-nieważ Tadeusz na pewno tego by sobie życzył.
A w kilka lat później, po cichu przeniosła zwłoki męża z Alei Zasłużonych
do grobu w Mszanie Dolnej, czy pobliskiej Kasińce.
Wypływa z tego prosty wniosek : leż tam, gdzie ci najwygodniej,
a starających wywyższyć cię na świecznik strąć w nicość, jak diabła
któremu można nasikać do życiorysu.
Tadeusz Hołuj był człowiekiem skromnym i spokojnym. Co złego zrobił
( jak potrafił ) dla Polski nie interesuje mnie zupełnie. Nie ten
rodzaj wrażliwości.
Był posłem na Sejm, zasiadał w różnych partyjnych gremiach, całe
życie nale-żał do PZPR, siedział w Oświęcimiu, pisał.
W swoim przekonaniu żył uczciwie, nikogo nie skrzywdził. Skrzywdzono
jego wyprawiając mu pompatyczny pogrzeb, a w rok później róg Rynku
i ulicy Wiślnej odsłaniając jego popiersie.
Na stypie sympatyczna wdowa wypowiedziała złotą myśl : powinien
leżeć u siebie, cokolwiek to znaczy, transformacja skuje jego popiersie
a historia, czyli wybiórcza pamięć idiotów dokona reszty.
Skromny człowiek, nienajlepszy pisarz, ale wybitna osobowość, chociaż
za bardzo spolegliwa.
Nie poszedłem na jego pogrzeb, ani na stypę ponieważ nie chciałem
natknąć się na ludzi, którzy przez lata poniżali go, deprecjonowali,
a teraz zjawili się z bukietami kwiatów jako najlepsi przyjaciele.
A wieczorem w " Kuźnicy "pili za jego cześć i nie krztusili się.
Cześć ich chamstwu i bezczelności.
XII.
We trzech siedzieliśmy w czymś rodzaju koła zakreślonego
kredą. Jeden był moim przyjacielem, drugiego widziałem na oczy
po raz pierwszy. Co do siebie ( jego ) nie miałem wątpliwości.
Martwy przedmiot epoki lodowcowej.
Nie wiem, w jaki sposób, i po co, w tym kole znaleźliśmy się, pewnie
któremuś z nas ten idiotyczny pomysł przyszedł do głowy.
Pomiędzy nami kołysała się butelka Metaxy, kieliszki, kostki lodu
oraz używa-na talia do gry w karty.
Wyszedłem z domu, by już więcej do niego nie wrócić. Ponad trzydzieści
lat denerwował mnie ołowiany żołnierzyk stojący na fortepianie.
Miał oderwane skrzydła, z każdym rokiem kurczył się, ale sam nie
chciałem wyrzucić go za żadne skarby, traktując tego potwora jako
rodzinną pamiątkę, którą wcale nie był. W końcu dzisiaj rano ukręciłem
mu łeb, spakowałem kilka niepotrzebnych rzeczy, klucze od mieszkania
jak i książeczkę czekową zostawiłem na stole w kuchni i wyszedłem.
Zapadło kłopotliwe milczenie przerwane po chwili przez nieznanego
mi faceta.
- A co zabrałeś ze sobą ? - zapytał z lekkim niedowierzaniem w
głosie.
- Sam jestem ciekaw - krzyknął pozwany i z ochotą rzucił się do
rozpakowywa-nia plecaka. Obok dwóch puszek soku ananasowego, widelca
oraz harmonijki ustnej, jedyną, godną uwagi rzeczą był okazały
egzemplarz Biblii.
Mój przyjaciel popatrzył na nią bardzo zdziwionym wzrokiem.
- Przecież nie jestem wierzący, więc skąd u mnie ta...
Nieznany przerwał mu mówiąc :
- W każdym z nas tkwi pewien rodzaj atawizmu. Widać w twoim przypadku
objawił się on w ten właśnie sposób i...
Przyjaciel z trudem rozerwał egzemplarz Biblii na kilka części,
jeden podpalił.
- W dzieciństwie należała do mnie, więc jakby mam moralne prawo
do znisz-czenia jej.
Chcąc nie chcąc musiałem interweniować. W tym czasie wielki, czarny
ptak swoimi skrzydłami zatarł kredowe granice koła, w którym przebywaliśmy.
- Nikt z żyjących nie ma prawa do unicestwiania czegokolwiek. " Twój " kawa-łek
Biblii należał także do mnie, do niego - wskazał nieznajomego -
do wszyst-kich. Ręką zatoczył koło i tak właśnie powstał Układ
Słoneczny.
- Idiota - wskazując na mnie powiedział nieznajomy - powtarzasz
słowa już dawno wypowiedziane, stwarzasz świat istniejący już odzawsze,
próbujesz...
- I co z tego ? - zapytałem zdenerwowany - chcesz w trąbę.
Dopiero kiedy odszedł dowiedziałem się od przyjaciela kim był,
mistycznym, czwartym królem zaginionym podczas burzy piaskowej.
Po chwili przyjaciel spakował swoje rzeczy, Biblię jakoś posklejał
do kupy i ruszył w kierunku domu.
Jeden ołowiany żołnierzyk, do tego trzydziestoletni i jeszcze na
dodatek kurczą-cy się to jeszcze nie powód by porzucać rodzinę.
Nie odwodziłem go od zamiaru powrotu do domu, jeżeli ma takie pragnienie
niech cierpi.
Bardziej martwił mnie mój ( jego ) los. Byłem przecież zupełnie
sam i tak miało pozostać.
XIII. Pogrzeb szósty - normalny.
Normalne pogrzeby nie istnieją, na przykład jak
ten, na którym także nie by-łem. Rzęsisty deszcz, papierowa trumna
i kilkoro przypadkowych, jakoś zakon-serwowanych krewnych.
Kręcili się w koło jak dziecięcy bączek puszczany w ruch przez
nieznane siły przyrody.
Księdzu, jak i temu od krzyża, za żadne skarby nie chciało się
wychodzić z ko-ścioła.
- Może unieważnimy pogrzeb z uwagi na zbyt dużą ilość wody w trumnie
? - zaproponował
wikary.
- Nie przejdzie, w regulaminie jest napisane, iż woda może przykryć
całą trumnę - ksiądz
zapalił cygaro, zamyślił się i rozkazał :
- Gości zaprośmy do zachrystji a trumnę wciągnijcie do sieni.
Po kilku minutach kilkunastu przemoczonych do suchej nitki nieszczęśników
raczyło się mszalnym winem.
- Możemy zapalić ? - daleki krewny nieboszczyka rodem z Bieszczadów
zdecy-dował się złamać panującą w zachrystji ciszę.
Pewnie, że możecie. W dzisiejszych czasach pontyfikatu Jana Pawła
II kościół otwarty jest na prawie wszystko - wyrwało się wikaremu
- nawet na unieważ-nienie dzisiejszego pogrzebu, nie ma trumny,
nie ma sprawy.
- Ale trumna przecież istnieje ? - oburzył się wujek trupa.
- Lecz rozpływa się ponieważ wybraliśmy najtańszą - replikowała
ciotka ze strony matki pana młodego.
- Przecież składka nie wystarczyła na lepszą, a jak wiadomo Józuś
nie był ubez-pieczony, pewnie pieniądze, które dawałam mu do łapy
by płacił sobie ubezpie-czenie, zamiast zanieść do jakiegoś filaru,
przepijał w geesie.
Na chwilę zapanowała cisza i wtedy niespodziewanie i bezszelestnie
z głównej nawy odpadł krzyż.
Wszyscy padli na kolana, przy okazji wylało się trochę wina. Tylko
ksiądz nie stracił zimnej krwi zwracając się do wikarego :
- Popatrz Wacuś co z trumną ?
Ten wyszedł do sieni, ale już w tej samej sekundzie był z powrotem.
- Nie ma, rozpłynęła się.
- Tak więc, nie ma i pogrzebu. Z czym przychodzicie do parafii
? Jak możecie zabierać cenny czas aż dwojgu przedstawicieli Pana
Boga ? Należy się 400 zło-tych.
- Za co - nieśmiało zaskamlała siostra zmarłego.
- Unia zmusiła nas do wprowadzenia nowych stawek, ale cieszcie
się ponieważ jeszcze nie dostałem nowego taryfikatora i liczę po
uznaniu, oraz po waszych gębach. Do tego bez vatu.
Kiedy pieniądze były już schowane głęboko w kieszeni sutanny, a
po żałobni-kach pozostało jedynie kilka placków wody ksiądz podszedł
do stołu, otworzył grubą, spleśniałą księgę i pod numerem 129652]3}2004
wykreślił kopiowym ołówkiem kilka słów.
- Umarł jak żył, a pochowany został podobnie.
Popatrzył przez okno, przejaśniało się.
- To dobrze - pomyślał - następne pogrzeby będą o wiele bogatsze.
Tylko w rogu kościoła wstrząśnięty wikary przygotowywał się do
zmiany za-wodu. Ale na jaki ? Nie miał zielonego pojęcia, więc
odłożył decyzję do popra-wy pogody na słoneczną.
XIV.
Nie wiem po co pojechałem ( pojechał ) do tej
miejscowości. Ciągnęło go do niej prawie jak do kobiety, czyli
wcale.
Trzy jako takie domostwa, sześć kościołów, każdy tego samego wyznania,
ujeżdżalnia młodych talentów, wypożyczalnia nartorolek, pijana
szkoła, ochot-nicza straż kobiet, sklep ze stołami do bilarda,
zapity ginekolog przyjmujący wyleniałe pacjentki w błocie, na ulicy
przed zakładem, siedziba nikomu niezna-nej partii, knajpa odwrócona
do góry, na której było napisane " prezydent Bush spierdalaj ".
Wszedł do tej knajpy i od razu ogarnęły go ciemności. Dopiero po
kilku minu-tach oczy przyzwyczaiły mu się do mroku na tyle, iż
zauważył bar i wspiął się na krzesło.
Podeszła do niego wydra bez biustu i stanika i zapytała, czym się
zajmuje.
- Opisuję pogrzeby na których nie byłem.
Nie mówiąc ani słowa, ale także nie patrząc na mnie napełniła brudną
szklankę jakimś świństwem, postawiła przede mną i powiedziała :
- Wypij i zjeżdżaj. Tutaj nikt nie umarł od przeszło 138 lat.
Zapaliłem, powąchałem podarowany mi napój. Pachniał jak nafta pomieszana
z halucogennymi ziołami.
- Nic nie zamawiałem - usłyszałem siebie ( jego ) wypowiadającego
ten truizm do szóstej przesady.
- U nas panuje społeczeństwo, jakby powiedzieć...? Karol ! - krzyknęła
w połu-dniowym kierunku i podobne jak ona indywidum bez stanika
i piersi stanęło obok sobowtóra.
- Jaki do cholery panuje u nas ustrój ? Nigdy nie mogę zapamiętać
?
- Żaden - odpowiedziało flegmatycznie to coś.
- Jak to ? Podobno...
- To było dawno, z osiemdziesiąt lat temu - drugi sobowtór zagrał
pierwszemu na nerwach.
- Może to i prawda, czas przestał mieć jakiekolwiek znaczenie kiedy
Philip Dick...
- Przestań Aneta, nie wolno tym mówić, idź lepiej do kuchni pograć
w pingpon-ga.
Zostaliśmy sami. Kobieta o imieniu Karol, nafta i ja.
Delikatnie zamaczałem usta w tej miksturze przypominającej radziecki,
ściśle tajny, napęd do rakiet dalekiego zasięgu.
Przy drugim łyku Karol ( Karolka ) złapała mnie za rękę, odtrąciła
szklankę i kazała iść za sobą.
Czas jakby cofnął się o osiemdziesiąt lat, dziewczyna miała ich
dwadzieścia kilka, na stole stała butelka wina, na ścianie wisiał
żywy Andy Warhool, tylko ja byłem tym samym, zblazowanym opisywaczem
pogrzebów, na których nota be-ne nie byłem.
- W tej części knajpy ludzie umierają normalnie, powiem nawet iż
dość często, powyżej statystyki, ale z tamtej - palcem wskazała
za siebie - nikt nie umiera, i nawet znachor nie wie dlaczego.
Tak naprawdę mam na imię Karolina.
Napiliśmy się rumu, zapalili trawkę, Karolina odpięła warkocz i
w końcu wy-lądowaliśmy w łóżku.
Nagle zrobiło się nudno i banalnie jak na cmentarzu.
- Nie wiem dlaczego tak się dzieje, nie jesteś pierwszym, który
to zauważył, pewnie obecność Tamtej części wytrąca mi życie z krwi.
Dotknąłem jej, była zimna jak ryba na chwilę przed złowieniem.
Szybko ubrałem się i wyszedłem. Na jej pogrzebie także nie byłem.
XV. Pogrzeb siódmy - półnagi.
Straż ( czyli już prawie trupy ) nie chciała wpuścić
jej na cmentarz. Podobno była zbyt skąpo ubrana.
Pojawiła się o brzasku i czekała na otwarcie głównej bramy nerwowo
kręcąc kółka jak potwór z Loch Ness, trzy kroki w lewo, kilka w
prawo.
Paliła przy tym jednego papierosa za drugim, aż w końcu nadeszła
godzina ósma rano i kilku osiłków z niemałym trudem otworzyło wrota
przedsionka pie-kieł.
Kiedy kobieta próbowała przekroczyć umowny próg cmentarza jeden
z osił-ków, ten najbrzydszy, jakby można było jeszcze gorzej wyglądać,
złapał ją za cherlawe ramię.
- Pani jest zbyt skąpo ubrana, w takim stroju nie wypada pokazywać
się na cmentarzu - wydukał tych kilka słów jak sprawozdawcy sportowi
w telewizji.
- Za czterdzieści pięć minut odbędzie się pogrzeb mojego męża,
przez całe życie nie miał szansy widzieć mnie rozebranej, więc
na koniec niech ma.
Zapanowało kłopotliwe milczenie, przerywane jedynie częstymi upadkami
pi-janych grabarzy, którzy " pracę " rozpoczynali dużo wcześniej.
- Dlaczego nie rozebrała się pani przed nim w domu ? - zapytał
drugi z osiłków.
Kobieta popatrzyła na niego jak na nie ubezpieczony przedmiot.
- A z jakiej okazji ? Nie płacił mi ani grosza więcej niż przeciętny
mąż, więc dlaczego miałam z gołym tyłkiem latać po kuchni ? Dostawał
tylko tyle, co obiecałam w kościele. Zimny seks, raz na dwa tygodnie,
do tego po ciemku i bez znieczulenia. Ale dzisiaj ruszyło mnie
sumienie, jakby nie liczyć byliśmy małżeństwem dwadzieścia siedem
lat, więc rano trochę z siebie pozrzucałam. Czy to grzech ?
Zapaliła nowego papierosa i ostentacyjnie odwróciła się do nich
tyłem.
Miała na sobie wysokie szpilki, czarne, przeźroczyste majtki, przyduży
stanik i bluzę nieokreślonego koloru, która zakrywała ją aż do
pasa.
- A co na to rodzina ? - ten trzeci okazał się być najbardziej
konkretny.
- Nie wynosiliśmy spraw związanych z seksem poza sypialnię, byliśmy
katoli-kami, niewie -
- rzącymi, i było nam z tym dobrze. Aż do poniedziałku kiedy umarł.
Od tej chwili chodzę skąpo ubrana, jak nie przymierzając żona wodza.
I nie mam naj-mniejszego zamiaru nałożyć coś na siebie. Pogrzeb
nie musi się odbyć, Janek nie żyje i tylko to się liczy.
W końcu poradzono się księdza i ten nie miał nic przeciwko obecności
rozne-gliżowanej wdowy na ceremonii pochówku.
Szybko odbębnił co do niego należało i zamknął się w kancelarii.
Po dobrej chwili usłyszał pukanie w szybę. Z niechęcią wstał i
otworzył drzwi, pancerne jak czołg starej daty.
Roznegliżowana wdowa przyszła zapytać się, czy popełniła grzech.
- Z tego, co opowiadali mi ministranci grzech popełniłaś dwadzieścia
siedem lat temu, ponieważ jako prawowita małżonka zamykałaś fantazje
erotyczne męża w ciężkiej szafie wyobraźni. A, że dzisiaj pojawiłaś
się prawie nago ? No cóż, najważniejsze jest obustronne zapalenia
płuc.
Pokropił ją wodą święconą, podsunął pod nos dłoń do ucałowania
i skrupulatnie w czarnym notesiku zapisał jej adres.
Wieczorem obiecał wpaść i sprawdzić, jak się czuje. Od tego czasu
wdowa chodzi po mieszkaniu wyłącznie nago, ksiądz rozkwita, a zawiść
typowo ludzko rozprzestrzenia się z szybkością szybszą niż samolot
ponad dźwiękowy.
XVI.
Ulica - prawie każda - kończy się przepierzeniem
poza którym, po odsłonięciu kotary, rozciąga się prześliczny widok
na rzeczywistość, która nie istnieje.
Na szczęście nie za dużo głupków wie, iż w ten sposób można oszukać
przyro-dę, naturę, a przede wszystkim siebie.
Już trzeci dzień siedzieliśmy w obskurnym, pełnym nieoszlifowanych
dia-mentów barze, zastanawiając się, czy odsłonić tę kotarę, czy
jeszcze jest na to czas.
Mężczyźni stepujący obok nas upijali się do nieprzytomności, padali
na spe-cjalnie w tym celu przygotowane nosze, duchy podobne do
trupów wynosiły ich na składowisko śmieci, a Adam zamawiał kolejną
teqillę.
- W ten sposób nie dojdziemy do niczego, czas pędzi jak szalony,
kotara za któ-rą mamy zaglądnąć z każdym dniem staje się coraz
bardziej postrzępiona, za-pominamy, co mamy napisać, więc w końcu
zdecydujmy się - poeta S. po raz pierwszy w życiu stał się nad
wyraz konkretny.
- Spokojnie - powstrzymał go radca Sen - umrzeć zawsze jest czas,
chociaż po-ra nigdy odpowiednia. Posiedźmy jeszcze chwileczkę,
napijmy się, poplotkuj-my. Rozmowy samotnych mężczyzn są przecież
solą tej ziemi.
W milczeniu przyznaliśmy mu rację. Po diabła wiedzieć, co dzieje
się w rze-czywistości, która na dodatek nie istnieje.
Podeszła do nas jakaś wdowa proponując za szalenie symboliczną
cenę swoje dwie córki, podobno dziewice.
- Szlak by to wszystko trafił - zdenerwował się domniemany właściciel
koloro-wej tancbudy - podatki zżerają mnie jak rak, żona kocha
się w każdym, który mnie nie lubi, a teraz na dodatek nie wolno
zaglądnąć mi co dzieje się jakby po-za nami, czasem, przestrzenią
ograniczoną narodzinami, partyzantką, śmiercią. Mam tego wszystkiego
dość - rzucił na ladę mocno sfatygowany sygnet i znik-nął.
Zapanowało chwilowe przygnębienie, ale natychmiast spłukaliśmy
go źle de-stylowanym alkoholem.
- Podobna sytuacja miała miejsce w jednym z wierszy napisanym w
okresie Młodej Polski, tylko zapomniałem przez kogo - profesor
słuchający wyłącznie muzyki poważnej po chwili dłuższego namysłu
postanowił dać upust swojej fru-stracji.
- Nie wyjeżdżaj nam tutaj z poezją, tak zwany czynnik biologiczny
unicestwia ją o wiele szybciej niż czytelnicy czy krytyka.
Nie wiem ( wiemy ) kto to powiedział, ponieważ do knajpy wpadło
małe, brudne jak smoła dziecko krzycząc, iż przepierzenie poza
którym nieistniejąca rzeczywistość straszyła swoją doskonałością
przestała istnieć.
- Jak to możliwe ? - zastanowił się jedyny trzeźwy w tym towarzystwie
- by przestało istnieć coś, co z założenia nie istnieje.
- To proste i płaskie jak biust mojej siostry - brudne jak smoła
dziecko posta-nowiło bronić zasadniczych pryncypiów na których
zasadza się porządek tego świata - rzeczywistość która nie istnieje,
do tego znajdująca się za kotarą ? Czy panowie przypadkiem nie
powariowali ?
W skrytości ducha przyznaliśmy mu rację, chociaż każdy z nas pewnie
wierzył w to coś innego, tak potrzebnego by nie dać się zwariować.
- Jeżeli jesteś taki mądry pokaż nam absolut - zaproponował jakiś
debil dołą-czony do naszej ekspedycji wyraźnym rozkazem sponsora.
- Dwa dolary - zaproponował kocmouch.
Nie protestowaliśmy, ponieważ cena nie była wygórowana a cel szczytny.
Za-płaciliśmy i ten zaprowadził nas na zaplecze knajpy, gdzie na
nadmuchiwanym materacu leżało nagie dziewcze podobne do kobiet
ze zdjęć odpuszczających po wyzwoleniu obóz w Buchelnwaldzie.
- I to ma być absolut ? - archeolog, który nie wiadomo po co znalazł
się razem z nami zaczął się śmiać jak szalony.
- Piękna należy doszukiwać się nawet tam, gdzie go nie ma. Chłopczyk
zniknął, dziewczyna przewróciła się we śnie na drugi bok.
- Wszędzie oszukują nas jak koalicję antyiracką - pewnie znowu
pozostaje nam tylko bar. I tak się stało. Wróciliśmy na swoje stołki,
świat, nawet ten nierze-czywisty istniał dalej w najlepsze, tylko
my, banda niedowiarków musiała na chwilę spuścić z tonu.
Nie to jednak było najsmutniejsze, wydaliśmy przecież pieniądze
przeznaczone na poważne, naukowe badania, a wyszła jak zwykle kicha.
Zapytałem o to naszego przewodnika. Roześmiał się jak beduin któremu
wła-śnie padł ostatni wielbłąd.
- Życie nie jest niestety snem i poszukiwaniem nieistniejącej rzeczywistości
mogą zajmować się wyłącznie ludzie syci. Człowiekowi głodnemu nigdy
po-dobne głupstwo nie przyjdzie do głowy, nie pozwoli mu na to
pusty żołądek.
Miał rację jak każdy, racjonalnie myślący idiota. My, ludzie zbudowani
z sa-mych szczytnych ideałów nie za bardzo rozumieliśmy jego sposób
myślenia. Chcieliśmy zobaczyć absolut a nie śpiącą, wychudzoną
i zabiedzoną dziew-czynkę, którą na dodatek dmuchał właściciel
tej obrzydliwej tancbudy, a w tak zwanym międzyczasie gryzły wszy.
To wszystko, prawie, pozostał nierozwiązany problem rzeczywistości
która nie istnieje, ale to już temat na inną bajkę.
XVII. Pogrzeb ósmy - byle jaki.
Nie umiał żyć. Jak prawie każdy. Jeszcze gorzej
było ze śmiercią, ponieważ chciał umrzeć, tylko nie wiedział jak.
Ksiądz poradził mu by cierpliwie czekał aż opatrzność...i tak dalej.
Żona kazała mu się powiesić, córka napisać testament i jedyną,
cenną rzecz którą posiadał, czyli pióro atramentowe marki Pelikan
zapisać akurat jej.
W pracy nie poruszał tego tematu, ponieważ wszyscy byli pod wrażeniem
restrukturyzacji wdrażanej ( co za okropne słowo ) przez nowego
właściciela. Podobno przestawiano się z produkcji zakrętek do wody
mineralnej na gwinty do butelek z piwem.
Związki zawodowe zajęte były dzieleniem się na kolejne hybrydy,
biuro poselskie pana Z. nie przyjmowało w ogóle, ponieważ pan poseł
siedział w kryminale, w knajpie radzono mu napić się i nie pieprzyć
farmazonów.
Jego śmierć, zwyczajna, z nudów czy też rozpaczy, zaskoczyła wszystkich.
Każdy z wyżej wymienionych poczuł się w jakiś sposób za nią odpowiedzialny,
chociaż poza panem B. oraz układem krążenia nic nie miało wpływu
na jego odejście pod obszczanym przez psy murkiem w pobliżu blokowiska
w którym egzystował.
Lodówka, półprzytomna od starości, żyrandol dyndający jak jakiś
Ukrainiec powieszony przez naszych dzielnych bojowników o wolność,
kredens z potłuczonym szkłem, pralka bardziej nadająca się na sokowirówkę,
oraz zdjęcie jeszcze wtedy uśmiechniętego Lecha dopełniały goryczy
całości.
Żona egzystowała piętro wyżej u potentata ziemniaczanego posiadającego
stoisko z tym właśnie produktem na pobliskim targowisku. Do domu
zaglądała w dniu wypłaty i w wigilię by zamordować karpia. Uwielbiała
niewinną rybę walić w łeb.
Poza tym wszystko w życiu pana S. toczyło się normalnie. Czasami
sypiał, uprawiał samogwałt ale niechętnie, jakby się wstydził,
może religia także odgrywała w tym przypadku nie pośrednią rolę,
otwierał okno, patrzył na rumowisko, które pozostało z kiedyś pięknego
kraju i miał wszystkiego dość.
Aż do dnia pogrzebu. Wtedy leżąc już w trumnie zdziwił się jak
wielu ludzi przyszło go żegnać, nawet żona gacha zostawiła na straganie,
uczesała się w kok i pochlipywała jak kierowca tira któremu przydrożna
piękność nie potrafiła dociągnąć do końca tak wyczekiwanej przyjemności.
Usiłował wstać z trumny i powiedzieć wszystkim co o nich myśli,
ale wieko było solidnie przybite, nie tylko do podłoża, ale także
kilka gwoździ trafiło i w niego.
- Umarłem jak żyłem pomyślał, zanim nie przysypała go święta
ziemia. Teraz przynajmniej ma spokój, w przeciwieństwie do tych,
co pozostali na zewnątrz.
XVIII.
Śnieg padał już trzeci dzień. Wszystkie płatki
róż, oraz małe dziewczynki przysypane zostały aż po czubki nosa.
Nie za bardzo mnie to wzruszało. Nie piłem, więc miałem swoje problemy.
Na przykład ten z nie dającą zawiązać się sznurówką. Ile razy dorosły
człowiek może schylać się i próbować związać ze sobą kilka sznurków
?
Trzy razy, cztery, ale nie trzydzieści lat. Prześladowało mnie
to, moje kobiety, psy oraz przypadkowo poznanych przyjaciół.
Prawie za każdym razem, ilekroć dyskusja schodziła na pozycje filozoficzne
schylałem się by zawiązać te przeklęte pokrętła, a wtedy moim rozmówcy
przenosili się do innego stolika, mając pewność, że jestem świrem.
Trwało to latami, nawet raz spróbowałem chodzić w niezasznurowanych
butach, ale w banku popatrzyli na moje stopy i nie udzielili mi
kredytu.
Człowiek z nie zawiązanymi sznurówkami nie wzbudza zaufania. I
słusznie, ponieważ raz jedyny w życiu spotkałem faceta z podobnym
co i ja problemem sznurówek i z miejsca wykopałem go ze stołka
barowego, który dzielił obok mnie.
Zawiąż sobie buty gamoniu to się napijemy powiedziałem wyższym
od irytacji niż zwykle głosem.
- Kiedy nie potrafię, wymykają się mojej naturze, jeżeli mogę tak
powiedzieć.
Zapłaciłem za jego drinka i wyszedłem do innego baru, przecież
nie będę pił z nienormalnymi Zaraz dosiadła się do mnie jakaś zdzira,
biust miała na wysokości kolan, podbródek także.
- Postaw mi kolejkę odezwała się smutnym głosem, pełnym żalu
za utraconym życiem, nie przeczytaną prozą Bukowskiego, Europą,
której nigdy nie widziała na oczy.
Popatrzyłem na nią jak na przedmiot, którym zapewne była.
- Nie piję z nieznajomymi a uprzedzając jej stwierdzenie szybko
dodałem czyli z nikim. Świat jest dla mnie obcy jak nie przymierzając
dziecko dla rodziców.
- Czyli jesteś samotny, najobrzydliwszy z możliwych facetów, ponieważ
nie masz komu kłamać.
W duchu przyznałem jej rację. Z jednej strony samotność jest wybawieniem,
z drugiej katorgą. Nie byłem pewien do której kategorii należę.
Skinąłem na barmana i głową wskazałem kobietę.
- Nie radzę to wszystko co powiedział.
- Chyba będziemy musieli przenieść się do parku. Czuję, iż w okolicznych
barach także masz przechlapane.
Zbytnio nie protestowała, więc odwiedziliśmy najbliższy sklep podobny
do remizy strażackiej, pełen zepsutych zabawek, cuchnących puszek,
samotnie wałęsających się śledzi.
W parku było nawet przyjemnie. Powoli zapadał zmierzch i właścicielki
wózków próbowały bez uszczerbku dla zdrowia dowieść wrzeszczące
z głodu dzieci do domu.
- Posiadasz potomstwo ? zapytałem z głupia jak urzędnik wydziału
emigracyjnego.
- Nie miał mi kto ich zrobić, wszyscy mi faceci zawsze gdzieś się
spieszyli.
Odkręciłem zakrętkę i napiłem się. Przypomniał mi się przyjaciel,
który umarł akurat w takiej sytuacji, odkręcał zakrętkę, napieprzyło
mu serce i rozstał się z tym najsmutniejszym ze światów z butelką
w jednej ręce, a zakrętką w drugiej. Piękna śmierć, chociaż podobno
kilka kropel alkoholu kiedy padał wylało mu się na marynarkę
i lekko śmierdział.
- Może trafiałaś na niewłaściwych mężczyzn ? powiedziałem jak
bohater złych książek podając jej butelkę.
- Nie istnieją mężczyźni właściwi. Są albo spoceni, albo żonaci.
Ponad to geje, tym co nie staje, lub matematycy. Innych jeszcze
nie wyprodukowano.
Zdumiała mnie, ponieważ nie należałem do żadnej z tych kategorii.
- Są jeszcze tacy jak ja, czyli ...
- Daj spokój, medycyna zna takie przypadki, ale jeszcze nie wynaleziono
na nie szczepionki.
Podałem jej butelkę, pociągnęła z niej spory łyk, oddała mi, wstała
z ławki i majestatycznym krokiem, jak dama w dniu zamążpójścia
jej córki paraduje główną ulicą z dumnie podniesioną głową, odeszła
w niebyt.
W pierwszym odruchu chciałem pójść za nią, ale w jednej sekundzie
zdałem sobie sprawę, iż nie ma to najmniejszego sensu. Bywałem
w podobnych sytuacjach setki razy i zawsze kończyło się tak samo.
Kacem, fizycznym i moralnym.
Siedziałem więc na ławce, popijałem, paliłem, było mi dobrze. A,
że prawie nikt nie wiedział o moim istnieniu ? Tym lepiej dla ludzkości.
Po co światu jeszcze jeden nieudany pisarz, malarz, geograf czy
homoseksualista ?
Nikomu nie miałem nic do zaoferowania i to była moja przewaga nad
całą resztą hołoty.
XIX. Pogrzeb dziewiąty - dystyngowany.
Wszystko
wyglądało jak w złym filmie. Karawan, wdowiec, jego rodzina,
zwiędłe kwiaty, grób wykopany jakby tylko do połowy. I konik polny
skaczący z jednego kwiatka na drugi. Naturalnie nikt go nie zauważył,
ale skubaniec był, ćwierkał, sprawiał wrażenie obytego z wielkim
światem.
Pierwszy zdenerwował się wdowiec i walnął właściciela zakładu
pogrzebowego, mającego czuwać nad całą ceremonią, pięścią między
oczy.
Ten zamroczony nieświadomie nacisnął dźwignię i trumna zsunęła
się z lawety w połowie drogi od grobu.
Natychmiast rzuciły się na nią hieny cmentarne i obdarły z kwiatów,
wstążek, niby to złotych uchwytów. Można powiedzieć, iż ogołociły
trumnę zanim ta jakimś cudem znalazła się w pobliżu wykopanej
jamy.
Wszyscy potracili głowę, ksiądz skulił się w sobie pewniej jak
pierwsi chrześcijanie, rodzina zmarłej odkorkowała butelkę wina
i puściła ją w obieg, grabarze położyli się za najbliższym monumentem,
a mistrz ceremonii telefonował do biura pytając, co ma robić.
Na szczęście nagle spadł rzęsisty deszcz i wszyscy schowali się
w zaparkowanych w pobliżu samochodach.
Kiedy gdzieś po dwudziestu minutach nawałnica ustała, pogrzeb
jakby wrócił w swój rytm i rytuał. Nawet wdowiec przeprosił właściciela
zakładu pogrzebowego zapraszając go na wieczór do kasyna.
Sama ceremonia nie miała nic ze wzniosłości, ot zwykła kobieta
w alabastrowej trumnie wpuszczona do jamy. Kilka zdań przemówienia,
jakaś modlitwa, psalmy z taśmy.
Jeżeli kobieta ta żyła nie najbardziej szczęśliwie pochowano
ją jeszcze gorzej. Ale to przecież drobiazg wobec komórki rakowej,
meczu o mistrzostwo świata w koszykówce, czy chociażby zwykłego
mordobicia w knajpie.
Kiedy było już po wszystkim w sekundzie zasunięto płytę oddzielającą
świat żywych od umarłych, młodzież trochę poskakała po marmurze
z wypisaną datą narodzi i śmierci zanim rodzice nie przywołali
ich do porządku, szybko zmyto się z nieprzyjemnego miejsca i
pojechano do pobliskiej restauracji, gdzie miała się odbyć stypa.
Ale i tam właścicielowi pogrzeb pomylił się ze ślubem, tak więc
dość szybko musiano ze środka stołu wynieść weselny tort.
Poza tym jedzenie było w porządku, ponieważ co to dla kucharza
za różnica : ślub czy pogrzeb. Jedzenie jest jedno : smaczne
albo nie.
Kiedy wczesnym popołudniem wdowiec znalazł się w domu uboższy
o kilka tysięcy dolarów, ponieważ ze skąpstwa nie ubezpieczył
żony, a po drugie był pewien, iż ta przeżyje go o kilka lat,
nalał sobie pełną szklankę whisky, upił łyk i zatelefonował do
kochanki, by ta natychmiast przyszła.
- Zadaję się wyłącznie z żonatymi brzmiała odpowiedź wdowcy
lub kawalerowie to same kłopoty, nie odpowiadają im preferowane
przeze mnie techniki seksualne, ciągle pragną czegoś nowego,
po drugi są skąpi w tym momencie rzuciła słuchawką, a kiedy
z wysiłkiem i obrzydzeniem wykręcił jej numer ponownie nie podniosła
słuchawki.
- Jest gorsza niż żona powiedział nieświadomie sam do siebie
ta przynajmniej nie udawała wielkiej damy, kiedy tylko chciałem
ściągała majtki, właziła do łóżka i odwracała się twarzą do ściany,
całe trzydzieści osiem lat. Ciekawe, co w tej ścianie widziała
?
Podszedł do pomalowanej na różowo ściany, chwilę na nią popatrzył
i rozpłakał się. Został sam, najgorszy z możliwych scenariuszy
właśnie skierowano do produkcji.
XX.
Ponieważ
nie wiedział ( nie wiem ) jak ma żyć nie zastanawiał się nad
tym. Trzepał dywany, dzieci odprowadzał do przedszkola, z żoną
prowadził pseudonaukowe dyskusje o czarnych dziurach w kosmosie.
Ta uważała go za wybitnie wykształconego człowieka, co nie
przeszkadzało jej raz na tydzień odwiedzać zaplecze piekarni
i tam podciągać sukienkę, odwracać się, opierać o ścianę i
kto akurat z czeladników był mniej zajęty doskakiwał do niej,
jak pluskwa do wieczności.
Majtki zawczasu zdejmowała na schodach, co raz podglądnęły dzieci
i opowiedziały o tym ojcu. Ten dał żonie w pysk i powiedział
:
- Myślałem, iż czarne dziury istnieją gdzieś tam hen, daleko
a tutaj moja własna żona udaje
jedną z nich.
Od tego dnia przeprowadził się do pokoju gościnnego, wszystkie
książki ( czyli jedenaście ) wyrzucił za okno, przestał chodzić
do pracy, całymi dniami wpatrywał się w sufit.
Gdzieś po miesiącu nagle wstał, zapalił papierosa co nie zdarzyło
mu się od lat młodzieńczych, przeszedł do kuchni i zdumionej
żonie oznajmił, że ją kocha.
- A to, co wyrabiałam ? Nie masz o to pretensji ?
- Mam, i dlatego emigruję do Czechosłowacji. Tam podobno kobiety
bywają wierne.
Ale nic z jego pomysłu nie wyszło. Rada Zakładowa wystawiła mu
negatywną opinię, w Komitecie Partii w ogóle nie chcieli z nim
rozmawiać, a tak zwana poczta pantoflowa dorobiła mu twarz człowieka
nie odpowiedzialnego.
- Można emigrować do Ameryki, Kanady, zachodniej Europy. Ale
do Czechosłowacji ?
Zrezygnowany zaczął topić swoje smutki w alkoholu. Tylko pogorszyło
to jego sytuację, ponieważ dzieci miały go za coraz większego
durnia, wstydziły się go i nie chciały chodzić do szkoły.
Pewnego popołudnia, kiedy ślęczał nad atlasem wynajdując nowe
kraje do których mógłby emigrować nagle w pokoju pojawiła się
jego własna żona, zdjęła majtki, odwróciła się i łokciami oparła
o ścianę.
Zdumiało go to trochę, ale nadal z zainteresowaniem patrzył w
atlas.
- Birma, Niger, Tanzanja.
- Zdejmij spodnie idioto, zrób co do ciebie należy i przestań
myśleć o wyjeździe. Piekarze już mi się przejedli.
Zrobił, o co go prosiła, zdjął spodnie, wysupłał z nich pasek
i skroił żonie tyłek na kwaśne jabłko.
Teraz rozumiem, że mam w domu chłopa krzyknęła i poleciała
leczyć rany w kawśnym mleku.
Zrezygnowany położył się na wersalce, ale dopadła go informacja,
iż z powodu niedyspozycji żony musi udać się do szkoły na wywiadówkę
najstarszego z dzieci.
Sala przystrojona była w fatalnie namalowane portrety Gotwalda
i Husaka. Zdumiał się, ponieważ był w Polsce i mieliśmy wtedy
zupełnie innych świętych.
Po półtoragodzinnej nudzie, przerywanej jedynie od czasu do czasu
nie wiadomo dlaczego oklaskami, kiedy większość rodziców zbierała
się do wyjścia pani wychowawczyni władczym głosem przywołała
go do tablicy i kazała wyleniałą kredą narysować kontury kraju,
do którego chciał emigrować.
- I w czymś takim chcieliście żyć ? zapytała kiedy odłożył
kredę.
- Żyć można wszędzie, byle spokojnie i szczęśliwie, dostawać
deputaty węgłowe, czytać porządne książki a nie żadne tam Marqezy
czy Cortazary, a co najważniejsze móc ufać żonie i nie oglądać
się bez przerwy, czy cię nie śledzą.
- Wpadacie panie Zielonka w paranoję powiedziała pani profesor
plując lekko na okulary i wycierając je w sweter. Przy okazji
odsłoniło się jej kawałek biustu.
- Pewnie tak, ale nadal sumiennie wykonuję swój zawód motorniczego,
kręcę korbą, zatrzymuje się na przystankach, na pętlach zmieniam
tabliczkę dokąd jedziemy. Czy jak na czasy, kiedy człowiek lata
w kosmos to mało ?
Nie odpowiedziała mu, zamknęła dziennik poplamiony smalcem, z
tablicy zmazała kontury kraju zwanego Czechosłowacja i kazała
zaprosić się do modnej, jedynej zresztą kawiarni w dziurze w
której egzystowali.
Zajęli stolik pod oknem. Rozciągał się z niego prześliczny widok
na rozbudowującą się hutę, oraz wzgórza do dzisiaj zajęte jeszcze
przez partyzantów.
- Po co panie Zenonie to wszystko ? nagle przeszła na ty
egzekutywa szkolne nie wie jak zachować się w stosunku do pana
dzieci. Aż troje i każde w innym wieku...
- Tak wyszło, a co do wyjazdu to jest jakiś wewnętrzny przymus.
Żona zdradza mnie z piekarzami, do tego z którym popadnie, poza
tym stosuje zabronioną przez kościół technikę seksualną polegającą
na...
- Nie możecie zademonstrować mi w domu, na czym ona polega ?
- Mieszka pani w piekarni ?
Popatrzyła na niego jak na idiotę, którym pewnie był.
- A od czego wyobraźnia. To przecież ona podsuwa nam przed oczy
obrazy dawno zburzonych miast, przywołuje rytualne śpiewy Inków,
a w najgorszym razie zaspokaja nasze wybujałe marzenia erotyczne.
Wrócił do domu nad ranem, okropnie zmęczony. Żona siedziała na
schodach, paliła papierosa za papierosem, jakiś kieliszek walał
się u jej stóp.
- Strasznie przeciągnęła się ta wywiadówka.
- Miałem po niej zajęcia praktyczne, z obrony cywilnej, czyli
atakował nas...
Kobieta weszła do mieszkania i w ubraniu położyła się do łóżka.
Mężczyzna zanim uczynił to sama z atlasu geograficznego wyrwał
mapę Czechosłowacji i pluskiewką przybił do ściany w kuchni.
Niech przynajmniej ludzkość wie, co traci.
XXI.Pogrzeb
dziesiąty - jakby go nie było.
Nie umiał ( nie umiałem
) kłamać więc taksówkarzowi prosto z mostu powiedział, dokąd
chce jechać.
- Ależ to po drugiej stronie ulicy ! wściekł się cierpiarz,
jak w jego miejscowości nazywano taksiarzy od min, które stroili
czekając na rzadkich klientów.
- Wiem, ale przecież na pogrzeb nie wypada chodzić na piechotę.
Facet złamał licznik, a po chwili zatrzymał się przed kutą, bezbarwną
bramą, która w latach świetności przypominała pewnie wybitne,
nierozpoznawalne dzieło sztuki.
- Leżeć na takim zadupiu, też mi przyjemność zapłacił, skrupulatnie
odebrał od wkurwionego taksiarza resztę i przekroczył bramę oddzielającą
życie od śmierci.
Dniało i szarość poranka mieszała się z niedoskonałością dnia
w sposób szczególnie bolesny.
Przeszedł kilka kroków gdy dobiegł go szept :
- Pan do kogo ?
Z niechęcią odwrócił się. Pokurcz o twarzy szczęśliwego intelektualisty
w jednej ręce trzymał miotłę, w drugiej kropidło.
- Przyjechałem na pogrzeb przyjaciela, mają pochować go o dziewiątej.
Nazywał się...
- Nazwisko nie ma już większego znaczenia, ponieważ dzisiaj wszystkie
pogrzeby są odwołane, podobno w Warszawie umarł ktoś bardzo ważny
i...
- Co pan pieprzy ? Jak to możliwe...
- Wszystko jest możliwe, nawet w Warszawie ludzie umierają, i
to częściej niż gdzie indziej, ponieważ to podobno wielkie miasto.
- Ale żeby odwoływać pogrzeby ? Nie potrafię tego zrozumieć.
- Miały być tylko trzy, więc przełożyło się je na jutro i po
krzyku.
- A co ja mam ze sobą począć ? Przyjechałem z innego miasta,
nie mam pieniędzy na hotel, ani na...
- U nas nie ma hotelu. Podobno zlikwidowano go za austriackich
czasów, ponieważ szerzyła się w nim amoralność i zaraza, mianowicie
panowie oficerowi grali w karty znaczonymi obrazkami, a raz jeden
nawet przeklął matkę boską za co cesarz zlikwidował hotel. A
władza ludowa tylko ten dekret potwierdziła.
Niezdecydowany stanął ( stanąłem ) w pobliżu kaplicy. Dzień był
już w pełni i promienie słońca oświetlały pobliskie groby, jakby
burdelmama świeczkę przyłożyła do biustu jednej ze swoich podopiecznych.
- Żył źle, umarł w strachu, a teraz nawet nie chcą go pochować
powiedział cicho, ale przykurcz usłyszał.
- Nie należy twierdzić, że żył źle ? To jeszcze mogę zrozumieć,
ale iż umarł w strachu ? Skąd szanowny pan może to wiedzieć ?
- Wszyscy się boimy...
- Proszę mówić za siebie, na ten przykład ja nie odczuwam przed
śmiercią żadnego lęku, umrę i skończy się pewien rozdział w moim
życiu, a zacznie następny.
- Co pan pieprzy ! Życie po życiu ? Przecież to już przerabialiśmy
dobrych kilkanaście lat temu kiedy...
- Cicho przykurcz przyłożył palec do ust proszę nie bluźnić,
jakby na to nie patrzeć znajdujemy się na terenie świętym.
- Nie dla każdego. Proszę mi lepiej poradzić, gdzie mogę w miarę
spokojnie doczekać jutrzejszego dnia ? Jakby nie było wypada
być na tym pogrzebie.
- Bóg pozwala swoim owieczką czekać wszędzie, ale człowiek....
Nie miał już cierpliwości słuchać dalej tych bredzeń, więc odwrócił
się na pięcie i....doznał olśnienia. Poczuł się, jakby to on
umarł, błąkał się pod Chadesie, nie mógł zapalić.
Nawet nie wie w jaki sposób i kiedy znalazł się w lokalu szóstej
kategorii, w której nie było nic poza zdjęciem z posranej przez
muchy ramce, śledziem pamiętającym wczesnego Bismarka, oraz przekwitłą
blondyną za zmurszałą ladą.
- Przyjechałem na pogrzeb odezwał się zupełnie bez sensu.
- Ja także odezwała się bufetowa i nakryła milczeniem.
Cisza trwała kilka chwil, przerwało ją pytanie kobiety :
- Może zjadłby pan żeberka ?
Zaskoczony nie wiedział co ma odpowiedzieć. W końcu wydukał:
- Chętnie
Wtedy kobieta podała mu przez ladę pęk kluczy, wskazała ten odpowiedni
i objaśniła jak obchodzić się z piecykiem, w których chowała
jedzenie.
- Wrócę koło piątej. O tej porze dziura ta traci na atrakcyjności
i wszyscy normalni obywatele zasiadają przed telewizorami.
- Czy ja także muszę patrzyć w to szklane pudło ?
Kobieta popatrzyła na niego jak na rarogra, przestawiała musztardówkę
na miejsce szklanki, która w marcu 1968 roku utraciła dno i od
tego czasu służyła jako talizman. Nie wiadomo tylko kogo lub
czego.
Jedyne co musisz, to umrzeć, powinieneś wiedzieć to najlepiej
ponieważ podobno przyjechałeś na pogrzeb. Nie wiem tylko kogo.
Wziął klucze od jej mieszkania ale nie odpowiedział na pytanie,
na czyj pogrzeb przyjechał. Klucze wyrzucił do pierwszego kosza
na śmieci, siłą wdarł się do kostnicy, chwilę pomodlił przy zwłokach,
które najbardziej pasowały mu do obrazu jaki podsuwała pamięć,
przeżegnał się, chociaż nie był przekonany, czy w kostnicy to
dozwolone, jakoś odnalazł przystanek autobusowy i po godzinnym
oczekiwaniu wsiadł do rozlatującego się pojazdu, który jakimś
cudem wywiózł go z przeżartego przez czas i nudę miasteczka.
Kiedy dwie godziny później wysiadał w podobnej, którą przed chwilą
opuścił, dziurze już nie pamiętał na czyj to pogrzeb pojechał.
Był u siebie, czyli nigdzie. I tak większości ludzkości jest
najlepiej.
XXII.
Podczas
snu nachodziły go ( mnie ) dziwne wspomnienia. Raz był
sobą, jeżeli można tak powiedzieć, do końca, innym tylko w części.
Strasznie go to denerwowało, więc kiedy się obudził pierwsze
co zrobił, to sprawdził w dokumentach jak się nazywa.
Nic przez noc się nie zmieniło, nazywał się w dalszym ciągu tak
samo, czyli byle jak. Strasznie z tego powodu cierpiał, pragnął
nazywać się jak człowiek, a nie jak...W szkole podśmiewano
się z jego nazwiska, na studiach trochę mniej, ale w trakcie niektórych
egzaminów, kiedy pan profesor otworzył jego indeks parskał
śmiechem jak dorożkarski koń.
Na szczęście to wszystko było jedynie snem. Rzeczywistość była
o wiele bardziej sprawdzalna, co w jego przypadku równało się
prawdzie, ponieważ chodził po mieszkaniach i odczytywał stan
liczników gazowych.
Kilka razy dziennie próbowano go przekupić proponując różne
drobiazgi by tylko wpisał do zeszytu niższe zużycie tak w gruncie
rzeczy potrzebnego surowca.
- Niestety szanowna pani zwykł mawiać w naszym zawodzie nieprzekupność
jest cnotą cenioną przez dyrekcję nawet bardziej, niż punktualne
przychodzenie do pracy.
Przeważnie kobiety słysząc takie dyrdymały wybuchały śmiechem,
zasłaniały się dziećmi, teściowymi, domowymi zwierzętami, lub
czym tylko się dało.
Okręg w którym grasował nie należał do najbogatszych, więc zrozumiałe
jest, iż ludzie nie chcieli płacić, a jak już, to jak najmniej.
Opracował nawet instrukcję ( po godzinach pracy ) jak ustrzegać
się nagabywań i wymigiwania się od płacenia, ale wstydził się
przedstawić ją kierownictwu.
Chodził więc, otwierał szafkę w której skrywał się licznik, odsuwał
liczne przedmioty, które ludzie wbrew zaleceniom trzymali w niedozwolonym
prawem miejscu, przyświecał sobie latarką i notował zużycie energii.
I tak niepostrzeżenie dla nikogo minęło dwadzieścia sześć lat.
Pewnego, deszczowego dnia jak zwykle przyszedł do pracy kwadrans
wcześniej, otworzył metalową szafkę w której trzymał służbowy
mundur a tam czekało na niego pisemne wezwanie do dyrekcji.
Z nerwów poleciał do toalety, ale ponieważ nigdy nie jadał przed
jedenastą pusty żołądek jedynie z niego zadrwił.
Przyjął go zastępca pana naczelnika, kurdupel w szklanej oprawie,
popatrzył na niego z pod ledwo zarysowanych oczu, jakby rysownik
był w trakcie stwarzania go bardzo pijany i nie trzymał się ściśle
wytyczonej linii, jak ma wyglądać człowiek, kazał mu usiąść na
twardym jak życie krześle, poczęstował papierosem.
- Panie Pieronek, czy jak się pan tam nazywa, przyszło na pana
pracę kilkadziesiąt skarg, podobno molestuje pan seksualnie kobiety,
nie reagując na ich wdzięki. Rozumiem tutaj delikatnie się
uśmiechnął że istnieje cieniutka, nieprzekraczalna granica
poza którą każdy, powtarzam, każdy inkasent nie może przejść,
ale na boga ! Dlaczego nie umili pan życia tym kobietom chociażby
dobrym słowem ?
- Ależ panie naczelniku, byłoby to działanie wbrew przepisom,
oraz...
- Co mi pan tu pieprzy ! Całe życie przebiega jakby wbrew przepisom
i poza śmiercią nic złego nikomu nic się nie stało, no, może
na wojnie, ale w elektrownii ? To już szczyty wszystkiego, by
otrzymywać listy z narzekaniami na inkasenta ! Proszę się poprawić,
emerytura blisko, a nam bardzo byłoby żal się z panem rozstać
wcześniej, niż wymagają tego przepisy.
Od tego dnia coś się w panu Pieronku załamało. Niby to odczytywał
dalej liczniki, ale nie tak dokładnie jak poprzednio, kiedy w
latarce skończyła się bateria w magazynie nie poprosił o nową
i spisywał stan zużycia prądu, można powiedzieć z pamięci, kobietom
zaczął prawić komplementy, jednej nawet pomógł zapiąć stanik
i w niecały rok później przeniesiono go do administracji na bardzo
odpowiedzialne stanowisko nadzorcy inkasentów.
Bronił się przed tym jak tylko mógł, ale wiadomo, iż mógł niewiele.
Przydzielono mu biurko, trzydziestu sześciu inkasentów, dwa ołówki,
kilka zeszytów, plan dzielnicy w której pracowali, i co najważniejsze,
pieczątkę z jego nazwiskiem którą firmował sprawozdania swoich
nowych podwładnych.
Nudził się na nowym stanowisku pracy jak cholera, żałował dni
w których tyle kobiet domagało się od niego różnych posług, a
on nic tylko licznik, aż w końcu zaczęły nachodzić go te przeklęte
sny.
Raz w nich był ( byłem ) sobą, czyli sumiennym inkasentem, innym
razem rozbuchanym ogierem drących na bogu ducha winnych kobietach,
które pod pozorem odczytu licznika z prądem wpuściły mnie do
domu.
Zgłosił się nawet do psychiatry, ale ten zaczął przez trzy pierwsze
miesiące kuracji wypytywać go o dzieciństwo, jak w stosunku do
niego zachowywała się matka, starsza siostra i sąsiadki, więc
zrezygnował z tych wizyt, a zaczął odwiedzać knajpę.
Z czasem bywało w niej coraz przyjemniej, zaczął tam spotykać
wyższych od niego rangą urzędników z biura, nawet o dziwo zaprzyjaźnił
się nimi i nie wiadomo jak awansował na zastępcę naczelnika.
Wtedy do jego obowiązków należało raz w tygodniu przyjmowanie
skarg i wniosków. Osobiście na trzecim piętrze potężnego budynku,
budzącego swoim dostojeństwem strach i niemoc u przychodzącego
się skarżyć.
Przeważnie były to duperele o niewłaściwe naliczenia zużytego
prądu, o czapkę którą podobno jakiś inkasent podmienił, o nie
wycieranie butów na wycieraczce.
Jednak jakiegoś czwartku kiedy to przyjmował strony pojawiła
się piękna, dojrzała kobieta z biustem jak dynie, i nie mając
w sobie odrobiny wstydu zażądała wprost inkasenta, który oprócz
odczytywania licznika zaspokoi także jej potrzeby erotyczne.
- Mąż przebywa na wiecznej delegacji w stolicy. Piastuje tam
wysokie stanowisko w administracji państwowej, a ja nie chcę
tak bezczelnie zdradzać go z byle kim. Kobieta o mojej klasie,
tutaj wypięła biust i z moją pozycją jeżeli mogę tak powiedzieć,
po mężowską - nie mogę włóczyć się po knajpach czy tańcbudach.
Jedynym wybawieniem może być inkasent, ale ten, którego do mnie
przysyłacie to jakaś łajza. Raz, niby przypadkiem, pokazałam
mu biust to z wrażenia rozbił służbową latarkę.
Skrupulatnie zapisał jej adres, rano wezwał odpowiedniego inkasenta
i zmienił mu rejon, znaczy zabronił odwiedzania mieszkania tej
kobiety.
- Z jakiej przyczyny ? bezczelnie zapytał młokos.
- Rozbiliście u niej służbową latarkę i nie posprzątali po sobie.
Od tego dnia nie ma kłopotów ze snem, ani z tożsamością, Oraz
podczas snu nie nachodzą go żadne wspomnienia. Tych ma na jawie
aż za dużo.
XXIII.
Pogrzeb ( sen ) jedenasty - martwa dusza.
Strasznie
ciężko jest żyć w wyimaginowanym świecie baśni i fantazji,
na dodatek w których nie istnieją pogrzeby.
Miliony ludzi na świecie męczyło się, lub męczy nadal,
jak sobie z tym problemem poradzić, a tutaj w naszej ukochanej
mieścinie, człowiek zwany Markiem S. przyszedł na sesję Rady
Miejskiej by ta uchwaliła, iż wszystkie pogrzeby odbywające
się w naszej miejscowości są nielegalne.
Na dodatek zażądał, uchwalaną ustawę natychmiast przesłać do
Rady Państwa, by z kolei ten urząd pchnął ją do Sejmu, a Rada
Mądrych raz na zawsze uchwalił, iż pogrzeby nie istnieją.
- Ależ panie Marku - zdumiała się zatroskana sekretarka przewodniczącego
Rady Miejskiej - po co to panu ?
- Jak to po co ? - pan Marek lekko się zdziwił - przecież jedną
uchwałą można rozwiązać problem dręczący ludzkość od początku
jego istnienia, czyli od zawsze. Czy nie wydaje się pani, iż
pogrzeby są jakby przeciwko ludzkiej naturze ?
Zdumiona kobieta nie miała ochoty na dalszą z nim dyskusję i
wezwała przewodniczącego straży miejskiej.
Ten nie namyślając się zakuł zdumionego Marka S. w kajdanki i
odstawił na pobliski komisariat z pisemnym uzasadnieniem, którego
myślą przewodnią było zakłócanie porządku obrad Rady Miejskiej.
- Przecież ja nawet nie wszedłem na salę obrad - bronił się,
i słusznie - Marek S. Dotarłem jedynie do sekretariatu i zapytałem
pocącą się tam pannę, czy jej zdaniem pogrzeby są wbrew ludzkiej
naturze, czy też nie.
Posiedział kilka godzin w pojedyńczej celi dopóki komendant posterunku
nie dowiedział się, iż w kierunku ich miasteczka jedzie ekipa
telewizyjna.
- Zawieźcie drania daleko w las i przywiążcie do drzewa. Dość
mam problemów z przydro -
- żnymi panienkami, czy facetem, który wygrał milion w Toto -
lotka i nie chce się przyznać.
Pohustać go także trochę ? - zapytał jeden z gorliwców.
- Dlaczego nie, niech wie czym smakuje władza
Tak też uczyniono, ale po trzech godzinach Marek S. odwiązał
się od źle założonego sznura, przywędrował do miasta i zdumiał
się, ponieważ ekipa telewizyjna nie przyjechała z jego powodu,
tylko panny Feli wykazującej zaskakującą właściwość tłumaczenia
snów, co w stolicy uznano za zjawisko paranormalne.
- A ja ? - zdziwił się Marek S. - przecież pogrzeb jest wbrew
ludzkiej naturze, więc to mnie powinno się sfilmować.
Ale nikt go się słuchał. W naszej, wydumanej kulturze, śmierć
jest zjawiskiem niby naturalnym i normalnym, więc nie pozostawało
Markowi S. nic jak tylko umrzeć.
Dobrze powiedzieć, lecz trochę gorzej wykonać. Zdesperowany zapytał
kilka osób jak się umiera, ale te znacząco popukały się w czoło.
- Ksiądz powinien wiedzieć - przyszło mu nagle do głowy. Kupił
pół litra, kropidło, parę czarnych sznurówek i udał się na plebanię.
- Z czyn przychodzicie synu ? - trochę z głupia zapytał ksiądz
widząc desperata ze zroszoną butelką, rozcapirzonym kropidłem
i parą nie zawiązanych sznurówek.
- Przyszedłem dowiedzieć się prawdy...
- Na to nigdy nie jest za późno.
... o pogrzebach, przecież, na zdrowy rozum są one przeciwne
ludzkiej naturze.
Ksiądz poprosił go na zaplecze, usadził w skórzanym fotelu na
którym z tydzień wcześniej siedział sam pan biskup i zapytał,
co go tak gnębi.
- Śmierć, proszę szanownego księdza, a wyrażając się ściślej,
pogrzeb.
- Nie rozumiem ? - ksiądz był trochę zdumiony, ponieważ uważał
Marka S. za statecznego
parafianina, może rzadziej uczęszczającego do kościoła, ale za
naszą duszę.
- Wszystko to takie proste - Marek S. postawił pół litra na stoliku,
obok położył kropidło i parę sznurówek - człowiek rodzi się,
rozrasta, nabiera jakiś poglądów, żeni się, czasami rozwodzi,
to wszystko jeszcze rozumiem, ale dlaczego umiera ?
Ksiądz nie pytając o zdanie wstał i z poza kilku grubych książek
wydobył dwa kieliszki, nalał i nie patrząc na Marka S. wypił.
Dopiero później zapytał :
- Czy przypadkiem nie popierdoliło się wam we łbie ?
- Całkiem możliwe - odparł niewzruszony Marek S. ale pytanie
to jest fundamentalne, nie tylko da mnie, dla całej ludzkości,
dlatego pozwoliłem sobie przynieść kropidło jako symbol życia
i parę sznurówek mające symbolizować śmierć.
- Dlaczego akurat one ?
- Ponieważ nie ma na świecie nic brzydszego jak para nie zawiązanych,
czarnych sznurówek, mnie kojarzą się z czymś najgorszym.
Ksiądz znowu się napił, kropidłem cisnął w kąt a sznurówki powiązał
ze sobą w coś na kształt różańca.
- Powinniście się na nich powiesić - powiedział nagle, pewnie
w przypływie desperacji i złego humoru, który jednak nigdy nie
powinien opuszczać księdza.
- Może ma pan ksiądz i rację, ale moja śmierć nie rozwiąże problemu
pogrzebów, i...
Tego było już dla księdza za dużo, Wziął pana Marka S. za rękę
i wyprowadził poza teren kościoła zabraniając mu pokazywać się
więcej w takim stanie.
- A co z pogrzebami ? - krzyknął jeszcze Marek S. ale księdza
już nie było. Przed głównym ołtarzem padł na kolana i gorąco
przepraszał najwyższego za swoje zachowanie.
A tymczasem Marek S. wrócił do mieszkania które odziedziczył
po matce, otworzył lodówkę i schował w niej parę sznurówek, teraz
już przypominającą różaniec.
Przespał się kilka godzi, później zjadł obfity posiłek a następnie
powiesił na sznurze od lat nieużywanego żelazka w lewej dłoni
trzymając parę sznurówek przerobioną na coś tam.
Teraz, przynajmniej dla niego problem pogrzebu przestał istnieć.
XXIV.
Padało, całymi godzinami, nocami, dniami. Nic
nie potrafiło ludziom tak zepsuć humoru, jak deszcz.
Wdzierał się wszędzie. Do mieszkań, za kołnierze, właził między
skarpetki a buty. I nagle przestał padać.
Społeczeństwo zgłupiało do tego stopnia, że nie wiedziało jak ma
się zachować. A postępować powinno było normalnie, czyli jak gdyby
nic się nie stało, ale akurat w naszym społeczeństwie domagać się
logiki, to jak złapać żywego pana boga za nogi.
Próbowano przemówić do ludzi przez środki masowego przekazu, bez
widocznego skutku, wybrani przedstawiciele władzy chodzili od domu
do dom i tłumaczyli, że przecież deszcz to nic takiego wielkiego,
trochę sobie popadł i to wszystko.
Ale niestety ludzie odwykli już od wierzenia władzy, posłuchali
co jej wysłannicy mają do powiedzenia, a później pluli za nimi.
Pozostała ostateczność, czyli kler, ale ten nie chciał mieszać
się do rzeczy przyziemnych. I miał rację. Instancja wyższa nie
jest po to, by otumaniać ludzi bzdurami dlaczego pada, czy też
nie, jakiś deszcz.
- Co do kurwy nędzy mamy zrobić ? - denerwował się przedstawiciel
władzy - rozpisać nowe wybory i niech opozycja martwi się co dalej
?
Na to jednak nie zgodzili się jego partyjni koledzy. Nie po to
z takim mozołem zdobywali władzę, by teraz, przez jakiś głupi deszcz
oddać ją. Jeszcze na dodatek nie wiadomo komu.
Postanowiono więc wszystko puścić w niepamięć, ale nasze społeczeństwo
jest wyjątkowo pamiętliwe, więc w mowie szeptanej szybko do sprawy
deszczu powrócono, jakby było do czego.
- Deszcze padały, padają i będą - mówił ktoś mądry, ale zaraz próbowano
go ukamienio -
- wać, ale że to nie te czasy puszczono go tylko z torbami.
- Dzisiaj deszcz, jutro słońce, pojutrze nie topniejące śniegi
- żartowano i miano rację ponieważ w Polsce zawsze wszystkim jest
źle, lub coś nie tak.
Alfred Jarry miał stuprocentową rację pisząc iż rzecz dzieje się
w Polsce, czyli nigdzie, i chociaż od napisania tych proroczych
słów minęło ponad trzysta lat dalej pasują jak ulał do naszego
narodowego charakteru, jak i sposobu patrzenia na życie, świat,
inne kraje.
Polak jest istotą nie reformowalną, ponieważ jego ego obniżone
jest przynajmniej o kilka punktów w stosunku do innych narodów,
nie mówiąc już ani słowa o porządku, tak w głowach, jak i na podwórkach.
Nie wspominając ani słowa o toaletach.
Posiadamy zadziwiającą umiejętność spieprzenia wszystkiego, co
tylko wpadnie nam w łapy, z niepodległością włącznie.
Ale nie to jest najważniejsze. Tym jest wychowywanie młodzieży,
ale nadal obowiązuje u nas model Polaka na górze Mount Blanc z
głową w chmurnych marzeniach, jedenastu powstańcach próbujących
obalić carat, czy chorego na nienawiść mieszkańca Nowej Huty marzącego
o Madagaskarze.
I tak przez tysiąc lat wije się nasza historia, bez końca i bez
początku, jak ogon który nie wie kto jest jego właścicielem.
XXV. Pogrzeb dwunasty - monotonny.
Nie ma nic gorszego jak nuda. Nawet na cmentarzu.
Inne narody potrafią na zaropiałych grobach bliskich jakoś egzystować,
my stoimy ze spuszczonymi głowami, ze łzami w oczach, jakby stało
się coś strasznego.
A to po prostu umarł człowiek, i to wszystko.
Podobnie było w pewien miedziany wtorek na podmiejskim cmentarzu
w miejscowości podmokłej od nędzy, gdzie oczekiwanie na coś wesołego
stało się nieosiągalną próżnią, prawie że kosmiczną.
Można z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że nie umarł nikt,
chociaż jakieś ciało leżało w trumnie, ksiądz z grobową miną śpiewał
półsprośne przyśpiewki o wieczności, a uczestnicy tej jedynej w
swojej groteskowej wymowie uroczystości, nomen omen, żałobnicy,
zacierali ręce na samą myśl o stypie, która w remizie strażackiej
na nich czekała.
Byli źli na wygłaszających mowy pożegnalne, ponieważ przez ich
pieprzenie wódka rozlewająca się po stołach, robiła się coraz bardziej
cieplejsza.
- Jak żył, tak umarł - powiedział w końcu jakiś przytomny ( jeszcze
) dżentelmen i z hukiem spuszczono wystrzępioną trumnę do mrocznej
dziury.
Nie jestem ( jest ) pewien, czy przypadkiem ciało nie wypadło z
niej i z całą mocą nie przylgnęło do ciepłej przecież ziemi, o
wiele przyjemniejszej od kilku desek sklejki wykradzionej gdzieś
na zapleczu jakiegoś zachodniego hipermarketu.
Konie spuszczono z uwięzi, dzieci dostały na cukierki, grabarze
po flaszce, tylko ksiądz zawiedziony banknotem wsuniętym mu w rękę
niby ukradkiem, zastanawiał się, czy mocą swojego majestatu zaszczycić
remizę, czy dać sobie siana.
Jednak poczucie przyzwoitości zwyciężyło i przebrawszy się szybko
na plebani kłusem pobiegł do wodopoju.
A wypić było co. W rodzinie zmarłego bieda aż gwizdała ( piszczała
to przed wojną ) z każdego zakątka domostwa, ale stypę wystawili
jak się patrzy.
Martwiła się tylko najstarsza córka zmarłego, za co w przyszłym
kwartale będą pić na jej ślubie, ale teraz bardziej była zajęta
przyszłym mężem, ponieważ kobiece hieny z pobliskich wsi tylko
czekały, kiedy odwróci głowę i pozostawi go samopas. Ale ta głupia
to już nie była, trzy niedoszłe małżeństwa nauczyły ją czujności
Ten był bogaty, posiadał bowiem stałą pracę jako rozwoziciel piwa
w - o dziwo - państwowej firmie browarskiej, której akcje szły
w górę, ponieważ naród polski z gorzałki przerzucił się na piwo,
napój podobno europejski.
Ksiądz pojawił się w remizie w momencie podniesienia, czyli kiedy
podnoszono kolejny toast za cześć zmarłego.
- Jaką to on miał cześć ? - powątpiewał starszy brat - walnął w
kalendarz a długi pozostały jak święcona woda w narodowej rzece
zwanej z głupia Wisła. Gdyby posiadał chociaż tyle honoru co brudu
za paznokciami umarłby po spłaceniu wszystkich rat, a tak co ?
- Niech będzie pochwalony - rzekł ksiądz.
- Jeszcze tylko jego brakowało - nawalony kuzyn odkąd zapisał się
do ludowców nie cierpiał działaczy innych partii - przychodzą kiedy
chcą, kreślą znak krzyża jakby na świecie nie było innych. Zna
ksiądz magiczne kręgi w angielskim mieście...
Szybko uciszono go nalewając nadprogramowy kieliszek. Ksiądz rozglądnął
się po sali, same zakazane mordy, rolnicza przyszłość narodu, z
których jedynie dwóch wyjechało w pole, i to podobno z przyzwyczajenia.
Usiadł na jedynym, wolny krześle akurat koło wdowy. Niby było zarezerwowane
dla jej zmarłego męża, ale o tej poprze upojenia alkoholowego nikt
nie zwracał uwagi na drobiazgi.
- Jak się pani trzyma ? - zapytał z głupia.
- Całkiem nieźle, piję co trzecią kolejkę, a po drugie, radość
z odzyskanego śmietnika dodaje mi zdrowia.
- Jakiego śmietnika ? - zdziwił się ksiądz - przecież obejście
mieliście w miarę uporządkowane, przynajmniej jak na ten region
kraju.
- To taka przenośnia proszę księdza. Jako młoda dziewczyna byłam
jedyny raz w życiu w teatrze na przedstawieniu o takim właśnie
tytule : Radość z odzyskanego śmietnika i akurat teraz tytuł ten
mi się przypomniał, zresztą nie wiem dlaczego.
Ksiądz poluzował kołnierzy, rozglądnął się czy ktoś na niego nie
patrzy i zapalił. Zaciągnął się jak zawodowy żołnierz. Postanowił
się także napić. Do jutrzejszej, porannej mszy miał wolne.
- Istnieje bóg, czy nie ? Ja skłaniam się ku myśleniu pana Lema,
iż wszystko to raczej materia niż...
Młodzieniec, który odważył się wypowiedzieć to bluźnierstwo na
stypę trafił raczej przypadkowo. Przechodził przez wieś, podobno
jest etnografem i zbiera stare przyśpiewki sprzed wojny, zobaczył
kondukt dołączył się, a teraz bluźnił.
- Porozmawiamy o tym jutro synu - zupełnie niepotrzebnie wyrwało
się księdzu - przyjdziecie do mnie na parafię koło ósmej to porozmawiamy.
- Jutro może być za późno. Szatan pojawia się w takie dni jak dzisiejszy.
Pogrzeb, żałoba, dużo alkoholu, ciepła wdówka. Znam się na tym,
przerabialiśmy to na trzecim roku.
Dostał w trąbę od najbliżej siedzącego, czyli Jaśka znad potoka,
i powrócił do ulubionego zajęcia polskiej młodzieży inteligentnej,
i nie tylko, czyli picia.
- Nic z nich nie będzie, stracone pokolenie - zawyrokował ksiądz.
- Byłbym ostrożniejszy w sądach - obudził się sołtys, coraz więcej
ludzi patrzy w Internet i telewizję satelitarną, więc chyba wiedzą,
co do nich należy.
- Wszyscy należymy do boga, bez wyjątku - ksiądz był nieprzejednany
i nawet kolejny kieliszek nalany mu przez usłużną wdowę nie zmienił
jego poglądów.
- Akurat - etnograf pomimo porozbijanej trąby nie wytrzymał - bóg
ma z tym wszystkim tyle wspólnego, co ja z wojną koreańską czyli
nic
W normalnej sytuacji zostałby wyrzucony z sali, ale stężenie alkoholu
osiągnęło swoje apogeum i nikt na to pospolite bluźnierstwo nawet
nie zareagował.
- Mieszka pani dalej w chałupie po lasem ? - dopytywał się ksiądz
wdowy - sama ? Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z nietaktu,
który popełnił, ale ta nie zareagowała.
- Niech ksiądz wpadnie jutro przed południem, dobytek odrobiony,
dzieci w szkole, a córka, która ma wyjść za mąż...
Diabeł pojawił się dopiero po wpół do trzeciej i powyrzucał wszystkich
do domu.
XXVI.
Nie wiadomo po co człowiek próbuje przechytrzyć
naturę. Zamiast mieszkać w szałasie buduje domy, które natychmiast
obwiesza obrazami, zegarami z kukułką, zdjęciami podobno świętych,
których na dodatek sam ustanowił, przebija drzwi do pokoju chociaż
jedne istnieją już od nowości, teściowej każe suszyć się w łazience
i tam spędzać starość, psuje windy, wybija szyby w drzwiach wejściowych,
w piwnicy hoduje szczury.
Wszystkiego tego nie byłoby gdyby powrócić do natury. Albo dajmy
na to teatr. Cóż to za absurd, jedni wygodnie siedzą w fotelach
przez bite dwie godziny, inni stoją a na dodatek mówią, do tego
z pamięci. I jeszcze opisują ich w gazetach ( następny idiotyzm
) że robili to wyjątkowo źle.
Wszystko wywróciło się do góry nogami i tak trwa. Nie wiadomo jak
z tego wybrnąć, chociaż podobno w górach mieszka człowiek który
wie, ale za diabła nie chce powiedzieć.
Nasyłano na niego egzorcystów, rusycystów, księdza miejscowej parafii,
kandydata na posła, kobiety bardzo lekkich obyczajów - bez rezultatu.
Zaparł się i tyle. Aż nagle, któregoś deszczowego dnia zszedł z
gór, wszedł do najbliż-
- szej knajpy, zmówił piwo z sokiem i obwieścił zdumionej gawiedzi
:
- Wszystko to przez korniki, które się uczłowieczyły. Dopił piwo,
zapłacił za nie prawdziwymi pieniędzmi, położył się na marach i
wkrótce umarł.
Od niego właśnie - podobno - pochodzi nauka o człowieku, chociaż
nic praktycznego z niej dla nas nie wynika.
Bo co to za pożytek wiedzieć, jak żyją Eskimosi, kiedy nie ma co
do garnka włożyć, lub co jadali nasi pradziadkowie, kiedy zeszli
z drzew w Afryce, gdy żona codziennie i przez cały czas puszcza
się z sąsiadem, do tego zawsze o tej samej godzinie.
Nauka jest rzeczą piękną, chociaż kompletnie bezużyteczną, szczególnie
dla tak tępych narodów jak nasz.
Wiadomo przecież dokładnie, iż Polak ma nierówno poukładane pod
sufitem. W dziwnym kraju, którym z całą pewnością jest Szwecja,
kłócącą się grupę ludzi nazywa się - i słusznie - polskim sejmem,
co do naszego zamiłowania do porządku i czystości można napisać
całe tomy prozy nie rymowanej, ale za to do moralności - i to na
żadnej, że tak powiem, niwie - nie można się doczepić, ponieważ
99 procent Polaków to katolicy, a ci jak wiadomo nie grzeszą, kradną,
nie biorą łapówek, nie cudzołożą i tak dalej.
Dlatego należy katolicyzm ogłosić obowiązująca doktryną państwową,
a całe zło zniknie jak za dotknięciem czarodziejskiej - przepraszam
- biskupiej różdżki.
Naturalnie że przesadzam, ale wiek mamy już dwudziesty pierwszy,
a nasz ogłupiały naród dalej żyje w podwójnej, jeżeli nie potrójnej,
moralności.
Moja, ta jest najważniejsza i powszechnie obowiązująca, czyli jest
jak mi się chce, lub wydaje, świat jest płaski, pierwsze jajko
zniósł Krzysztof Kolumb nie kura, a Gagarina wystrzelono w kosmos
w sposób sztuczny, czyli że nigdzie nie był.
Na drugim miejscu znajduje się moralność nasza, czyli jeżeli My
kradniemy, to tylko ze względu na dobro kraju, inni natomiast gdy
kradną są zwykłymi złodziejami. Kiedy My zdradzamy żony robimy
to, ot tak sobie, dla zabawy, nawet nie wsadzamy członka gdzie
należy, jesteśmy ponad zwykłe dupczenie, nawet nie dopuszczamy
do siebie tej myśli, jednak kiedy zdradzi nas żona, lub okaże się
iż sąsiad postąpił w sposób niegodny podnosimy larum na całą okolicę,
prosimy księdza by drania wypomniał z ambony, uruchamiamy media
by grzesznikowi włosy stanęły na głowie, a nie to co potrzeba.
Moralność trzecią nazywamy ichniejszą, czyli trochę naszą a trochę
nie, chociaż kiedy Polakowi dzieje się krzywda podpada pod moralność
naszą.
Poza tym wszystkim co wyżej napisałem istnieje jeszcze wiele pomniejszych
odgałęzień, rozwidleń czy odnóg, ale wszystkie sprowadzają się
do jednego : naszego nie ruszajcie, cudze możecie brać.
Jest to myślenie na tyle archaiczne, że aż nowoczesne, ponieważ,
każdy w miarę kulturalny człowiek ustąpi prymitywowi. I właśnie
na tym koniku wjechaliśmy do Europy.
I dopiero teraz pokażemy jakie z nas jołopy.
XXVII. Pogrzeb trzynasty - jakby go nie było w kalendarzu.
Dniało. Małe komary spróbowały podnieść główkę
i trochę się wychylić, by łyknąć życia, ale natychmiast każąca
dłoń przyrody, czyli silniejszy, otwierał paszczę i zjadał je,
jak kapitalista drobnego rzemieślnika.
Na nic zdało się powoływanie na boga, trzecią poprawkę do konstytucji,
czy naturalne prawo każdego do jakiegokolwiek istnienia.
To coś miało nie żyć, więc przestawało istnieć. Koniec, kropka.
Czasami podobnie dzieje się z ludźmi. Każąca dłoń sprawiedliwości,
czyli przyroda otwiera paszczę i połyka nie zawsze silniejszego,
czasami chudzinę i cherlaka jak obywatel Franciszek Maj urodzony
w październiku.
Szło sobie to coś drogą koło sklepu, klepało zaklęcia by jeszcze
w tym miesiącu dostać kuroniówkę, kiedy zawał serca, o co nikt
w okolicy go nie podejrzewał że ma, powalił go najpierw na kolana,
a później zaprowadził do kostnicy.
Skrupulatna rodzina w postaci byłej żony i byłych dzieciach ( jak
i o dzieciach premiera Rakowskiego pisano w 1981 roku ) spisała
majątek, który umarły pozostawił.
Były to : dwa nie ruszone, zgniłe lizaki, gumka do zmazywania plam
w życiorysie, zdjęcie przedstawiające pana Breżniewa jak dyryguje
chórem śpiewającym na jego cześć, oraz nie dająca się otworzyć
puszka po orzeszkach.
Naturalnie nie zdjęcie pana Breżniewa zainteresowało rodzinę (
jeżeli tak można nazwać byłą żonę i byłe dzieci ) ale puszka po
orzeszkach.
Proces o udowodnienie praw do puszki trwa prawie dwa lata, pogrzeb
dwadzieścia minut, ponieważ - według rodziny - chowano nikogo.
Kiedy w końcu ślusarz z wyrokiem sądu na stole, podważył wieko
puszki, ta okazała się pusta.
Śmiech Franciszka Maja urodzonego w październiku słyszeli wszyscy,
którzy przy tej nieszczęsnej puszce się zebrali.
- Jak mnie pochowaliście, tak macie - zdawał się mówić spoza kadru
- przypomnijcie sobie dzień pogrzebu. Dniało, małe komary i tak
dalej. Czy chociaż jedna osoba z was tutaj dzisiaj zebranych nad
tą francowatą puszką przeżegnała się ? Pomodliła za moją duszę
? Kupiła wiązankę kwiatów ? Nikt, więc jak możecie domagać się
spadku, który podobno schowany był w tej puszce. Był, ale kazałem
go wyjąć i przenieść w inne miejsce.
- Jak tego dokonałeś tato ? Przecież nie żyjesz ? A podobno życie
pozagrobowe nie istnieje. Zabrania go ONZ, Komisja Praw Człowieka
oraz....najmłodsza z córek pana Franciszka jak się okazało najbardziej
napalona była na pieniądze.
- Człowiek może wszystko, jeżeli tylko tego chce, ja chcę więc...za
chwilę zobaczymy się znowu.
Była żona dostała lekkiego szoku, ponieważ przypomniały się jej
noce, kiedy pijany mąż próbował udowodnić jej jak mężczyzna może
posiąść kobietę.
- Proszę przestać żartować panie Maj - służbowo odezwał się oficjalny
przedstawiciel prokuratury - mamy statutowe prawo wezwać pana na
świadka we własnej sprawie, naturalnie w sprawie zapłacenia podatku
od spadku.
Ale pan Franciszek Maj już więcej się nie odezwał. Przebywał przecież
wśród martwych, a ci, jak wiadomo, nie mają już głosu.
Za to żywi odwiedzili najbliższą knajpę. Za duże słowo. Kilka desek
zbitych leniwymi gwoździami, jakiś obesrany obraz, leniwa kelnerka.
Ze zmartwienia zamówili po kilka wódek. Wypili, zapalili.
- Właściwie - odezwał się przyszły zięć, czyli narzeczony wygadanej
córki - dlaczego się smucimy ? Puszka po orzeszkach okazała się
pusta. To wszystko.
- Od początku twierdziłem, że nie pasuje do naszej rodziny. Naturalnie
miałem na myśli tego kacapa - wskazał palcem narzeczonego siostry
jej starszy brat - a nie ojca. Ten, jeżeli mogę tak powiedzieć,
nigdy do rodziny nie należał, tylko nas spłodził, a to może każdy.
- Za kogo się uważasz wyrażając takie bluźnierstwa ? - matce kilka
łez spadło na wyschnięty biust - przed ojcem nie byłam w łóżku
nawet w marzeniach.
- Za to po rozwodzie....narzeczony siostry dostał w ryja i wyrzucono
go za prowizoryczne drzwi. Usiadł na krawężniku, zakasał rękawy
i zaczął zastanawiać się, czy kobieta którą zamierzał poślubić
to najlepszy pomysł.
-Spróbujmy zrekonstruować jego pogrzeb. To moim zdaniem klucz do
wszystkiego. Tego dnia popełniliśmy jakiś błąd i...
Akurat w tym momencie podeszła kelnerka i odsłoniła lewy biust.
Nic ciekawego.
- Tak mam skonstruowaną umowę o pracę, co czterdzieści pięć minut
pokazuję biust, a we wtorki i czwartki...
Pozbyli się jej składając nowe zamówienia, ale rozmowa się już
nie kleiła, ponieważ nic tak źle nie wpływa na samopoczucie jak
zawiedzione nadzieje.
Rozchodzili się pospiesznie i prawie bez pożegnania. Narzeczony
siostry próbował do niej podejść i przeprosić za swoje zachowanie,
ale poszczuto go policją.
Nie wiedząc co z sobą zrobić poszedł na cmentarz i stanął nad grobem
niedoszłego teścia.
Jakież było jego zdziwienie kiedy zamiast nazwiska Franciszek Maj
przeczytał Józef Marzec.
Po prostu pomylono się w kostnicy i puszka, o którą z takim trudem
walczono po sądach nie należała do jego niedoszłej rodziny.
Roześmiał się jak szalony, zapalił i z nadzieja ruszył na poszukiwanie
nowych wątków życia ( jakby napisał zły pisarz ) co pewnie w pełni
mu się udało, ponieważ kto chce, nie tylko nie błądzi, nie umiera,
ale osiąga co chce.
Odnosi się to do wszystkich rodzajów życia i twórczości poza literaturą,
ponieważ w jej przypadku poza talentem liczy się jeszcze odrobina
szczęścia.
XXVIII.
Z krzaków wyłoniło się nieszczęście, w pełnym
znaczeniu tego słowa. Nie było zbyt wysokie, tęgie, ładne, jeżeli
do kobiety można użyć tego określenia.
To coś obciągnęło sukienkę, pogrzebało w torebce, wydobyło najpierw
papierosy, potem szminkę.
- Żeby cię pokręciło - odwróciła się i krzyknęła w stronę krzaków
- własną żonę tak poniewierać ! Idę do adwokata.
Trochę się zdziwiła, ponieważ z krzaków nie dobiegł żaden odgłos,
ale po sześcioletnim pożyciu z tym człowiekiem była na wszystko
przygotowana.
Szybkim ruchem zatrzymała przejeżdżającą ciężarówkę i po niespełna
godzinie siedziała w poczekalni jedynego adwokata w okolicy.
Obok niej siedział furman z batem, kobieta w ciąży, szewc który
bez butów chodził, oraz radziecki kosmonauta, dziwnym zdarzeniem
losu przeniesiony pod Płock.
Próbowała uciec, ponieważ nie wiedziała co adwokatowi powiedzieć,
ale dotarła tylko do drzwi.
Kiedy przyszyła jej kolej z duszą na ramieniu przekroczyła próg
gabinetu i stanęła jak wryta, gdyż spodziewała się za biurkiem
zastać mężczyznę, a tutaj drobna, młoda, do tego piegowata kobieta.
- Jak takie gówno - pomyślała - może przed sądem udawać wariata
?
Pani adwokat wskazała jej krzesło, poczęstowała papierosem, sama
także zapaliła, otworzyła nową stronę w notatniki i zapytała z
czym pani K. przychodzi.
- Mąż dmucha mnie gdzie popadnie, w toalecie, u teściowej na werandzie,
w samochodzie, a nie dalej jak - popatrzyła na zegarek - ze dwie
godziny nazad wyruchał mnie w przydrożnych krzakach.
- I pani z tym źle ?
Zastanowiła się. Jak w kalejdoskopie przewinęły się jej przez głowę
twarze mężczyzn, którzy nie byli w stanie jej zadowolić.
- Źle to mi nie jest, grzechem byłoby narzekać w porównaniu z innymi
bajtlokami oczywiście, ale te miejsca ! Jeszcze nigdy nie robiliśmy
tego w łóżku. Czy to nie dziwne ?
Pani adwokat zapisała coś w notesie.
- Dla mnie nie. Sama chciałabym mieć takiego chłopa, mój tylko....i
machnęła ręką.
- To się zamieńmy.
Przez pokój przeleciała mysz, ale tego nie zauważyły, także żyrandol
jakby lekko się poruszył.
- Jak to zamienić się ? Meblami, łazienką także ?
Zapadła chwila milczenia, przerywana jedynie dziwnymi odgłosami
dochodzącymi z przedpokoju. To denerwowali się klienci czekający
na swój czas wypłakania się przed kosztownym spowiednikiem.
- Czemu nie, przecież medycyna zna takie przypadki, a co do mebli
i łazienki to zawsze możemy podyskutować. Tylko uprzedzam panią
z góry - pani adwokat nachyliła się nad biurkiem - mój mąż uprawie
te rzeczy niechętnie i wyłącznie w jednej pozycji.
- Chętnie spróbuję normalnego życia przez rok - pani K. zdecydowała
się w sekundzie - spiszmy jaką umowę ?
I w ten sposób dwóch nie znających się panów zamieniło się kobietami.
Kiedy zorientowali się co jest grane ( jak ładnie mówią sprawozdawcy
sportowi ) było już po wszystkim.
Ale nikt nie protestował, ponieważ stosunki seksualne są najmniej
ważną częścią każdej prozy.
XXVIII. Pogrzeb czternasty - pośredni.
Kobiety żyją wiecznie, a kiedy już odchodzą pozostawiają
po sobie przeważnie posprzątane mieszkanie.
Inaczej jest z mężczyznami. Ci zdychają albo powoli, jako alkoholicy,
sutene-rzy, artyści lub nie wiadomo kto, albo szybko, jedno machnięcie
pióra.
Było tak zawsze, i pewnie ciągnąć się będzie aż jakiś asteroid,
albo nawalony islamista, nie wysadzi tego świata w nicość.
I pewnie tak myślał ( myślałem ) pewien mężczyzna w średnim wieku,
który przyszedł na plebanię prosić księdza o pogrzeb pośredni,
to znaczy taki, na któ-rym sam chciał być obecny.
Ksiądz popatrzył na niego jak Chruszczow na Gromykę, kiedy ten
zwrócił się do niego w języku angielskim.
- Nie za bardzo pana rozumiem.
- Tutaj nie ma nic do rozumienia - mężczyzna lekko się zirytował
- chciałbym być na własnym pogrzebie.
- Z jakiego powodu ? - zapytał ksiądz - Zwykła ciekawość ?
- Można tak powiedzieć - mężczyzna nie proszony usiadł naprzeciwko
księdza na wyleniałym od starość krześle - ale głównym powodem
mojego uporu jest zazdrość.
Ksiądz nie rozumiał już dosłownie nic. I dał temu wyraz, na piśmie.
Mianowi-cie na kawałku tektury napisał spierdalaj i pokazał to
intruzowi. I moralność zo-stała zachowana i dobre obyczaje także.
Ale mężczyzna nie miał zamiaru opuszczać plebani bez korzystnego
dla siebie wyroku. Z kieszeni marynarki wyciągnął telefon komórkowy,
wystukał kilka cyfr, po chwili powiedział dwa słowa : dzień dobry,
i oddał słuchawkę przera-żonemu księdzu.
- To księdza zwierzchnik - dodał, kiedy ten wzbraniał się dotknąć
tego prze-klętego przedmiotu.
- Pan Bóg ? - z rozpaczą w głosie zapytał ksiądz.
- Jeszcze nie tym razem - roześmiał się mężczyzna, który chciał
pochować sa-mego siebie.
Ksiądz z niechęcią dotknął rozkojarzonego, według niego, przedmiotu.
- Ksiądz Piotr - powiedział raczej niechętnie w przestrzeń.
- Daje półtorej bańki na budowę Kaplicy - usłyszał bardzo dobrze
znany mu głos z województwa - więc odprawcie po cichu te jego fanaberie,
najchętniej w niedzielę o siódmej rano.
- Ale przecież w niedzielę nie ma pogrzebów ? - ksiądz uparty był
jak nie-mowlę pozostawione przed wyborem butelki, albo piersi.
- Właśnie dlatego pochowacie go w niedzielę - usłyszał i połączenie
zostało przerwane.
Z niechęcią oddał słuchawkę, i zmęczony jak wieczny tułacz - gdyż
podczas rozmowy nie wiadomo po co stał - usiadł na swoim wyśnionym,
już w młodo-ści, fotelu.
- Jak ta uroczystość ma wyglądać ? - zapytał z sarkazmem w głosie
.
Mężczyzna położył przed nim na biurku starannie opracowany scenariusz
pogrzebu, w którym jak jakaś zjawa przewijało się nazwisko Leonard
Cohen.
- I ja mam pod czymś takim się podpisać ? - niby to zapytał ksiądz,
kiedy po-bieżnie przeglądnął wykaligrafowany aż po ostatnią literkę
scenariusz.
- Wcale ksiądz nie musi, wystarczy dostarczyć mi grabarzy, sprzęt
nagłaśniają-cy, innego księdza, oraz - co najważniejsze - wpuścić
w niedzielę rano na cmentarz ekipę zakładu pogrzebowego ze zwłokami.
- Czyimi ?
- Naturalnie, że moimi.
Ksiądz zamyślił się dłuższą chwilę zanim zapytał :
- Czyli będzie pan jakby w dwójnasób obecny na cmentarzu, raz jak
zwłoki, a w drugiej
- postaci jako widz.
- Bardzo precyzyjnie ksiądz to ujął. Sam nie wymyśliłbym lepszego
porówna-nia. Będzie to jak by pogrzeb pośredni, znaczy ja sam połączę
to co żywe, z tym co odeszło.
I tak pewnego niedzielnego poranka stało się na małym, prawie że
wiejskim cmentarzu leżącym na zboczu góry przylegającej do nieba.
Nieznany nikomu w okolicy człowiek pochował sam siebie. Smutne
piosenki śpiewał Cohen, wspaniale przemawiał ksiądz z sąsiedniej
parafii, nie wprowa-dzony w mistyfikację, kilkadziesiąt osób utworzyło
precyzyjny kondukt pogrze-bowy, w którym naturalnie znajdował się
nieboszczyk.
Tylko ksiądz Piotr przyglądając się z boku całej uroczystości zastanawiał
się co konkretnie znaczy określenie pogrzeb pośredni i doszedł
do wniosku, iż nig-dy się nie dowie, ponieważ ani ten pochowany,
ani żyjący sami tego nie wiedzą.
Nad wszystkim czuwała przyroda w postaci rozlatującej się pogody,
najpierw świeciło słońce, późnej padał deszcz, a już po ceremonii
powiało chłodem i deszczem.
- Jak to pogoda potrafi reagować na los człowieka - ksiądz Piotr
z aparatu fo-tograficznego wydobył negatyw i z premedytacją prześwietlił
go - nie może pozostać dokumentacja z takiego bezeceństwa - postanowił
i szybko oddalił się z miejsca przestępstwa, jak pseudo Judasz
donoszący sam na siebie.
XXIX.
Nie wiadomo po co człowiek wspina się po pionowej
skale, by po iluś tam go-dzinach wdrapać się na jej szczyt, z czego
absolutnie nic nie wynika, może poza zaświadczeniem od psychiatry,
iż wspinający się nie jest w pełni władz umy-słowych.
Podobnie ma się sprawa z kobietami piszącymi wierze, prozę, recenzje.
Para-lele z taternikiem wydają się oczywiste, ale nie dla piszących
kobiet.
Są przekonane o swojej wielkości - i słusznie - ponieważ piszą
językiem zro-zumiałym przede wszystkim dla siebie, co oznacza,
że dla moje psa o imieniu Pępek także.
Do tego jeszcze dochodzą tak zwane losy ludzkie, czyli pomieszanie
taternika, kobiety piszącej, oraz psa o imieniu Pępek w jedną całość.
Wychodzi z tego piorunująca mieszanka nazywana kobietą wyzwoloną,
natu-ralnie tylko nie wiadomo z czego, od kogo, lub dlaczego ?
Podobno - w co nie wierzę - kobiety wyzwolone istniały zawsze,
ale to pewnie kolejny spisek kapitalistów by wykończyć jedyny normalny,
sprzyjający czło-wiekowi ustrój, czyli socjalo - komunizm.
Nic tak nie rozkłada państwowości jak wyzwolone kobiety. Wystarczy
dać im odrobinę władzy, i człowiek może być pewien, iż zawalą wszystko.
W naszej kochanej ojczyźnie niestety każy kto rządzi wydaje się
być wyzwo-loną kobietą, do tego obojętne czy z lewicy, prawicy,
czy centrum.
Po drugie wyzwolone kobiety potrafią tak człowieka zniechęcić erotycznie,
iż własna żona nie wierzy łzą, kiedy wracasz do domu zaraz po pracy,
do tego trzeźwy, czyli zniechęcony erotycznie.
Podobnie myślał pewien niemłody już człowiek siedzący przy barze
w hotelu Imperium, w którym jeden kieliszek wódki kosztował tyle,
co dwie butelki w pobliskie sklepie.
Ale ten uparł się upić akurat tutaj, otoczony palmami, kelnerami
oraz dwoma pięknymi, młodziutkimi kurwami z importu.
Im także stawiał, było mu wszystko jedno, ponieważ rano komornik
miał zająć jego własną firmę produkującą obrusy, noże, widelce,
czyli wszystko co po-trzebne na stoły. Kuchenne, salonowe, domowe,
państwowe, czy gastronomicz-ne.
A, ponieważ pod kredyty zastawiał prywatny majątek, od jutra także
nie miał gdzie mieszkać, chyba, że pan prokurator wyda nakaz aresztowania
go, na co, niestety, się nie zanosiło.
Przepijał ostatnie kilka tysięcy złotych, które jakimś cudem udało
mu się kilka godzin wcześniej pobrać z konta przy pomocy Bankomatu,
widocznie organa do tego upoważnione działały ospale i nie do końca
dopilnowały wszystkiego.
- Jeszcze trzy koniaki Pliska - poprosił wyraźnie zmęczonym głosem.
- Już kilka razy informowałem szanownego pana - barman był niezniszczalny
- iż koniak marki Pliska nie figuruje w naszym zestawie oferowanym
klientom. Po prostu, mówiąc ludzkim językiem, jest to świństwo
nie do picia.
- Ale ja się na nim wychowałem, i do zmiany ustroju - ze złego
na jeszcze gor-szy -powodziło mi się całkiem nieźle, ba można nawet
powiedzieć wspaniale, do poprzedniego wczoraj, kiedy to otrzymałem
wiadomość, iż niestety nie będę dozbrajał w noże, łyżki i widelce
naszej zwycięskiej armii w Iraku. A na ła-pówki i przygotowanie
produkcji wydałem wszystko co miałem, naturalnie oprócz tych kilku
tysięcy które mam przy sobie.
- Więc daj je nam, a pokażemy ci co w trawie piszczy - nawet dobrą
polszczy-zną odezwało się jedno z mołdawskich kurwiszonów.
- Jestem patriotą i daję zarabiać tylko naszym.
- Jesteśmy już w NATO, Unii, jutro będziemy jak nie kolejną republiką
Wiel-kiej Rosji, to dobrowolnie zrzeszającym się stanem USA.
- Przestań pleść panienko głupstwa. W NATO jest jedynie dowództwo,
wojsko nadal pod Kircholmem, a w Unii są jedynie pan Prezydent,
pan Papież, pan Wałęsa oraz panowie Geremek i Michnik, ale ci ostatni
byli tam od zawsze, czyli od czasu zburzenia Jerozolimy.
- Nic z tego nie rozumiem - cicho odezwała się druga kurwa, tym
razem Ukraińska - ale kto zrozumie Polaka, jak nawet tak głupia
prostytutka jak ja nie potrafi ?
- Polaka rozumie jedynie śmierć, oraz ostatnimi czasu Urząd Skarbowy,
natu-ralnie do pewnego momentu, czyli kiedy bez zmrużenia oka płacisz
co żądają.
Wstał z wysokiego krzesła, zachwiał się lekko, zapłacił, podszedł
do wielkie-go okna i popatrzył na smętnie toczącą się rzekę Wisła.
- Zapłacę wam po sto dolarów jak się w niej wykąpiecie, niekoniecznie
nago - powiedział nie patrząc na stojące za nim panienki.
- A jak dostaniemy grzybicy ? - ta z Mołdawii była wprost nie do
wytrzyma-nia.
- To się z niej wyleczycie.
Niestety do kąpieli nie doszło, ponieważ rozbierające się panienki
skasował na brzegu rzeki patrol policji, więc mężczyzna zamiast
panienkom zapłacił przedstawicielom władzy i ci, z ochotą, wykąpali
się w Wiśle.
Zniechęcone panienki w zamian zaprosił do domu, przedstawił zdumionej
żo-nie i córką otworzył butelkę szampana, ale zmorzył go sen, więc
grzecznie za-snął w fotelu, a żona z córkami wykopały panienki
gdzie ich miejsce, czyli na ulicę.
Nieszczególny miały dzień, dość, iż nic nie zarobiły to nie wykąpały
się w Wiśle, nie napiły Pliski, a na dodatek dostały po plecach
od jakiś zbutwiałych matron.
- Pieskie jest życie na obczyźnie - powiedziała Ukrainka z rozpaczą
w głosie.
- Może masz rację, ale popatrz na Polaków, niby u siebie, ale w
stu procentach jak na obczyźnie.
Roześmiały się, zapaliły po papierosie i wesoło poszły w życie,
gotowe chło-nąć go aż do ostatniego dnia przed deportacją.
XXX. Pogrzeb piętnasty - nadęty, ze smutnym
zakończeniem.
Pieniądze wprost leciały z nieba. Tak bogaty był
to pogrzeb. Nawet ksiądz nie wiedział ile ma zażądać mamony. Przecież
chowano piłkarza, do tego pierw-szoligowego.
Przedawkował i teraz leżał w przyciasnej trumnie, a koledzy zamiast
trenować stali ze spuszczonymi głowami, zastanawiając się, kto
zastąpi go na prawej obronie.
Samej trumny nie było widać, tonęła w kwiatach, wstęgach, medalach.
Tłumu kibiców policja nie wpuściła na cmentarz, i słusznie, ponieważ
pogrzeb nie jest dobrą okazją do szukania zemsty na potencjalnych
przeciwnikach.
Żona, jak przystało na panią piłkarzową, zamiast ubrać się skromnie
i na czarno kłuła w oczy radosnym welonem, kolorowa sukienką i
szpilkami na bardzo wysokim obcasie.
Widać, nie miał kto jej powiedzieć, iż pogrzeb nie jest jeszcze
jednym ban-kietem, przynajmniej w pierwszej jego części.
Przemowy były drętwe i sztuczne, ponieważ jak długo można wychwalać
za-sługi sportowca ? Trzy minuty ? Cztery ?
Po drugie każdy z przemawiających mówił dokładnie to samo co jego
po-przednik, więc przez co najmniej godzinę bezmyślny tłum zasypiał
stojąc.
W końcu jednak kondukt ruszył i gdzieś po pół godzinie spuszczono
trumnę do ziemi, i o dziwo trzeźwi grabarze, zabrali się za zasypywanie
dołu.
Po chwili zgrabny kopczyk pojawił się na tym najlepszym z możliwych
świa-tów, napięcie opadło i tłum rozproszył się jak demonstracja
po szarży organów porządkowych.
Przy grobie pozostał tylko trener chowanego, jego żona oraz dziennikarz
sportowy miejscowego szmatławca.
- Panie Czarku - zwrócił się do trenera - skoczymy na jednego ?
Przecież nie pójdziemy z tą hołotą na stypę. Mam ich dość na boisku,
jeszcze mam z nimi siedzieć przy jednym stole ?
Wygłosił to przydługie zdanie zupełnie nie przejmując się kolorową
wdową stojącą krok od niego. Poza tym wszyscy wiedzieli o łączących
ich romansie, wszyscy oprócz tego, którego właśnie pochowano.
- Tak nie wypada - dyplomatycznie odpowiedział trener - wpadniemy
do knaj-py na chwilę, wypijemy po jednym, może dwa, powiemy chłopakom
kilka słów otuchy, przecież pojutrze gramy z Legią, i nie możemy
sobie pozwolić na zbyt długie balowanie.
- Zostawił same długi, jak sobie teraz poradzimy z córką ? - nagle
wdowa dała głos i aż zatrząsła się od płaczu.
- Jakie długi ? Zarabiał przecież najlepiej z całej drużyny ? -
zdziwił się trener.
- Wszystko przegrywał w kasynie, nie zostawił nam ani grosza.
- Jakie to wszystko brudne i nędzne - pan dziennikarz widać był
nastawiony do świata niezbyt optymistycznie, po drugie śmierć męża
kochanki trochę kompli-kowała i jego życie.
- Wiecie co ? - powiedział nagle nie zbyt literackim językiem -
jedźmy naj-pierw do mnie - pokażę wam kilka zdjęć, które pewnie
zdziwią nie tylko panią Krysię, ale i pana, panie Czarku.
W milczeniu wsiedli do samochodu, przejechali kilka ulic, jakaś
zwalona ka-mienica, półprzytomny człowiek na torach, zbutwiały
biało - czerwony sztan-dar.
Usiedli przy stole w kuchni, pojawiła się nawet napoczęta butelka,
ale nikt nie sięgał po kieliszki, siedzieli jak sparaliżowani.
W końcu dziennikarz otworzył jakąś szufladę i kilkanaście zdjęć
przedsta-wiających jego oraz panią wdowę, nago pod prysznicem,
na prywatnym base-nie, w krzakach malin zaczęło straszyć swoją
doskonałością.
- Kilka miesięcy temu dostał taki sam komplet, wiem o tym ponieważ
sam mnie poinformował, kto robił te zdjęcia ? Sam chciałbym wiedzieć.
Pewnie ten ktoś szantażował nie tylko mnie, dlatego to kasyno,
alkohol i w końcu...
Trener wstał z krzesła i dał pani żonie lekko w papę. Rozpłakała
się, sięgnęła po kieliszek, wypiła i wydukała :
- Kiedy on wolał piłkę ode mnie ! Nie wykorzystywał mnie seksualnie
miesią-cami, chociaż jako mąż miał taki obowiązek. Przecież przysięgał
przed Bogiem i moimi rodzicami. Nieprawda ?
Odpowiedziała jej cisza. W końcu trener poprosił dziennikarza o
chwilę roz-mowy w cztery oczy.
Przeszli do drugiego pokoju, napili kompotu z wiśni.
- Połóżmy ją do łóżka i jedźmy na stypę - zadecydował trener.
- Dlaczego u mnie ? - zdziwił się, ale nieszczerze dziennikarz.
- Ponieważ ty ją ostatni posuwałeś - teraz trener przywalił dziennikarzowi,
wrócił do kuchni, jednym chaustem wypił szklankę wódki i bez słowa
wyszedł z mieszkania.
- Widzisz co narobiłeś ? - wdowa dość szybko przestała płakać -
zachciało ci się robić zdjęcia samowyzwalaczem, a później szybko
dorobić parę groszy. Więc teraz cierp. Jutro przeprowadzam się
do ciebie z córką. Tylko nie prote-stuj bo powiem chłopakom kto
szantażował ich kolegę.
Zdjęła z siebie kolorową sukienkę, ale nie szpilki. Podeszła do
zdumionego dziennikarza i pocałowała go w usta.
- Teraz idź kochany na stypę, ktoś z nas musi reprezentować rodzinę.
Trener czekał na niego przy samochodzie. Kilka minut przejechali
w milcze-niu. W końcu dziennikarz nie wytrzymał :
- Możemy całą sprawę zachować w tajemnicy ?
- Naturalnie, ale musisz wiedzieć, iż przed tobą dmuchałem ją przez
ponad rok. I robiłbym to nadal, gdyś się nie napatoczył.
Zatrzymał samochód chociaż przepisy na to nie pozwalały i na kilka
sekund wysiadł z niego. To wystarczyło, by się opanował.
- Nic mi o tym nie wiadomo - powiedział, kiedy znowu ruszyli.
- Nie wiesz jeszcze o wielu sprawach - zaśmiał się trener - na
przykład o tym, że w przyszłym tygodniu przenoszą cię do działu
terenowego i będziesz jeździł po Pipidówkach i opisywał powodzie,
porody dwugłowych cieląt i tym podob-ne dyrdymały. Załatwiłem ci
to po starej znajomości. I za Franka także. A jak puścisz kantem
wdowę, wszyscy dowiedzą się o zdjęciach.
Na sale gdzie odbywała się stypa weszli jako zaprzyjaźnieni z sobą
ludzie. I tak było, przecież łączyła ich kobieta, a te przyjaźnie,
jak wiadomo, bywają nierozerwalne.
XXXI.
Nie wiem jak człowiek potrafi kłamać, jeździć
na łyżwach, zaglądać innym przez okno. I po co ?
Pewnie niewzruszona ciekawość gra tutaj niemałą rolę. To chyba
dobrze, ale co dalej ? Nikt, albo prawie, tego nie wie. Może jakoś
przez to przebrniemy, nauczymy z tym żyć, chociaż nie wróży to
dobrze ani jednostce, ani społeczeń-stwu.
Ale przecież jak długo świat istnieje, ciekawość była jednym z
najważniej-szych motywów postępu.
Bez niej nie wymyślono by koła, zdrady małżeńskiej, lesbijstwa.
I wielu in-nych przedmiotów, jak na przykład maszynki do golenia,
demokracji, czy chamstwa.
To ostatnie niestety stało się dziedziczne, szczególnie wśród narodów
o nisko zaawansowanej kulturze osobistej, do których zaliczam także
rodaków.
Przykładów nie muszę podawać, wystarczy rozglądnąć się w domu,
pracy, na ulicy. Zawsze ktoś kogoś poucza, a to już początek chamstwa.
Jeżeli nie masz nic do powiedzenia milcz, niestety nie Polak. Ten
akurat wtedy zabiera głos.
I wszystko wie najlepiej, przecież zawsze był Europejczykiem i
nawet prawie pięćdziesiąt lat pseudo socjalizmu nie zmieniło jego
zapatrywań i gustów.
Byliśmy chamami, i jesteśmy nadal, nic pod tym względem się nie
zmieniło, nawet dobre samopoczucie.
Zawsze na inne narody patrzymy z góry i lekkim, melancholijnym
pobłaża-niem. Niby, że wiemy jak zachować się przy stole, kiedy
należy być w ciąży, jak licytować treflowego szlemika.
Szlag człowieka trafia kiedy widzi słomę wychodzącą nie tylko z
butów, ale i z ust naszych kochanych polityków i reprezentantów
na międzynarodowym fo-rum.
Nie znając żadnego, obcego języka - jak i przeważnie własnego -
zasłania się taki Matką Boską, Teresą z Kalkuty lub Solidarnością,
jakby świat nie miał nic innego do roboty, tylko śledzić co Polakowi
dolega.
A to kolka wątrobiana, rozstrojone nerwy, kolejne przegrane powstanie.
I tak w nieskończoność od ponad tysiąca lat. Czasami ktoś próbuje
powiedzieć rodakom prawdę, ale natychmiast zostaje wyklęty, okrzyknięty
zdrajcą i potępiony.
Pisarzy się nie ceni, ponieważ już prawie nikt nie potrafi czytać,
a pisać tylko nieliczni. Za to w cenie, jak przed laty, są tumany,
idioci i fanatycy. Ich czas jest zawsze. Szczególnie nad Wisłą,
widać nad tą prostacką rzeką panuje sprzyjający klimat dla tego
rodzaju dewiacji.
Nie inaczej jest z poziomem nauczania. Analfabeta uczy analfabetę,
dureń dur-nia. Mijają lata, nic się nie zmienia, pozostajemy na
poziomie średniowiecza, i chociaż nie chodzimy już w gumiakach
na co dzień, tak słoma wystaje nam nie tylko z butów.
Nudzimy się, ponieważ poza sobą nie posiadamy żadnych zainteresowań,
in-nych pouczamy jak żyć, chociaż sami nie wiemy.
I tak przez lata ciągnie się ten cyrk, co pięćdziesiąt lat zmieniamy
zapatrywa-nia, chociaż ostatnio co cztery.
Wszystko to działa na nerwy kilku normalnym ludziom, którzy jeszcze
w tym kraju pozostali, reszta skretyniała albo wyjechała.
A kiedy już wyjedziesz zapomnij o czymś, co nazywa się Polska,
nie prenume-ruj gazet i nie zakładaj anteny satelitarnej.
Najlepiej zapomnij - jeżeli potrafisz - że jesteś ( byłeś ) Polakiem.
To nic inte-resującego, a tym bardziej nie ma czym się chwalić.
XXXII. Pogrzeb szesnasty, do którego
przez lata nie mogło dojść.
Stoimy nad grobami ludzi, którzy przez lata nie
istnieli, ponieważ odważyli się wierzyć i walczyć o inną Polskę,
niż ta, którą nam wymyślono i narzucono.
Jest piękny lipcowy poranek, i wszystko na swoim miejscu, czyli
wierzby, so-sny, ksiądz, orkiestra, przemówienia, sztandary, młodzież.
Są obecne nawet ptaki, które jakimś cudem jeszcze znajdują do nas,
co wiosnę, drogę, chociaż coraz trudniej odróżnić Polaka od innego
szmatławca, nie warte-go słowa nawet niecenzuralnego.
Niby uroczystość podniosła, wzruszająca, jak cztery asy w grze
w pokera, ale czegoś brakuje.
Na co dzień nie zastanawiamy się nad tym, ale gdzieś zaginął sławny
duch. Ten nasz, z góry Mount Blanc, z chmur w których traciliśmy
- i tracimy nadaj, ale jakby w złym kierunku - głowę.
Nie ma go, ani na centymetr, ponieważ od kilkunastu lat wszystko
co normal-ne, nagle przestało mieć znaczenie.
Pijemy nadal, ale jakoś inaczej, poprzedniej desperacji dzisiaj
strach zagląda w oczy, ponieważ nigdy nie nauczyliśmy się wymawiać
słowa normalność.
W Polsce nigdy nie było normalnie, więc zrozumiałe jest, iż musi
upłynąć spo-ro czasu zanim zrozumiemy co słowo to znaczy. W praktyce
dnia codziennego.
Podobnie ma się sprawa z potocznie pojmowanym celem życia. Dzisiaj
w Pol-sce liczy się tylko KASA. Nawet na cmentarzach. Kiedy rodzina
chowanego jej nie posiada pogrzeb jakiś nie ten, miejsce pochówku
nijakie, a i ksiądz mniej radosny.
Stoimy więc nad grobami, płoną znicze, ale serca jakieś zimne,
nie tak miało wyglądać powitanie jesieni, życia naturalnie.
Jakiś smutek na niby radosnych twarzach, jakieś zniechęceni i małość.
To chy-ba najbardziej odpowiednie słowo : małość.
Porywamy się na podbój innych krajów ( Irak ) a toalet w dalszym
ciągu nie potrafimy posprzątać. Ani normalnie spojrzeć w oko kamery
telewizyjnej i przyznać się : zgoda, nie mieliśmy racji, ale...(
tutaj należy wstawić trzydzieści sześć tysięcy dwieście osiemdziesiąt
pięć znanych powszechnie przypadków, kiedy to znowu polska megalomania
i wstrętne, zaściankowe cwaniactwo, dały o sobie znać ) ...rzeczywiście,
najtrudniej jest wyartykułować to ale.
Porywamy się - jak zwykle - z motyką na słońce, wynosimy na ołtarze
po-wstańców warszawskich, gdy przez lata pies z kulawą nogą o nich
nie pamiętał, poza naturalnie towarzyszami broni.
Godzinami potrafimy ględzić o korupcji i bezsensie życia w innych
krajach, a w niedzielę ledwie wytrzeźwiawszy całować po rękach
jakiegoś durnego klechę.
Czasami niedobrze się człowiekowi robi, kiedy o tym wszystkim myśli.
Naj-łatwiej i najprościej jest naturalnie nie myśleć, ale na szczęście
jeszcze nie wszystkich na to stać.
Stoimy więc nad grobami...banał w każdym calu, dzisiaj rozdęty
do granic ab-surdu święta państwowego, i do tego Anglik, który
ledwie mówi po polsku pisze nam historię naszego kraju, i naszych
powstań.
Doprawdy przykry chichot losu, nie powiem historii, ponieważ byłby
to duży wstyd. I tak jest, ale nikt się nim nie przejmuje, KASA
jest najważniejsza i natu-ralnie demokracja paznokciem wypisana
na czerwonych policzkach zgniłych idei.
A trzymają się jej jak szatan człowieka, mając nas za idiotów,
którzy nic nie pamiętają i niczego nie wiedzą.
Ile w końcu musi umrzeć pokoleń, by w ojczyźnie zapanował spokój
i harmo-nia ? Nie mam zielonego pojęcia, ale na pewno wiele, jeżeli
nie dziesiątki.
Strasznie trudno narodowi jako całości, pozbyć się wiejskich przyzwyczajeń,
towarzyszy gotowych na wszystko, czy maluczkich co za wszelką cenę
chcą zo-stać wielkimi.
I niektórym to się udaje, ponieważ na pustyni i jedno drzewo bywa
lasem, a od 1989 roku Polska jest właśnie taką pustynią, pełną
idiotów, demagogów i pro-stactwa zasłaniającego się Matką Boską,
Teresą z Kalkuty, czy Janem Pawłem II.
I ci idioci właśnie i prostactwo najwięcej mają do powiedzenia.
W jakimś dziwnym języku z daleka tylko przypominającym język Reja
z Nagłowic.
Oczywiście - i na szczęście - nie każy może być - i musi - inteligentny,
ale na Boga, dlaczego do rządzenia biorą się najgorsi z możliwych
?
Patrząc na twarze posłów zasiadających w Sejmie wydaje się, iż
ich poziom inteligenci nie przekracza 0,1 w skali do 5,0.
Jakie jednak to wszystko ma znaczenie, kiedy liczy się tylko KASA,
a z po-wstania warszawskiego robi się checę i szopkę na cztery
fajerki ?
Niestety, nikt nawet nie ośmieli się powiedzieć tego głośno, ale
dla mnie wszystkie te spędy ociemniałych i ledwo stojących na nogach
starców, nie za wiele mają wspólnego z Wielkością zagadnienia.
Po raz kolejny historia sobie z nas zakpiła, tym razem w sposób
okrutny i nie-sprawiedliwy, gdyż - jeżeli można tak powiedzieć
- pozagrobowy.
Stoimy więc na cmentarzu, jest piękny, lipcowy poranek...i to wszystko.
XXXIII.
Kiedy wstała okazała się być bardzo wysoką. Nie
spodziewał ( spodziewałem się ) tego, więc poczuł się oszukany.
Nie po to wydzwaniał do niej przez cztery dni, by teraz patrzeć
się w niebo.
Dostał jej numer telefonu od przyjaciółki z pracy, którą wręczając
go powie-działa :
- To dla ciebie ostatnia szansa.
Nie powiedziała tylko na co, a sam nie za bardzo kojarzył.
A teraz stał zapatrzony w niebo, duże, nawet jak na jego wymagania
za duże, piersi falowały mu przed oczami, a latarką którą nie wiadomo
po co kupił kilka minut przed spotkaniem spokojnie leżała sobie
na krześle.
- Mam na imię Wanda, a ty pewnie jesteś Ryszard - powiedziało to
coś, i podało mu dłoń do ucałowania.
Zrobił to trochę ze wstrętem, ale poczuł przyjemny dotyk pachnącego
ciała.
- Może usiądziemy ? - zaproponował nieśmiało.
- Ale dlaczego tutaj, a nie przy barze ?
Już wtedy powinien odejść, uciec, zwinąć się ( niepotrzebne skreślić
) ale dziwna, jakby wewnętrzna niemoc, nie pozwoliła mu na to.
Usiedli więc przy barze, przy którym jego sytuacja stała się jeszcze
bardziej dramatyczna, ponieważ różnica wzrostu była o wiele wyraźniej
widoczna, niż gdyby usiedli przy stoliku.
Wanda jakby zauważyła jego rozterki ponieważ powiedziała :
- Nie przejmuj się, nie przepadam za mężczyznami wyższymi od siebie,
właśnie wracam z pogrzebu, na którym to pochowaliśmy dryblasa...
Nie słuchał o czym mówiła. Całkiem irracjonalnie zastanawiał się
jak zmiesz-czą się na jego nie pełno wymiarowej wersalce.
Pani Wanda jakby odgadła jego myśli :
- Kocham się we wszystkich pozycjach, ale nigdy w łóżku. Mówię
to teraz, żeby później nie było żadnych nieporozumień.
- Proszę mi powiedzieć, co miał na myśli moja koleżanka z pracy,
która wrę-czając mi pani...
- ...Wandy...
- ...wręczając mi twój numer, czyli Wandy, powiedziała : to dla
ciebie ostatnia szansa.
- Nie mam zielonego pojęcia, poza tym nie znam jej zbyt dobrze,
raptem dwa razy spotkałyśmy się na kursach masażu, gdyż musisz
wiedzieć, iż...
Terkotała jak karabin maszynowy, skinął więc na barmana i zamówił
podwój-ny dżin z tonickim dla siebie, a dla pani czerwone wino.
Końcówki wieczoru nie za bardzo pamięta, nagle przypomniał sobie
tylko, iż świecił gdzieś latarką, nie - krzyknął - to chyba niemożliwe.
- Wszystko jest możliwe kochanie.
Z przerażeniem odwrócił się. W słabych promieniach niechętnie wstającego
dnia zobaczył ją siedzącą opartą o ścianę i palącą śmierdzącego
papierosa.
- Czy ja...?
- Ależ tak, byłeś wspaniały, ponieważ dzięki latarce sięgnąłeś
gdzie wzrok nie sięga. Nie przypuszczałam, iż z ciebie taki napalony
esteta. Z wyglądu przypo-minałeś mi zupełnie kogoś innego.
Nie powiedziała jednak kogo, a on nie pytał. Wstał, z niechęcią,
powlókł się do kuchni i postawił czajnik na gazie
Po całym stole walały się puste butelki niedopałki jakby tabun
kozaków prze-szedł przez jego mieszkanie, do tego na czworakach.
- Mieliśmy wczoraj gości ? - zapytał wsadzając głowę do sypialni.
Kobieta nadal przyklejona była do ściany, a papieros do jej warg.
- Tak, mnie.
Wycofał się na z góry upatrzone pozycje i popatrzył na kalendarz
przypomi-nający swoimi zdjęciami pory roku w Tatrach.
Z przerażeniem stwierdził, iż dzisiaj wypada sobota i ani Wanda
ani on nie muszą iść do pracy.
Zapytał ją o to.
- Myślisz idioto, że wyczyniałabym z tobą te zapasy w inny dzień
niż piątek ? Bardzo poważnie traktuję swoją pracę pakowaczki warzyw
u pewnego, dość przystojnego, ale niestety zajętego przez Urząd
Skarbowy, Niemca. Zrób szybko herbaty, ale zimnej, zaschło mi nie
tylko w gardle.
Znowu znalazł się w kuchni, odszukał numer telefonu koleżanki z
pracy i nie zważając na porę wykręcił tych kilka cyfr.
W odpowiedzi usłyszał :
- Byłam pewna że zatelefonujesz kilka minut po północy. Zuch z
ciebie, inni nie wytrzymywali z panią Wandą tak długo, musiałeś
ją czy zaskoczyć. Mogę wie-dzieć co to było ?
- Latarka.
- Latarka ? - niedowierzanie w głosie - jak to się robi ?
Trochę z tego co pamiętał opowiedział.
- Koniecznie musisz wpaść do mnie w przyszły wtorek, mąż wyjeżdża
na dele-gację do Warszawy a dzieci zabiera teściowa.
Słuchawka została odłożona szybciej niż rodzi się, albo umiera,
człowiek.
- Z kim rozmawiałeś ? - natarczywy głos pani Wandy, który miał
go straszyć przez najbliższe dwadzieścia siedem lat - wrócił go
rzeczywistości.
- Z zegarynką kochanie.
- Tak długo ?
- Odzywała się w jakimś obcym dla mnie języku. Musiałem poczekać
aż prze-winie się taśma i znowu mówić po polsku.
- Teraz ja pytam się także po polsku : co z tą herbatą ?
Szybko z lodówki wydobył zmrożony płyn i zaniósł go do łóżka. To
coś upiło kilka łyków i rozkazało :
- Zmień baterie w latarce, gdyż pewnie wczoraj wyświeciłeś je do
końca. Mam ochotę na ponowną...
Posłusznie wykonał i to polecenie, i kilka następnych, ale kiedy
nadeszła go-dzina wpół do dwunastej a on nadal jak grotołaz penetrował
jaskinię nie wy-trzymał i próbował uciec ubierając się pospiesznie
na korytarzu, ale szybko po-wrócił do rodzinnych stron, czyli latarki,
jaskini i penetracji.
- Teraz przynajmniej już wiesz co znaczyły słowa, że jestem twoją
ostatnią szansą.
Nie zrozumiał jej, nawet kilka miesięcy później, kiedy zmusiła
go do ślubu ko-ścielnego, którym o dziwo oboje dysponowali.
Przyjęcie było skromne, jego rodzina i kilku jej kochanków, pijących
na umór, szczęśliwych że to nie oni powiedzieli przed chwilą sakramentalne
tak.
Kiedy wyszedł na balkon jak zjawa pojawiła się koleżanka z pracy,
która mi-mochodem stała się sprawczynią całego tego nieszczęścia.
- Należało nie kupować latarki. Tym ją wziąłeś. Co ci strzeliło
do łba ?
Akurat w tym momencie przypomniał sobie obślinionego i niedomytego
harce-rza, namawiającego na ulicy przechodni, by stępowali do sklepu
i kupowali co popadnie, ponieważ dziesięć procent z wydanych przez
nich sumy zasili jego drużynę.
- Wszedłem więc do sklepu i kupiłem latarkę, chociaż miałem do
wyboru bu-dzik, składaną kolejkę, serpentyny w proszku albo alkoholomierz.
- I dobrze zrobiłeś.
Stała przed nim jego żona, pani Wanda z iskierka nonszalancji nie
tylko we wzroku.
- Jak tylko wrzucimy gości poszukamy latarki i...
Wiedział, że się już jej nigdy nie pozbędzie, co akurat było prawdą.
XXXIV. Pogrzeb siedemnasty - majestatyczny.
Kondukt ciągnął się aż po horyzont. Nie z powodu
aż takiej ilość pogrzebni-ków, ale akurat w tym miejscu przebiegającego
wybrzuszenia ziemi.
Raptem szesnaście osób przeobraziło się w niewyobrażalny tłum.
I oto w tym wszystkim chodziło.
Nie miało najmniejszego znaczenia kogo się chowa, w tym przypadku
szło o starą, smurszałą pannę, nawiedzaną niejednokrotnie przez
Szatana, ale o zdarze-nie z gatunku zmysłowych, ponieważ prawie
wszystkie anomalia należy tak właśnie klasyfikować.
Egzorycści, telewizje satelitarne, zwykli podglądacze, jak i wszelkich
maści uzdrowiciele tłumnie zgromadzili się, ale w dostatecznej
odległości od cmenta-rza, raz by nie zakłócić samej, nad wyraz
skromnej uroczystości pogrzebowej, dwa - a przede wszystkim - rozkoszować
się niecodziennym przecież widokiem pęczniejącej w tłum garstki
ludzi.
Komentowano to na różny sposób, niekoniecznie logiczny, ponieważ
wypadki akurat nadprzyrodzone ze zwyczajną logiką nie za wiele
mają wspólnego.
Szeptano coś o zemście niebios, Szatanie - którego chowa się pod
postacią człowieka, zdarzeniu z gatunku niewytłumaczalnych, albo
o zwykłym, czysto optycznym oszustwie naczelnika gminy, który w
ten właśnie sposób chciał za-reklamować swoją miejscowość przed
zbliżającym się sezonem urlopowym.
Jak zwykle, co już nikogo nie dziwi, i w tej ważniej sprawie głosu
nie zabrał kościół katolicki, ponieważ, jak komentował to później
wyleniały biskup, ksiądz to tego upoważniony akurat zajęty był
samą ceremonią pogrzebową.
A ta skończyła się - można powiedzieć - jeszcze zanim się zaczęła.
Błyska-wiczna msza, jeszcze szybsze przebiegnięcie przez cmentarz,
wykopana jama już czekała na swoją strawę, krótkie pożegnanie zmarłej
przez najbliższych i po chwili nędzny kopczyk miał przypominał
światu o czyimś tam istnieniu.
Zabawny moment wydarzył się, kiedy jeden z zagranicznych dziennikarzy
za-pytał zabezpieczającego porządek policjanta co on osobiście
o tym myśli, a ten aresztował go za zakłócanie porządku.
Po prostu biedak nie znał języków obcych i uznał, iż ten obraża
go. W nagrodę wysłano go do Iraku, gdzie zarabiał - zanim nie zaginął
- nie tysiąc złotych, ale dolarów.
Poza tym wszystko przebiegało spokojnie, dziennikarze nagrywali,
i komento-wali, co i jak chcieli, kilka starszych osób padło na
kolana i oczekiwało końca świata, aż znudzili się, wstali i rozpłynęli
w tłumie, paru kupców, którzy zain-westowali duże, jak na swoje
skromne możliwości, pieniądze kupując picie, je-dzenie i popcorn
szybko zbankrutowało, ponieważ samo zdarzenie nie trwało dłużej
niż dwadzieścia kilka minut.
A i tak stało się od czasu zgwałcenia przez zwycięską Armię Radziecką
córki nauczyciela najważniejszym wydarzeniem po drugiej wojnie
światowej w całym powiecie.
Zwykli ludzie - jeżeli tacy jeszcze istnieją - komentowali to wszystko
w raczej powściągliwym tonie, ponieważ polska wieś nie za bardzo
jest za nowoczesno-ścią, a wybrzuszenie zmieni, kiedy w końcu dowiedzieli
się o co w tym wszyst-kim chodziło, do takich właśnie zjawisk zaliczyli.
Podobnie czyści naukowcy, dla nich ważniejszym problemem jest,
kto zostanie dyrektorem instytutu badawczego, a nie jakiejś tam
idiotyczne wybrzuszenie ziemi, powodujące pęczniejący tłum.
Oni to już wszystko dawno opisali, co prawda niezrozumiałym dla
nikogo ję-zykiem, pod postacią magicznego, wytłumaczającego prawie
wszystko, może poza włosami rosnącymi na nogach niektórych kobiet,
m równa się mc kwadrat, czy coś podobnie, a i tym razem nie mieli
najmniejszej ochoty wpychać się w nie swoje sprawy, i dokładnie
olali wyżej opisywane wydarzenie, co się im chwali, ponieważ przynajmniej
jeden raz dokładnie wszystkiego prostego nie zamienili na niezrozumiałe
wzory, tabele, czy wykresy.
W oddali, jakby w majestatycznym otoczeniu kilku drzew pięciu najgłupszych
ludzi we wsi, tworzących radę gminy usiadło na ziemi nad dwoma
butelkami śliwowicy, by na własne oczy przekonać się, czy w tym
wszystkim nie ma ja-kiejś komunistycznej prowokacji.
Po przebiegnięciu przez kondukt pogrzebowy w przyspieszonym tempie
kilku-dziesięciu metrów jeden z nich odezwał się :
- Franek, póść rypleja, nie zauważyłem czy trzecia osoba w szeregu
przypad-kiem nie niosła nieprzyzwoitego transparentu.
- Kiedy nie mogę Wacek, gdyż wszystko co widzisz dzieje się na
żywo.
- Jak to ? - zdziwił się, i to bardzo, pytający - przecież w piśmie
o zezwolenie na pogrzeb nie napisali że będą grzebać na żywo.
Koledzy popatrzyli na niego z niesmakiem, gdyż jako najgłupszy
przewodni-czył wydziałowi kultury, a ta nie była przez nich w zbyt
wielkim poważaniu.
- Najgorsze, że kobiety na patrzą, przez co niektóre z nich nigdy
nie zajdą w ciążę - dał głos, i to jaki, współprzewodniczący komisji
zdrowia, zachciewa się ludziom rozwodów, zapłodnień in coś tam,
a teraz nie uzgodnione z nami wy-brzuszenia. Jedyne na które pozwalamy,
to wybrzuszenia z przodu kobiety, do tego mężatki, katoliczki i
spółkującej wyłącznie w celach prokreacyjnych.
- Jakich ? - dopytywał się przewodniczący tego bałaganu - nic z
tego wszyst-kiego nie rozumiem.
- Czyli, że wychodzisz na kobietę w celach wyłącznie...
- Cicho ! - nagle ktoś krzyknął. Kto było później przedmiotem długotrwałych
dochodzeń - nad cmentarzem pojawiła się mgła w postaci biało -
czerwonej opaski !
Niestety miał rację. Coś na ten kształt podobnego, przy dużej dozie
wyobraźni, można było się dopatrzeć w kilku mgiełkach zalegających
przycmentarne grzę-zawisko.
I w wiele lat później nie potrafiono tego faktu logicznie wytłumaczyć.
Po pro-stu nad cmentarzem wisiała przez kilka sekund mgła w przypominająca
biało - czerwoną opaskę.
W konsekwencji tego faktu prawica przegrała z kretesem najbliższe
wybory i znowu zaczęli rządzić nie wiadomo jacy.
XXV.
Z przerażeniem stwierdził, siedząc na parapecie
szpitalnego okna, że w słow-niku wyrazów znalezionym na podwórkowym
śmietniku brakuje wielu słów, jak na przykład : siła, spoliczkować,
górka rozrządowa, półdupek.
Poprosił u wizytę u lekarza, spokojnie przeczekał ze dwa dni, kiedy
w końcu przyjął go wycieńczony lekarz, który po wysłuchaniu z czym
przychodzi po-wiedział
- Może po prostu wyrwano te strony ?
- Sprawdziłem, są wszystkie.
Niewzruszony tym faktem lekarz zaordynował : izolatka i powiększona
ilość środków uspokajających i otumaniających.
Kiedy po trzech miesiącach znowu znalazł się na " zwykłej " sali
napisał, gdyż teraz już było mu wolno prowadzić korespondencję,
w tej sprawie do Ministra Nauki.
Jak przypuszczał nie dostał żadnej odpowiedzi, więc zaczął bombardować
swoim listami odpowiednie ministerstwa.
Problem miał tylko ze słowem półdupek, gdyż nie był pewien, czy
w jego sprawie pisać do Ministerstwa Zdrowia, Infrastruktury czy
też Rzecznika Praw Obywatelskich.
Lekarza - z wiadomych powodów - bał się zapytać. Jak i na poprzednie,
także i na te zapytania nie dostał żadnej odpowiedzi, doszedł zatem
do interesującego wniosku, i pewnie zapytywanych odstrasza adres
zwrotny : szpital psychiatrycz-ny w Koninie.
Przekupił więc, dwoma kotletami mielonymi, swoim i współbrata w
wierze, który nie jadał mięsa, korpulentną salową, która z niechęcią,
ale zgodziła się wysłać listy z miejscowej poczty, a jako adres
zwrotny podać swój.
Niestety, jako niepoczytalna w miesiąc później straciła pracę,
ale nasz deli-kwent o tym nie wiedział, ponieważ nawet personel
szpitala, w obawie przed utratą zaufania kogo zatrudnia, nie został
poinformowany dlaczego nagle jedna z najbardziej okazałych figur
w rejestrze damskim została zwolniona.
Po prostu przestała przychodzić do pracy. I tyle. Na szczęście
dla naszego deli-kwenta społeczeństwu zafundowano kolejną reformę
służby zdrowia, a ta pierw-sze co zrobiła to wypuściła - jako już
wyleczonego - Mieczysława B. na wol-ność.
Sześć tysięcy dwieście złotych, gdyż tyle kosztowało podatnika
jego leczenie pozostało w szkatułce, ale za to wzmogły się kłopoty
kilku ministerstw zasypy-wane listami, faksami, SMS - ami, dlaczego
to w słowniku wyrazów brakuje...
I tak mijały lata, słów używanych przez ludzi przybywało, a problem
pana B. pozostawał nierozwiązany.
Ale, że podobno wszystko ma swój koniec, więc i kłopoty pana B.
któregoś pięknego dnia skończyły się, po prostu znowu wylądował
w szpitalu psychia-trycznym, ponieważ żadna władza nie lubi kiedy
się jej udowadnia bylejakość.
A tak właśnie zinterpretowano dążenia pana B. do poprawienia słownika
wyra-zów. Lekarz który przyjmował go na ostrym dyżurze może miał
trochę współ-czucia, ale widok dziesiątek pacjentów snujących się
po szpitalnej poczekalni jak w chocholim tańcu podziałał niego
otrzeźwiająco.
- Nic panu nie mogę poradzić - powiedział prawie że szeptem bezradnie
rozkła-dając przy tym ręce - ponieważ w tym kraju wszyscy są chorzy,
a już najbar-dziej...
Pan B. nie dosłyszał co lekarz ma na myśli, gdyż cztery silne dłonie
zdrowej sprawiedliwości społecznej złapały go pod ramiona i wywlekły
do umywalni
Kiedy z niej wyszedł był już bardzo spokojnym człowiekiem. Kilkanaście
mi-nut bombardowania raz gorącą, raz zimną wodą zrobiły swoje.
Plus kilka pigu-łek wciśniętych mu na siłę jak świni metrykę urodzenia.
- Popatrz jaki teraz potulny skurwysyn - odezwał się paląc zabranego
więźniom papierosa sanitariusz sadysta o oczach hitlerowca - z
takim aż chce się współ-pracować.
Dostał łóżku na stosunkowo przytulnej sali - wszystkiego szesnaściorga
podej-rzanych - pod oknem z którego spokojnie mógł przyglądać się
umierającemu kasztanowi.
Obok dogorywali podobni do niego, całkiem zdrowi, gdyż kto tak
naprawdę jest chory ?, współbracia.
Okryci zawszonymi kocami egzystowali latami w poszukiwaniu jedynej
praw-dy, która - w ich wypadku - nie miała nigdy nadejść.
W jakiś czas później odwiedził go " dziennikarz " z wewnętrznej
prasy psy-chiatrycznej. W szmatławcu tym drukowano laurki pod adresem
służby zdrowia, wiersze chorych, oraz horoskopy tak nad wyraz potrzebne
zamkniętym w domu bez klamek.
- Pan wyparł się już swoich mżonek ? - zapytał z głupia, jak kobieta
która nie wie gdzie znajduje się łazienka, a musi zmyć brud nie
swojego jarzma.
- Nie wiem, co ekselencja ma na myśli ? - odpowiedział ostrożnie
pomny setek faszerujących go zastrzyków.
- Jak to co debilu ! - krzyknął lekko poirytowany przedstawiciel
piątej władzy - marzeń o odnowie słownika wyrazów. Przecież palancie
przez niego znalazłeś się właśnie tutaj. A nie przyszło ci do głowy,
iż w Polsce można zmieniać wszystko, tylko nie rzeczy już z góry,
jakby to powiedzieć - na chwilę zabrakło mu animuszu - zastane
?
Znowu popatrzył w okno. Spokój emanujący od wyleniałej przyrody
udzielił się i jemu. Chrząknął, zapragnął zapalić, ale bał się
poprosić o papierosa.
- Czy ja wiem ? Teraz zdaje mi się, że nic nie wiem, chociaż, jak
mówi nasza pani terapeutka, najważniejszy jest dostęp do morza.
I internetu - dodał po chwili wahania. Słownik wyrazów, a raczej
luki w nim, już dawno przestał mnie interesować. Najważniejsze
jest dla mnie jak najszybsze wyzdrowienia, a przez to przestanie
żerować na społeczeństwie.
Dziennikarz popatrzył na niego jak na idiotę, którym pewnie był.
Wyłączył magnetofon, podszedł do okna, otworzył je i przyjemny
powiew zawilgłej jesie-ni wypełnił salę na której dogorywali.
- Nie wiem, co o tym wszystkim sądzić - powiedział bardziej do
siebie niż ko-gokolwiek innego - czasami mam wrażenie iż sam powinienem
zaleźć się na tej sali jako pacjent, a nie dziennikarz pisemka
ukazującego się w oszałamiającym nakładzie osiemdziesięciu egzemplarzy.
W końcu z wyraźną niechęcią zwinął swoje klamoty, zapakował je
do wielkie-go plecaka i zniknął.
Pozostało po nim otwarte okno, oraz przeświadczenie, że łatwiej
można zwa-riować - przynajmniej w mniemaniu tak zwanej zdrowej
tkanki społecznej, niż wyzdrowieć.
Wstał z łóżka ( wstałem ), podszedł do okna i zamknął je. Nie po
to tyle lat był leczony, by teraz nieocenzurowane hałasy dochodzące
z ulicy popsuły wszyst-ko.
Kiedy w południe odwiedził go lekarz znowu był tylko sobą, czyli
nic nie wartym śmieciem odsuniętym poza nawias zdrowego rozsądku.
- Dwa razy dwa ? - zapytał lekarza.
- Niestety w dalszym ciągu sześć i trzy czwarte. Kiedy spadnie
do pięciu bę-dziecie wyleczeni.
XXXVI. Pogrzeb osiemnasty - futurogenny.
Nikt nie wiedział po co na cmentarzu zebrały się
takie tłumy, przecież bez nich byłby o wiele przyjemniej.
Sam ksiądz zagubił się w tym wszystkim, odwrócił tyłem do świata
( chociaż ten był przecież z każdej strony ), chciał zapalić papierosa,
ale w ostatniej chwili rozmyślił się.
Najgorsze był dla niego fakt, iż nie wiedział kogo chowają. Tyle
razy jakoś udało mu się przejść nad tym do porządku dziennego,
ale nie tym razem.
Zdenerwowany rozejrzał się w poszukiwaniu pomocy, ale nie miał
do kogo się zwrócić. Rodziny zmarłego nie wypadało pytać, a twarzy
znajomych pijaczków nie było. Kilku degeneratów, którzy nie wiadomo
jakim cudem znaleźli się na cmentarzu bał się denerwować głupimi
pytaniami.
A pytać Boga po prostu się bał. Raz, mógł mu przecież nie odpowiedzieć,
dwa zapytać o kompetencje, jakby nie było, wykonywanego przez księdza
zawodu.
Roztropnie więc milczał. Stał oparty o siebie, przypominał co ciekawsze
wido-ki Tatr zapamiętane z jakiegoś filmu i marzył. By już było
po wszystkim.
Ale wiadomo, że łatwiej umrzeć niż być pochowanym. Popatrzył na
usychają-cą w pobliżu miejsca gdzie stał usychającą wierzbę i nagle
zamarzył znaleźć się na jej miejscu.
Nagle odeszła do niego jakaś zasuszona staruszka i łamiącym się
od wzrusze-nia głosem zapytała kiedy znowu pojawi się ( lub umrze
) - jej to w zasadzie bez znaczenia - Twórca, ponieważ uważa -
naturalnie na swój osobisty użytek iż już najwyższy czas znowu
na tym ż jednej strony smutnym, z drugiej śmiesz-nym - posprzątać.
- Nie wie pani kogo dzisiaj chowany ? - zapytał z głupia frant
nie wiedząc co ma jej odpowiedzieć.
- Jak to kogo ? - zdziwiła się - mnie.
Dla księdza było to już o wiele za dużo. Nie zważając na okoliczności
zapalił, poprawił po radziecką furażerkę pętającą mu się na głowie
i wypalił :
- Siebie proszę pani to możemy chować w czwartki, ale nie w każdy,
inny dzień.
Kobiecina popatrzyła na niego z wyraźnym przestrachem, niezdecydowanym
krokiem odeszła kilka kroków, dyskretnie przeżegnała i wyszeptała,
ale tak ci-cho by nie usłyszała nawet sama siebie :
- Cholera, teoria wyzwolenia zawędrowała już nawet do nas. Nie
przypuszcza-łam, że ten francowaty wirus rozpowszechnia się z taką
zajadłością.
Poza tym na cmentarzu panowała całkiem przyjemna atmosfera. Dzieci
jeź-dziły na sankach chociaż ostatni śnieg spadł ze dwa lata temu,
pijani grabarze nie trzymali się zbyt ostentacyjnie trzonek od
łopat, jakiś młodopolski poeta nie zbyt głośno w rogu cmentarza
wykrzykiwał nie tylko swoje poematy.
Ot, zwyczajny poranek na prowincjonalnym cmentarzu, którego proboszcz
nie za bardzo wiedział kogo mają pochować.
Ale przecież ostatni będą ( podobno, w co nie za bardzo wierzę
) pierwszymi, więc co ma za znaczenie kogo wrzuci się do jamy zwanej
szumnie grobem.
Tyle krzyku o nic.
XXXVII.
Sędzia wydziału spraw cywilnych bał się wsiąść
do taksówki. Zresztą, nie na za bardzo wiedział dlaczego. Posiadał
kilka drobnych monet, miał więc czym w ostateczności zapłacić,
ale dziwne poczucie pustki, a przede wszystkim niereal-ności wszystkiego
co znajdowało się dookoła niego odwlekało moment w któ-rym miał
dotknąć klamki samochodu.
- Chyba zwariowałem - pomyślał - dać facetowi dwa lata tylko za
próbę ukra-dzenia pudełka zapałek ?
Po chwili wahania wsiadł jednak do samochodu, popatrzył przez brudne
okno na zawszone miasto i nie za bardzo wiedział, który adres podać
kierowcy.
Żaden rozsądny nie przychodził mu do głowy.
- Pan jest chyba kibicem Legii Warszawa - niby to zażartował taksówkarz
- oni wszyscy tacy niezdecydowani.
Zdenerwowało go to idiotyczne w gruncie rzeczy stwierdzenie, więc
ostenta-cyjnie rzucił na przednie siedzenie obok kierowcy kilka
zardzewiałych monet i wysiadł.
Piździło jeszcze bardziej niż przed chwilą, więc postawił kołnierz
przenicowa-nej na dziesiątą stronę kurtki, ale w niczym to nie
pomogło.
Zimne, nieprzyjemne, jakby zamarznięte krople rosy wpadały mu za
kołnierz jak kiedyś motocykliści na pewnym, zresztą dość prostym,
zakręcie do rowu.
Nagle, w oddali i jak przez mgłę zauważył dość skąpo ubraną panienkę
mocu-jącą się z nie dającym otworzyć się parasolem.
Nie wie po co do niej podszedł. Nawet na niego nie patrząc wymieniła
sumę na którą - ku swojemu zdziwieniu - przystał.
W kilka minut później znaleźli się w jej mieszkaniu. Za dużo powiedziane.
Wyrko, żeliwny zlew jakby na siłę przymocowany do ściany, zdjęcie
papieża nad bukietem zeschniętych fiołków.
- Nie dużo jak na kobietę pracującą, i to od rana do świtu - odezwała
się nie wiadomo po co kobieta, nawet nie próbując ukryć czerwieniejącego
policzka.
- Bywałem w gorszych sytuacjach - wymamrotał.
- Ale chyba nie jako kobieta ?
Ściągnęła z siebie tych kilka przemoczonych łachów, wprawnym ruchem
roz-wiesiła je na żyłce przeciągniętej przez środek pokoju i rzuciła
się w sekret nie zbyt czystej pościeli.
- Nie mam ochoty na seks - wymamrotał.
- Ja także nie, i to od ponad dwudziestu lat, ale co robić ?
- Po prostu żyć - ze zdziwieniem usłyszał sam siebie jak pieprzy
wyświechtane jak wiara żydowska truizmy.
- Nie wiem, co to w praktyce oznacza. W moim konkretnym przypad-ku...machnęła
ręką, podniosła się z łóżka, nie krepując się własną nagością przedefilowała
przez pokój i z poza sześcionogiego stolika o powierzchni naj-wyżej
trzydziestu centymetrów kwadratowych wydobyła puszkę soku pomido-rowego.
- Napijesz się ?
Odmówił zdecydowanym ruchem głowy. Trochę dziwnie na niego popatrzyła,
ale pewnie miała do czynienia z bardziej zdziwaczałymi klientami.
- Piszę wiersze - powiedziała nagle po przełknięciu kilku łyków
płynów - krót-kie, najwyżej sześciowersowe. Na dłuższe nie starcza
mi cierpliwości, jak i cza-su. Wiesz, ile tracę na znalezienie
klienta ? - i nie czekając na odpowiedź wy-szczebiotała :
- Czasy robią się coraz bardziej francowate, nie dość iż społeczeństwo
biedniej w tempie sławnego kiedyś Wyścigu Pokoju, to na dodatek
wśród mężczyzn spa-da tak zwany popęd seksualny. Czyżby to skutki
wejścia Polski do Unii ?
Nie wiedział, jak i mnóstwa innych rzeczy, jak na przykład kim
będzie po śmierci, czym skończą się bezzałogowe loty w kosmos,
kiedy w końcu Wałęsa chociażby trochę zmądrzeje.
Nagle tak po prostu i bez ostrzeżenia wyrzuciła go za drzwi. Klatka
schodowa pamiętająca pierwsze powstanie śląskie, jakaś obślizgła
balustrada, dzieci ba-wiące się w Rambo VI.
Czyli normalka. Nie wiadomo po co wrócił do prokuratury. Strażnik
popatrzył na niego trochę dziwnie, dochodziła trzecia nad ranem
a ten przychodzi do pra-cy jakby nie miał nic lepszego do roboty.
Z trudem otworzył drzwi swojej eleganckiej pakamery, włączył telewizor,
po-patrzył na kilka półnagich klientek proponujących swoje usługi
w zamian za przyspieszenie sprawy rozwodowej.
Usiadł na rozlatującym się krześle w pobliżu okna, zapalił. Kłębu
dymu nie wiadomo dlaczego przypomniały mu dawno umarłą matkę, więc
szybko we-pchnął papierosa w najbliższą doniczkę, wrócił do biurka,
rozłożył teczki z pa-pierami spraw którymi się zajmował i poczuł
zniechęcenie większe niż niejeden bilardzista na widok stołu gotowego
do gry.
Zatelefonował do strażnika i zapytał go czy ten przypadkiem nie
wie jak spę-dzić w miarę spokojnie kilka najbliższych lat.
- Chyba przeprowadzę się na wieś, kupie rozlatującą się budę, psa
i będę udawał - naturalnie sam przed sobą - iż życia jakiś tam
sen ma.
W duchu przyznał mu rację, ale poczucie obowiązku wzięło górę nad
mrzon-kami, więc wrócił do biura i zagłębił się w sprawę kobiety,
której konkubin wy-bił ząb trzonowy z jakże błahego powodu przespania
się z innym idiotą.
Za oknami wstał świt, dziwne pomieszanie realności z fikcją. Prawie
jak życie. I do tego to realne.
XXXVIII - Pogrzeb dziewiętnasty, nijaki,
jak prawie wszystko co nas otacza.
Ksiądz obudził się wkurwiony. Nie dość, iż nadal
nie był do końca przekonany czy Bóg istnieje, to jeszcze jego własna
gospodyni całą noc kaszlała jak nawie-dzona nie dając mu ani na
sekundę zmrużyć oka.
Jakoś wstał, pomyliły mu się pantofle przez co w łazience o mało
nie potknął się o źle wyflizowaną wannę.
- Nie dość że ja, istota wyższa, do nich z sercem, prawie za darmo,
to jeszcze jakiś nawiedzony z Jaffy nie potrafi kilku kafelek posklejać
w należnej porząd-kowi rzeczy kolejności - pomyślał.
Golił się szybko, jakby czynność ta nie za wiele miała z nim wspólnego,
a przez to naturalnie z rzeczywistością.
Nagle, zdziwiony zauważył za oknem ptaka. Mała, obesrana kruszykna
miała kształt kuli śniegowej, chociaż przecież nadchodziła dopiero
wczesna jesień
- Wszystko na tym przeklętym świecie zdążyło się już porządnie
porypać, wła-ściwie nie wiadomo tylko kiedy. I po co.
Przeszedł do kuchni, gospodyni jeszcze spała, nalał wody do czajnika
a ten po-stawił na nie zapalonej kuchence gazowej.
Z nadzieją popatrzył na paczkę papierosów, ale obiecał sobie na
palić przed śniadaniem. Przynajmniej do Wszystkich Świętych.
Z niechęcią otworzył księgę w której wikary zapisywał pogrzeby
na dany dzień. Dzisiaj przypadały trzy i o dziwo miano chować samych
facetów o iden-tycznych nazwiskach.
Ksiądz przeżegnał się, to nie mógł być przypadek, Najwyższy widać
dawał mu jakiś znak. Pozostawało jedynie zrozumienie go, właściwa
interpretacja i wycią-gnięcie faktów. Kiedy tak nad tym wszystkim
medytował do kuchni dosłownie wtoczyło się osiemdziesiąt parę kilogramów
żywej wagi.
- To ksiądz już nie śpi ? - zapytała z głupia jak tonący napoczątkowującego
go rekina.
- Jak mogę spać, kiedy cały świat wali się jak domek z kart.
Kobiecina szybko przeżegnała się wprawnym, przez lata wyćwiczonym
ru-chem i suchą jak szynka na siodle pod Tatarem zapałką zapaliła
gaz..
- Nic mi się nie chce - powiedział ksiądz jakby do siebie, ale
na tyle głośno, iż kobiecinie szklanka wypadła z zakrzywionej w
nieprawidłowym kierunku dłoni.
- Co też proboszcz mówi ! - krzyknęła - arytmetyczna dawana na
tacę stale ro-śnie, coraz więcej dzieci rodzi się z legalnych związków,
komuniści wracają gdzie ich miejsce, czyli do lasu, może nawet
założą partyzantkę.
- Chowam dzisiaj trzech facetów o takich samych imieniach i nazwiskach,
na szczęście o rożnych porach. Czy to nie dziwne ?
Kobieta z sobie tylko znanego miejsca wydobyła butelkę koniaku
i postawiła na stole pośród samych świętych przedmiotów jak : popielniczka,
solniczka, kałamarz, pędzel do golenia.
- Według mnie - nagle zupełnie bez sensu odezwał się ksiądz - czterech
naj-brzydszych mężczyzn na świecie to : Andre Agasi, Jasir Arafat,
Krzysztof Krawczyk i Bronisław Wildstein.
Gospodyni nalała po porządnym kielichu, a kiedy woda na gazie dała
znać o swoim istnieniu wypiła, usta otarła w fartuch, wstała i
do zawczasu przygoto-wanych szklanek nalała po trochę brunatnego
płyn u.
- Co drugiemu Burek na imię - odezwała się filozoficznie kiedy
znowu znalazła się przy stole - fakt, iż trzech jednakowo nazywających
się facetów chowamy tego samego dnia ma - według mnie - takie samo
znaczenie jak długość wąsów Wałęsy.
- Może Bronia ma rację, ale odkąd wyświęcono mnie na księdza, a
było to już ze dwadzieścia smutnych roków w tył, po prostu nie
wierzę w cuda. I tyle.
Przez kilka minut siedzieli w milczeniu popijając na zmianę to
koniak to her-batę.
- Przypominam o porannym nabożeństwie - nagle odezwała się gosposia
- ze sześć wdów z okolicy szykuje się na...
Ksiądz nie słuchał tego co mówiła, zastanawiał się czy nie zatelefonować
do biskupa i nie zapytać go czy przypadkiem te trzy pogrzeby to
nie...
- Już czas, dochodzi wpół do siódmej - nie ubłagalny gestapowiec
stał w drzwiach w kuchni wskazując na zachrystję.
Z niechęcią godną posła Sejmu ksiądz powlókł się na salę obrad,
jakoś prze-brnął przez wszystkie punkty porządku dziennego, wrócił
do kuchni i znowu się napił.
- Nie za ostro ? - gosposia smażyła jajecznicę której smród potrafiłby
pewnie wskrzesić niejednego umarłego.
- Na czym ją smażycie ? - ksiądz złamał niepisane zasady nie wtrącanie
się w sprawy przyziemne.
- Jak to na czym ? Oliwa z oliwek trzeciego tłoczenia, w ubiegłym
tygodniu ktoś pozostawił ją pomiędzy ławkami, więc...
Wyszedł przed plebanię. Kilka kaczek goniło indyka, urwane rok
temu z okła-dem koło od wozu drabiniastego porosło mchem i marksizmem,
kilka młodych panienek z daleka machało do niego nadwyrężonymi
dłońmi.
- Kolejny, francowaty dzień - pomyślał - do tego trzy pogrzeby
pewnie tego samego faceta. Jak to możliwe ?
XXXIX.
Padało. Małe krople słońca spadały na podłogę,
świeżo cyklinowaną, i pozo-stawiały na niej rysy jak pociski na
domach w mieście Groźny.
Kilka furgonetek przepełnionych zjełczałym smalcem próbowało pogodzić
się z rzeczywistością, ale nikt nie zwracał na nie uwagi.
Framuga okna pobliskiego domu błagała o ratunek. I tak w koło.
Od ponad dwóch tysięcy lat.
Jak w takich warunkach można normalnie pracować, zdradzać żonę,
myśleć o inżynerii kwantowej, czy chociażby zastanawiać się, dlaczego
herbata marki Ulung nagle straciła na popularności.
Same dziwactwa. I strach przed nienazwanym. Najgorsze w tym wszystkim
jest jednak poczucie osamotnienia, szczególnie u ludzi, którzy
coś już przeżyli. I nie wierzę, iż cokolwiek w ich życiu może się
jeszcze zmienić na lepsze.
Jeden z takich właśnie typów stał oparty o siebie i na nic nie
czekał. Po prostu stał tak, by - jak to nazywał - zajebać czas.
A ten, jak wiadomo, ciągnie się w nieskończoność.
- Przecież - powiedziałem do niego niestety bez zastanowienia -
każda tak bez-sensownie przestana chwila przybliża pana ku śmierci.
- A inne nie ?
Rzeczywiście, miał rację. Wszystko zmierza ku końcowi. Aktualne
pozostaje jedynie pytanie : kiedy.
Po co już wiemy, by dłużej się już nie męczyć.
Facet nie miał pewnie więcej niż czterdzieści dwa lata, ale wyglądał
na dziadka Stalina. Brudny wąs, niezmącona inteligencją twarz,
dłonie podobne do prozy Władysława Reymonta.
Poza tym ubrany był jak statysta z eksperymentalnej sztuki Gombrowicza
lub Witkacego, na dodatek wystawianego przez prowincjonalny teatr
amatorski, któremu brakuje środków nawet na bilety komunikacji
miejskiej.
- Dzisiaj śnił mi się marszałek Piułsudski. Podszedł do mnie, naturalnie
zasalu-tował i zapytał, czy warto było wojować z bolszewizmem.
- I co mu pan odpowiedział ?
- Cholera, ale nie zdążyłem. Obudził mnie ankieter ze stu ośmioma
pytaniami czy w związku ze wstąpieniem do Unii przedkładam wakacje
w Hiszpanii nad Włochami.
Zrobiło mi się jakoś smutno, więc porzuciłem opartego o siebie
człowieka cze-kającego na śmierć, ponieważ tylko ona go jeszcze
jakoś tam interesuje i trzyma przy życiu, i wstąpiłem do najbliższej
księgarni.
Książek więcej niż kiedyś wojsk radzieckich w regionach nadmorskich,
ale nie ma co czytać. Same kobiece gówna plus Pilch.
- Pan rozgoryczony - na wpół rozebrana ekspedientka z wyraźną niechęcią
po-deszła do mnie i pokazała czym nie obdarzyła jej natura.
- Miałem ciężki dzień - nie wiadomo po co zacząłem się usprawiedliwiać
- ko-bieta którą kocham, ojca widywane rzadko, na dodatek ten zalew
marchewek...
Odeszła ode mnie szybciej niż niejeden poborowy proszący o dopłatę
do dar-mowego przecież biletu.
Na szczęście przestało padać, cyklinowana podłoga zamieniła się
w bajoro, a dzieci, jak to one, nie wiedziały ( lub udawały że
nie wiedzą ) co to przeznacze-nie.
A to było dla mnie nieosiagalne.
XL. Pogrzeb dwudziesty, antyklerykalny.
Nie wiem, jak to możliwe. Chować księdza a pogrzeb
przemienił się w manife-stację sprzeciwu przeciwko wszystkiemu,
co w jakiś sposób związane jest z ko-ściołem.
Zbytnio mnie to nie interesowało, ponieważ na cmentarzu znalazłem
się zupeł-nie przypadkowo.
Poszukiwałem zagubionego dzieciństwa i ze wszystkich miejsc w których
jeszcze nie byłem wypadło na cmentarz.
Taki sobie. Drzewa, smród palonych śmieci, nieboszczycy przysypani
brud-nym piaskiem i, pewnie by się nie podnieśli, przyłożeni marmurowymi
nagrob-kami.
Zapaliłem, usiadłem na najbliższym grobie i z wyraźnym zdumieniem
zauwa-żyłem grupę ludzi wznoszących niecenzuralne okrzyki, a obok
kilku kapłanów jakby nic się nie działo robiło swoje, czyli przygotowywało
wszystko czego na-kazuje liturgia do spuszczenia trumny do świeżo
wykopanej jamy.
- Daj szluga.
Dziewczyna, która nagle i nie wiadomo skąd pojawiła się koło mnie
nie miała więcej jak siedemnaście lat.
- Nie palę, poszukuję siebie.
- Na cmentarzu ? - w jej oczach początkowe zainteresowanie moją
osobą za-częło przemieniać się w strach.
- Ostatecznie mogę zrobić ci laskę, jak nie trenuję przynajmniej
kilka razy w tygodniu wychodzę z wprawy i w weekendy na dyskotekach
mam przechlapane. Człowieku, napiera młodzież i taka starość jak
ja jest w odwrocie.
Podziękowałem jak potrafiłem najuprzejmiej i zapytałem co dzieje
się po dru-giej stronie cmentarza.
- Chowają naszego człowieka, chociaż nosił koloratkę. Popijał,
zadawał się z kobitkami, czasami nawet walną służbową, kościelną
lancią w radiowóz. A teraz umarł. I czarni, znaczy jego współwyznawcy
zataili datę pogrzebu. Ale od czego Abwera ? Wysłaliśmy smutną
Jolę i wikary po pierwszym wsadzie wszystko wyśpiewaj. Trzymaj
się, spadam i spróbuj patrzeć na świat oczami normalniaka, nie
arystokraty.
Nie wiem, co miała na myśli, ale nie ośmieliłem się jej o to zapytać,
pewnie mogła zrozumieć to na zgodę...
W trzy dni później w miejscowej gazecie ukazał się całostronnicowy
tekst wy-chwalający zalety ducha i moralności księdza, którego
pochówku byłem przy-padkowy świadkiem.
Poszedłem z tym tekstem do odpowiedniego w mojej parafii wikarego
i opo-wiedziałem wszystko, co na cmentarzu usłyszałem od dziewczyny.
Zsiniał ze złości. Podarł gazetę a mnie kopniakiem w tyłek wyrzucił
z zachry-stji. Pewnie miał rację, ponieważ Prawda bywa różna, lub
przynajmniej niepeł-nosprawna, jeżeli mogę tak powiedzieć.
W kilka dni później, zupełnie przypadkowo, spotkałem dziewczynę
z cmenta-rza. Nie poznała mnie, więc musiałem się przypomnieć.
- Ach tak, jedyny, który nie chciał bym zrobiła mu dobrze.
Tym razem już nie byłem taki głupi. Weszliśmy do pierwszej lepszej
bramy, królowało w niej królestwo niebiańskie, czyli brud, smród
i ubóstwo. Po kilku sekundach było już po wszystkich.
- Ale byłeś napalony ! - w jej ustach pewnie był to komplement
- może się do nas przyłączysz ? W tym tygodniu protestujemy przeciwko
budowie autostrady EE - 11.
- Z laseczką, czy bez ?
- A jak byś wolał ? - w jej oczach było coś na tyle nieprzewidywalnego
że po-dałem jej zmyślony numer telefonu i poprosiłem by się odezwała,
ponieważ wyjeżdżam na kilka dni.
W wiele lat później została żoną znanego polityka i na jakimś przyjęciu
zacią-gnęła mnie do toalety, zrobiła co umiała najlepiej i wyszeptała
:
- Ale byłeś durniem, przecież mogłam wyjść za ciebie i teraz ty
byłbyś - jeżeli wolno mi tak powiedzieć - na ustach wszystkich.
Kiedy wyszła myłem się wyjątkowo staranie, ale brud pozostał do
dzisiaj. Wszędzie.
XLI.
Pół nocy przesiedziałem wpatrując się w ścianę.
Nie pomogło. Obraz w trzech, zamiast zwyczajowo czterech, listewkach
nie dawał mi zasnąć.
Nie za bardzo wiedziałem co przedstawia, ale nie miało to większego
znacze-nia. Tak samo jak wojna w Czeczeni, kobiety lubiące słuchać
poważnej muzyki, czy mrówki faraona atakujące kolejną miejscowość.
Wstał ( wstałem ) podszedłem do okna i popatrzyłem na nieistniejący
świat. Nie za bardzo różnił się od obrazu w trzech, zamiast czterech,
listewkach.
Podobne, abstrakcyjne ześrodkowanie kilku kolorów w nic nie znaczące
pla-my, przerażająca szarość tła jak i zupełnie niedostępna treść
robiły z obrazu ( rzeczywistości ) nie dającą się zrozumieć pustkę.
Przeszedłem do kuchni, kawałek rozbitej szklanki z zardzewiałym
cukrem przestawiłem na parapet okna, nalałem brudnej wody do nie
mniej odrażającego czajnika i ... Właśnie ? Czym miałem się zająć
? Czekał na mnie - jakby - ko-lejny dzień, w którym kompletnie
nie miałem nic do zrobienia.
Z pracy wyrzucono mnie już dawno za - jak to nazwano - brak twórczej
ini-cjatywy, ale jak przy szlifierce obrabiając przez lata kolejne
zwoje blachy, moż-na wykazać się jakąkolwiek inicjatywą ?
Polityka, jak i sport kompletnie mnie nie pociągały. Podobnie kobiety,
z tą jed-nak drobną różnicą, iż kilka lat temu jedna taka, wcale
się nie czesząca, chciała się do mnie wprowadzić, ale szybko wybiłem
jej ten pomysł z głowy. Dla bez-domnych istnieją przytułki, noclegownie,
w ostateczności Monar, a nie znerwi-cowany facet mający problem
z obrazem składającym się z trzech, zamiast zwy-czajowo czterech
- listewek.
Woda zgotowała się więc wyłączyłem gaz, odczekałem chwilę i na
nowo włą-czyłem. Z upływem lat człowiek robi się aż za bardzo despotyczny.
Woda gotująca się tylko raz zaczyna nie wystarczać, psy są wyłącznie
do od-strzału a windy w blokach wysypiskami śmieci.
Nie za bardzo tylko wiadomo jak potraktować śmierć ? Czy jako zwyczajną,
nieuniknioną konieczność, czy raczej jako niekontrolowany do końca
wybryk przyrody.
Zapaliłem papierosa, chociaż smakował jak wczorajszy dzień, dotknąłem
jedy-nej świętości którą posiadałem, czyli metalowego pudełeczka
w którym prze-chowywałem trzonowy ząb matki, znowu wyłączyłem gotującą
się wodę, ale tym razem nalałem szarego, wrzącego płynu do czegoś,
co pewnie kiedyś było kubkiem.
Po kilku łykach wrzątku wstąpił we mnie dziwny spokój, od lat zapomniałem,
iż człowiek może się tak czuć.
Otworzyłem okno, Natychmiast nie do końca wyjaśnione tajemnice
świata wpadły do kuchni i potłukły kilka ostatnich garnków, jakie
udało mi się ocalić przed zagładą.
Żydom nie poszło łatwiej. Nie wiem dlaczego o nich pomyślałem,
ponieważ poza krótkim epizodem sprzed lat, kiedy to lekko napity
zasnąłem w synagodze nie miałem z nimi nic wspólnego.
W pewnej chwili uśmiechnąłem się, właśnie uprzytomniłem sobie,
iż dzisiaj jest dzień, w którym listonosz przyniesie list który
napisałem sam do siebie.
Robiłem tak od lat. Mniej więcej raz na dwa tygodnie gryzmoliłem
kilka słów, przeważnie o roli buraka cukrowego w planowanej gospodarce
socjalistycznej, lub o bezsensie wałowania problemu całunu turyńskiego,
wkładałem kartkę do koperty, adresowałem na własny adres i wlokłem
się w pobliże poczty.
Strasznie lubiłem dzwonek listonosza do drzwi i jego słowa :
- Panie Kant, znowu ktoś do pana napisał.
Za każdym razem dawałem mu dwa złote, list wyrzucałem do kosza
i jakoś egzystowałem. Może poza nierozerwalnym problemem z trzema,
zamiast czte-rech, listewek przy obrazie.
Nie inaczej było i dzisiaj. To, że byłem Kantem nie miał tutaj
nic do rzeczy. Kantem się na szczęście tylko bywa, kiedy człowiekiem
się jest. Całe życie, obojętne jak długie.
Napiłem się przegotowanej wody, jeszcze raz popatrzyłem na trzy,
zamiast czterech listewek, położyłem do łóżka i o dziwo nie śniło
mi się nic.
Taki widać los. Lub przeznaczenie. Zupełnie obojętne dla człowieka,
któremu wszystko wisi.
XLII. Pogrzeb dwudziesty pierwszy, nijaki.
Umarł, i jak to idiota, dalej miał o to do siebie
pretensje. Nie interesowała go wdowa, dzieci, rodzina, prawie ślepa
matka.
Jak zwykle przejmował się tylko sobą, ale teraz już przecież nie
istniał, to o co do cholery miał pretensje ?
Te, do Pana Boga raczej na cmentarzy bywają niewskazane, a tym
bardziej mieszanie się w sprawy tak przyziemne, jak kolor zwiędłych
kwiatków warują-cych przy trumnie sklejonej z najtańszych desek.
Ubrano go najskromniej jak tylko możliwe, czyli w cuchnącą rozpuszczalni-kiem
marynarkę, prążkowe spodnie, które jakiś cyrkowiec zostawił uciekając
w popłochu przed wracającym do domu o niewłaściwej porze narzeczonym
córki.
Na głowę nałożono mu furażerkę dziadka i po krzyku. Stopy miał
bose, ponie-waż nie wiadomo dlaczego spuchły mu nogi i żaden ze
starych trepów nie pa-sował.
Ale przecież na pogrzebie nie o takie drobiazgi chodzi. Najważniejsza
jest ro-dzina, czyli nic.
Jednak to nic stało teraz nad wyziębłą dziurą wpatrując się w leżącego
w niej martwego ptaka.
Skąd, po co i dlaczego tam się znalazł nikt nie wiedział, nawet
lekko zażeno-wany ksiądz. Jakby nie było przyszedł chować człowieka
- kim by ten nie był - a tutaj kilka piórek i pysk coś na kształt
pelikana.
Z nienawiścią popatrzył na chłopów zawiadującym na cmentarzu ruchem,
co prawa trochę wskazującym na spożycie, ale przecież ci nie muszą
dmuchać w alkomat, by dusza dotarła do nieba, machnął więc kropidłem,
skinął głową ro-dzinie i kolejna istota pożegnała się z tym najsmutniejszym
ze światów.
Jednak rodzina nie poruszyła się. Nie potrafiła zrozumieć, że to
już po wszyst-kim. Nie mieściło się jej w głowach, iż w tak ekspresowym
tempie można prze-stać istnieć.
W końcu najstarszy wiekiem, czterdziestopięcioletni zawiadowca
nieistniejącej od lat stacji chrząknął :
- Pora coś wypić.
Wszyscy jakby tylko na tę chwilę czekali. Rzucili chabaziami gdzie
kto chciał i ruszono na poszukiwanie filii hotelu Exelsior.
Znaleziono go w nieodległej stodole. Obraz jak ze złego Chełmońskiego,
cho-ciaż tak na dobrą sprawę większość jego obrazów trąci kiczem.
Za obskurnym barem Żyd karczmarz w fartuchu pamiętającym wyjście
Żydów z Egiptu z zadziwiającą skrupulatnością obmierzłą od starości
szmatą czyścił porcelanową zastawę, co chwilę spluwając na iskrzącą
się błysku to wazę, to talerz.
- Przyszliśmy - nie wiadomo po co zaczął usprawiedliwiać się najstarszy
z rodu - napić się za zdrowie co dopiero pochowanego brata.
Karczmarz popatrzył na nich jak na trędowatych.
- Człowieka nigdy się nie chowa, co najwyżej na chwilę zapomina.
Wskazał im stół chory od nienawiści, dla dodania powagi lokalowi
który prze-cież reprezentował przejechał po nim ścierą i o nic
więcej nie pytając postawił przed nimi kilka butelek samogonu,
talerz suszonych śledzi, ogórki.
- Kto za to wszystko zapłaci ? - przeraził się ktoś tam z rodziny.
- Stwórca.
Nad ranem, kiedy pierwszy śnieg przykrył już wspomnienie o zmarłym,
a tym bardziej o ptaszysku o pysku pelikana wytoczyli się na gnijący
od nienawiści świat.
- Czasami, przyjemnie jest umrzeć - powiedział siedemnastoletni
uczeń jakiejś idiotycznej szkoły, uczącej jedną śrubkę wkręcić
w drugą, tylko nie wiadomo po co.
Popatrzono na niego jak na to zasłużył, czyli nijako, zatrzymano
przejeżdżają-ce akurat sanie i popłynięto nimi do Nieba.
Tutaj na dole nie zostało już nic do zrobienia. Przynajmniej dla
większości z nich.XLIII. Czas posiada w sobie
dziwną mieszaninę nienawiści, rozczarowania, tęsknoty oraz głupoty
pomieszanej z kątem prostym.
Ale tylko pod pewnymi względami. Już zostać naukowcem graniczy
z cudem, a co dopiero dróżnikiem, listonoszem, lekarzem, czy chociażby
wynalazcą ma-szynki do golenia.
Podobnie ma się sprawa z kobietami. Nie istnieje nic gorszego (
nawet wojna krymska ) od istoty noszącej przed sobą dwa cycki,
malującej się jak nie przy-mierzając pisanka w Boże Ciało, a na
dodatek mającej pretensje do prawie całe-go świata o niedocenianie
jej roli w sprawie wypraw krzyżowych.
Uprze się taka, nakrzyczy i już pisma tak zwane kobiece, czyli
dla komplet-nych idiotek, lecą przeprowadzać z nią wywiad.
Niby taka inteligentna, mądra, oczytana. Wie z kim graniczy Eufrat
i Tygrys. Do tego zdjęcie, koniecznie na tle kolorowej makatki
i już można drukować pół miliona pustych stron.
Odkąd ludzkość istnieje zawsze było podobnie. Kobieta uzurpowała
sobie prawo do decydowania o losach świata, sypialni, stajenki.
Już trochę gorzej, kiedy trzeba cyfrę sześć dodać do cyfry osiem.
Ale przecież każdy z nas ma jakieś wady, Nie bądźmy zbyt drobiazgowi.
Podobnie rozumował pewien dżentelmen, którego małżonka już trzecią
noc nie wracała do domu.
- Pewnie zapomniała drogi - myślał przewracając się na drugi bok.
W końcu jednak nie wytrzymał, umył się, ogolił, założył najlepszy
garnitur i zameldował się na komisariacie.
Chaos panował tam kompletny, ponieważ akurat uciekł Policji ostatni
sponsor i ta stanęła przed nie dającym się w żaden sposób rozwiązać
dylematem, czy zre-zygnować z kupna ołówka kopiowego, czy spinaczy.
- Zaginęła mi żona - powiedział nieśmiało w pustkę ziejącą z wyziębionego
okienka, za którym powinien siedzieć dyżurny podoficer.
- I co z tego ? - opowiedziała niewidzialna twarz - nam dosłownie
ucieka wszystko, nawet przestępcy, ale z nimi mamy najmniejszy
problem. Pobawią się, popija i sami wracają. Gdzie będzie im tak
dobrze jak nie u nas ? Karmimy ich trzy razy dziennie, nie muszą
płacić za telewizyjny abonament i nawet raz na jakiś czas jakaś
gazeta przy kiblu się znajdzie, to się trochę ukulturalnią.
- Ale ja ją kocham i tęsknię.
Poszczuto go niezapłaconymi podatkami. Oddech odzyskał w okolicach
pod-miejskich. Las, cisza, resztki pomnika generała Świerczewskiego,
nawet niedo-palony do końca pet.
Usiadł na przydrożnym słupku i zapłakał. Tyle lat nienawidził tego
przeklętego babska, a teraz nie wyobrażał sobie bez niej życia.
Nagle zatrzymał się przed nim jakiś samochód o zatartej nazwie
marki. Mar-sjańska twarz około trzydziestki wychyliła się przez
nie domknięte okno.
-- Szukam chłopa - wyznała z rozbrajającą szczerością.
Mężczyzna obejrzał się za siebie, jakby Reforma Rolna anno domini
45 czaiła się tuż za jego plecami.
- I co z tego ? - głupszego stwierdzenia nie potrafiłby wymyślić
nawet autor ty-pu SF.
- To znaczy wskakuj do środka, cholernie przez tę otwartą szybę
wieje.
Zawiozła go do dość przeciętnie umeblowanego namiotu, górnolotnie
zwanego przez pospólstwo daczą i tam kilkakrotnie wykorzystała
seksualnie.
- Czym się zajmujesz ? - zapytała w końcu, kiedy znowu wrócił jej
oddech.
- Czekam na żonę, do wczoraj nie było jej już ze trzy noce.
Kobieta zaczęła się histerycznie śmiać, spadł jakiś obraz, może
garnek, gdzieś zapłakało dziecko.
- I czym się idioto przejmujesz ? Znajdź sobie nową, na ten przykład
mnie. Mój stary pojechał na ochotnika do Iraku i za nic nie chce
wracać.
Wyszedł przed dom i udawał, iż się zastanawia. Ta była o niebo
przystojniejsza od zgu by, młodsza, a co najważniejsze nie kazała
mu po każdym - jakże rzad-kim - stosunku odmawiać zdrowasiek.
Zgodził się i żyją szczęśliwie, jeżeli cokolwiek to znaczy i nie
mija się z praw-dą, która jak powszechnie wiadomo nie zawsze przebieg
zgodnie z oczekiwa-niami ogółu.
XLIV. Pogrzeb dwudziesty drugi, sromotny.
Padało już trzeci tydzień. Ludzie dostawali zwyczajnego
szmyrgla, a co dopie-ro najemni pracownicy cmentarza.
Jak w taką pogodę kopać groby, wpuszczać do nich zbutwiałe trumny,
nad jego ekscelencją księdzem trzymać parasol. Przecież ręce omdlewały
po każdych niepełnych piętnastu minutach.
I nagle wszystko ucichło. Znaczy cmentarz istniał nadal, tylko
jakby trochę inny. Bardziej szlachetny. A może to tylko złudzenie
optyczne kazało naiwnym wierzyć w nieomylność Absolutu ?
Nikt tego nie wiedział, a tym bardziej smutne kondukty poruszające
się za ra-dosnymi nieboszczykami.
Tych jednak nie było zbyt wielu, ponieważ okolica, w której cmentarz
ten się znajdował należała do ludzi żyjących zbyt długo, jak na
wymogi księdza pro-boszcza.
- To wbrew naturze - krzyczał czasami kiedy wypił za dużo o kilka
kieliszków nalewki - żyć więcej niż czterdzieści pięć lat. Kto
to widział ? W Średniowieczu przeciętna długość życia wahała się...
Natychmiast nalewano mu nowy kieliszek i na chwilę panował spokój.
Ale nie tego dnia, ponieważ, kiedy po trzech tygodniach bezustannego
potopu nagle przestało padać ludność ogarnęło przerażenie.
Czym zasłużyli na taką niesprawiedliwość ? Padało ? Rozumiemy.
Ale nagle przestało ? Dlaczego ? Czym zawiniliśmy ? Głosowaliśmy
nie jak ksiądz naka-zał z ambony ? Za mało dawaliśmy na tacę ?
Na szczęście jednak po kilku godzinach znowu zaczęło padać i równowaga
w przyrodzie w okolicy, w której leżał opisywany cmentarz wróciła
do jako takiej równowagi. Chociaż określenie to nie znaczy nic.
Gdyż niby dlaczego ?
Pada deszcz, wszystko w porządku, nie pada, tym bardziej, ale że
by padało, przestało, a za chwilę na nowo zaczęło nie pasowało
do żadnego znanego przy-padku z dziejów historii pamiętanych przez
najstarszych wiekiem okolicznych mędrców.
Znudzony tym wszystkim ksiądz poprosił trzymającego nad jego głową
parasol wieśniaka, by już dał sobie spokój, machnął kropidłem i
ruszył w stronę pobli-skiej gospody.
Trochę zbulwersował tym kilka dewotek, ponieważ jak ksiądz może
przekro-czyć progi wytyczone przez Szatana ?
Jednak księdza zupełnie to nie wzruszyło. Usiadł przy brudnym stole,
zamówił kaszankę, kufel piwa i kieliszek anyżówki.
- Przecież jego ekscelencja posiada gosposię - nieśmiało zapytała
kelnerka.
Ksiądz popatrzył na nią jak na przedmiot, którym pewnie była.
- I co z tego ? Czy władzy, w tym wypadku duchowej, nie wolno po
pracy wstą-pić do gospody i zamówić co chce ?
Zmieszana dziewczyna wykonała niewidoczny dla nikogo ( tak się
jej przy-najmniej wydawało ) znak krzyża i pobiegła do kuchni.
A tutaj czekała ją niespodzianka w postaci ojca właśnie co pochowanego
mło-dzieńca, który to kategorycznie zabronił podawać zarezerwowany
dla rodziny obiad na sali, na której ten bezwstydny klecha żre
kaszankę i popija ją anyżów-ką.
- Tyle lat walczyliśmy o demokracje, więc i ksiądz ma prawo usiąść
w lokalu i zamówić co chce.
Dziewczyna do dzisiaj nie wie, skąd wydobyła wtedy z siebie tyle
niespotyka-nej wcześniej determinacji.
Ojciec pochowanego zgłupiał. Wziął do ręki tasak, trzasnął nim
we framugę drzwi i wyszedł.
Najpierw na salę, gdzie jednym gestem nakazał całej rodzinie zbierać
się, a na-stępnie wsiedli do wcześniej obstalowanych furmanek i
tyle ich widziano.
- Ludzie od tego ciągłego deszczu wariują - powiedział siedzący
najbliżej księ-dza miłośnik trunków wyskokowych.
- Nie od deszczu, tylko od wilgoci. Podobno w lasach Amazonii od
wilgoci wę-że przemieniają się w strusie, a ludzie...już lepiej
nie wspominać.
Machnął tylko ręką, rękawem sutanny przetarł usta, zapomniał zapłacić
i wy-szedł. Od razu zrobiło się swoisko i przyjemnie.
XLV.
Czasami nie wiadomo co począć z czasem. Bardziej
częściej niż czasami. Ale to nie są zmartwienia współczesnych głupków.
Już w zamierzchłych czasach wymyślano wojny, zarazy, prostytucję,
sztukę by jakoś ten czas zabić.
Raz się to udawało, raz nie. Historia przeważnie o tym milczy.
I ma rację, nie ma do czego wracać.
Człowiek trochę się ponudził, coś tam poczytał, czasami podupczył
i umarł. Normalka. Gorzej, kiedy z nudy robi się sprawę, no, może
nie honoru, ale co najmniej państwową.
W państwie demokratycznym, a tym bardziej tak kulturalnym jak Polska,
oby-watel nie ma prawa się nudzić.
Jest Sejm, Senat, Premier i wiele temu podobnych instytucji ( ZUS,
PKP, TV ) służących wyłącznie rozśmieszaniu zmurszałego i zbutwiałego
społeczeństwa, czyli właściwie służących jedynie do zabijani nudy
dręczącej społeczność.
Można to także czynić na własną rękę, ale wtedy kosztuje to o wiele
więcej, a co gorsza mniej sąsiadów wie o twojej ( mojej, jego)
fantazji.
I tak toczy się ta gangrena nudy przez wieki nie omijając nikogo,
nawet profe-sorów uniwersyteckich, ponieważ nikt mi nie udowodni,
iż oni także się nie nudzą.
Podejrzewam, że nawet bardziej niż zwykły śmiertelnik, ponieważ
posiadają o wiele większą wiedzą, przez co z nudą obcują od dawna
i na co dzień.
Jednak czasami nuda odchodzi na bok, a na jej miejsce pojawia się
jej bliski krewny, czyli irytacja.
W Polsce człowieka irytuje wszystko, nawet nadmiar papieru toaletowego,
po-nieważ w duszy naszego rodaka istnieje coś takiego jak miejsce
na złość, iryta-cję i wkurwienie.
Inne nacje, przeważnie słowiańskiego pochodzenia, także taką dziurę
w okoli-cach płuc posiadają, ale nie aż tak rozbudowaną jak człowiek
( jakkolwiek by to brzmiało ) nadwiślański.
Jego wpieprza wszystko. Dosłownie. Gdyby można było pewnie w przyszłym
tygodniu zacząłby w naszym ukochanym bajzlu obowiązywać ruch lewostron-ny,
byleby tylko coś się działo.
Hymnem Polski dzisiejszej powinny stać się słowa sławnej piosenki
z Kaba-retu Starszych Panów : co by tu jeszcze spieprzyć panowie,
co by tu spieprzyć.
I nie ma cienia przesady, w tym co przed chwilą napisałem. Duch
niszczenia wszystkiego, co tylko się da i rusza, robienie z jako
tako normalnego kraju Me-sjasza Narodów, błądzenie w chmurach po
Mount Blanc to nasze narodowe bo-gactwo.
Naturalnie w cudzysłowie, ponieważ większość dzieci chodzi do szkoły
głod-na, a stan dróg - jak i umysłów obywateli - jeszcze długo
gwarantuje, iż nikt nie połakomi się na kraj Pękiem, Rokitą i Ziobrem
płynącym.
Nie ma się jednak z czego cieszyć. Należy usiąść, zapłakać i zanudzić
się na śmierć. Wtedy na pewno coś z tego powstanie. Jeżeli już
nie jako taka egzysten-cja, to przynajmniej wielka literatura.
Na szczęście niezrozumiała dla nikogo.
XLVI. Pogrzeb dwudziesty trzeci, jakby
go nie było.
Wrażenie enigmatyczne. Podobno
cierpienie mija z wiekiem. Nie wiadomo tylko którym ? Dwudzie-stym
pierwszym ? Pięćdziesiątym rokiem życia ? Po trzecim rozwodzie
?
Wszystko to jednak blednie wobec chwili, kiedy lekko zawiani grabarze
patrzą na ciebie jak na kolejną swoją ofiarę.
Masz wtedy ochotę zakłócić ceremonię, na której robisz dobrą minę
do złej gry, podejść do nich i natłuc po mordach.
Co prawda żadna praca nie hańbi ( może poza bycie posłem lub senatorem
), ale uporczywe wpatrywanie się grabarza w ciebie może doprowadzić
do trage-dii.
Naturalnie nie antycznej, lecz typowo polskiej, czyli zamieszania
nad trumną bogu ducha winnego nieboszczyka, który już i tak zrobił
swoje oddając ducha.
Opanowujesz wtedy nerwy ostatkiem wyobraźni, miętosisz kwiaty,
które i tak za moment zwiędną przygniecione nadmiarem wrażeń nie
na ludzką wytrzy-małość, czy przypominasz sobie faceta, z którym
kilka dni temu planowałeś wa-kacje w Rabie Wyżnej, a który teraz
leży kilka kroków od ciebie, i to nie ze względu na nadmiar wypitego
alkoholu.
Moim zdaniem cmentarze powinno się zlikwidować, ponieważ raz, iż
zajmują coraz więcej miejsca, przeważnie w bardzo dobrych punktach
miast, dwa gdyż grzebanie ludzi w ziemi w dzisiejszych czasach
przypomina zwyczaje pogan, od których ( ale nie wszystkich ) coś
już tam dzieli.
Dla umarłego nie ma najmniejszego znaczenia co się z jego ciałem
po śmierci stanie, to wyłącznie stereotypowe myślenie jeszcze żyjących,
każe zapełniać coraz to nowe miejsca odpadkami.
Pewnie jestem niesprawiedliwy, ale polski kult zmarłych przypomina
wierze-nia prymitywnych plemion wegetujących w dorzeczu rzeki Amazonka
w rein-karnację.
Byłeś, kochałeś, coś tam robiłeś, wszystko w porządku. Jednak po
jasną chole-rę po śmierci, masz być czczony jak wojownik plemienia
Siuksów z płaczącą wdową na czele smutnego pochodu, do tego pod
przewodnictwem faceta, któ-remu w tym wszystkim na czymkolwiek
zależy najmniej ?
Nie mam zielonego pojęcia.
Podobnie myśli przychodziły mi ( jemu ) do głowy, kiedy majestatycznym
krokiem, jak na pochodzie pierwszomajowym, posuwałem się po wyleniałej,
pełnej zdechłych liści cmentarnej alejce w kondukcie zupełnie nieznanego
mi faceta, ale szef firmy w której wegetuję wydelegował mnie jako
najbardziej re-prezentacyjnego przedstawiciela na pogrzeb wspólnika,
który nota bene był sze-fowi winny dość znaczną sumę pieniędzy,
i ja zaraz po pogrzebie miałem pani wdowie uprzytomnić, iż termin
zwrotu pożyczki mija najpóźniej za tydzień.
Czułem się jak Mesjasz, który nie wie jak Żydów wyprowadzić z Egiptu.
Tro-chę sobie łyknąłem, ale nieprzytomny mróz natychmiast wchłonął
alkohol i znowu byłem nikim, czyli sobą.
Jeszcze nie do końca zbutwiałym kawałkiem niby to człowieka. Ludzie
płakali, wdowa robiła miny jak w niemych filmach Chaplin, tłum
jakiś dziwnych gości spoglądał po sobie z zażenowaniem.
Kiedy po wszystkich mowach godnych powitania towarzysza Chruszczowa
na lotnisku imieniem Chopina ( dawniej Okęcie ) podszedłem do wdowy
przez usta nie przeszło mi ani jedno słowo o długu jej męża.
W zamian wybąkałem idiotyczną formułę godną każdego, większego
idioty, odnalazłem samochód, którego o dziwo nikt nie ukradł, wróciłem
do pracy i w kilka sekund napisałem prośbę o zwolnienie z powodu
problemów z prostatą.
Sekretarka kiedy przeczytała tych kilka zdań popatrzyła na mnie
z litością.
- Nie mogłeś powiedzieć mi o tym kilka tygodni wcześniej ? - jakby
tych kilka nocy które spędziła ze mną miały uczynić ją trędowatą.
- Dowiedziałem się o tym dopiero przed chwilą, do tego na cmentarzu.
Tego, nawet jak na kobietę z charakterem było już za wiele. Po
prostu wska-zała mi drzwi, które z przyjemnością otworzyłem.
I jakby od razu znowu znalazłem się na cmentarzu. Miasto pachniało
( śmier-działo ) śmiercią.
Snuły się po nich trupy, a ja byłem jednym z nich, chociaż według
Urzędu Skarbowego i byłej żony co miesiąc czyhającej na alimenty,
nadal żyłem.
Ale przecież życie to nic innego jak pozory. I tylko one jakoś
do dzisiaj trzy-mają mnie przy nadziei, chociaż tyle ona warta
co grób na cmentarzu. Albo na-wet mniej.
XLVII.
To stara prawda, nie wiadomo jak postępować z
rozbitkami. Każdej maści, płci, wieku, preferencji seksualnych,
czy przekonań religijnych.
Rozbitek jest jak rak. Toczy i zżera wszystko, a najbardziej ciebie
( jego ) który mu pomógł. Rozbitków należałoby z powrotem odsyłać
na bezludne wyspy, lub odseparowywać w pojedyńczych celach, do
których nie dociera ani jeden pro-mień dziennego światła.
Tacy są bezczelni. Co prawda każdy z nas w jakiś tam sposób jest
rozbitkiem, ale dla sprawy nie ma to większego znaczenia.
Są okropni, bezczelni a na dodatek ignorantami.
By nie być gołosłownym opowiem o jednym z nich. Poznałem go ( poznał
), jak zwykle większość znajomych, na stacji benzynowej.
Do dzisiaj nie wiem, co człowiek bez samochodu, a nawet prawa jazdy
robił na stacji benzynowej, do tego w czasach, kiedy nie było na
nich sklepów, barów, restauracji, bezpłatnych toalet.
Podszedł do mnie jak do starego przyjaciela i z rozbrajającym uśmiechem
za-pytał jak czuje się żona.
- Czyja ? - zbaraniałem, ponieważ własną żonę po raz ostatni widziałem
w dniu ślubu. Tak zresztą byliśmy umówieni. Żenimy się, wymieniamy
obrączkami i do widzenia. Najwyższy stopień miłości.
- Jakie to ma znaczenie czyją - odpowiedział, widocznie chciał
przedłużyć roz-mowę, a ja dałem się na ten stary, ubecki chwyt
nabrać.
- Żony przeważnie bywają nijakie - wypaliłem bez głębszego zastanowienia.
I to mnie zgubiło, ponieważ zaprosił mnie do najbliższego zajazdu
( trzydzieści kilometrów wyboistej drogi ), kazał sobie podać tatara
i przez ponad trzy kwadranse tłuma-czył, jakie to żony ( wszystkie
) bywają wspaniałe.
Typowy rozbitek, tylko wtedy o tym nie wiedziałem ( wiedział ).
W kilka chwil później podeszło do niego kilku dość dziwnie wyglądających
gości, ale mój nowy znajomy popatrzył na nich jak na zjawy - którymi
pewnie byli - i ci momentalnie zniknęli.
- Ma się ten dar przekonywania - powiedział nie bez wyraźnej satysfakcji
- raz nawet radzieckiemu kosmonaucie udowodniłem iż kłamał twierdząc
że był w przestrzeni okołoziemskiej.
Nudził mnie jak własna żona trzy miesiące po ślubie, ale zacisnąłem
zęby. Bywanie na stacjach benzynowych jakby nie było do czegoś
zobowiązuje.
- Piszesz wiersze ?
Popatrzyłem na niego jak afrykański watażka na chwilę przed egzekucją.
- Naturalnie, ale wyłącznie o fiołkach, niedoszłych stosunkach
seksualnych i Nowej Fali w poezji.
- Prawie jak ja.
Udawałem, że nie rozumiem. Jak można z przygodnie poznanym idiotą
ze sta-cji benzyn owej dyskutować o zawiłościach poezji Nowej fali
?
Powiedziałem to nawet na głos. Popatrzył na mnie jak na emigranta
z Kazach-stanu, którym zapewne byłem.
- To, że nie napisałem jeszcze ani jednego wiersza nie upoważnia
pana do sta-wiania aż tak drastycznych uwag, na dodatek kompletnie
mi nieżyczliwych.
Zasłoniłem się butelką nie otwartej puszki piwa. Gdzieś w oddali
niesamowicie wył jakiś pies, może człowiek ?
Nie wiedziałem, siedziałem jak na tureckim kazaniu, patrzyłem w
obcą mi gę-bę, wysłuchiwałem nadawania na Polskę ruskich kierowców
ciężarówek, któ-rym od dobrobytu w wysokości sześciu dolarów na
dobę przewróciło się w gło-wach.
Poza tym było w miarę normalnie. Świat - od lat - zmierzał ku jakiemuś
tam końcowi, kobiety rozrastały się, przeważnie w szerz, człowiek,
jak to on, wła-ściwie dokładnie nie wiedział dokąd zmierza.
Nie miało to jednak większego znaczenia. Byliśmy, obojętne kim,
i tylko to gdzieś tam się liczyło.
Jakby w ostatecznym rozrachunku miało to jakieś znaczenie.
XLVIII. Pogrzeb dwudziesty czwarty, nudny,
jak tylko pogrzeb być potrafi.
Dniało. Szare odpryski nocy powoli przebijały
się przez naciągnięte na powło-kę dnia nie wyprane przez nikogo
brudy.
Na szczęście nikt się tym zbytnio nie przejmował. Za dużo było
w ludziach nieszczęścia, biedy, gnoju by jeszcze zwracać uwagę
na coś tak przyziemnego jak kończąca się noc.
Nad czymś, co prawdopodobnie za dnia było grobem stał niski mężczyzna
w rozpiętym płaszczu, z nie zapalonym papierosem pomiędzy spuchniętymi
war-gami i płakał.
- Za kilka godzin włożą cię to tej wstrętnej jamy, a ja nawet nie
będę mógł za-protestować. Ba, nawet nie wypada mi powiedzieć ani
słowa sprzecznego z pseudomoralnością -chrześcijańską.
Z trudnością namacał w kieszeni wyleniałego płaszcza nadwątloną
piersiówkę i pociągnął z niej spory łyk.
- Jak teraz będę żył ? - zapytał bardziej sam siebie niż cokolwiek,
co w pobliżu jakoś tam egzystowało.
Nie doczekawszy odpowiedzi niepewnym krokiem ruszył w stronę wyjścia
i tam natknął się na zamroczonego nocnym czuwaniem stróża, który
z wrażenia upuścił grabie, jakie nie wiadomo po co nosił przez
całą noc ze sobą.
- Co pan tutaj robi o tak wczesnej godzinie ? - zapytał z wyszukaną
elegancją. Lata spędzone na sali Sejmowej w tak zwanym sejmie kontraktowym
widać nie poszły na marne.
- Żegnam się z czymś, co z mojego brata pozostało. Czyli niewiele.
Nocny stróż popatrzył na niego jak na pelikana, zaprosił do nie
opalanej budki służącej mu za drugi dom, spod opasłego tomu Braci
Karamazow wydobył bu-telkę anyżówki.
- Przynajmniej w porządku był z niego człowiek ?
- Ma się być. Karmił gołębie, alimenty zawsze płacił w terminie,
ale tylko nie-które. Te, co do których ojcostwa nie był pewien
wysyłał na adres chorych na AIDS.
Wypili po naparstku obrzydliwego świństwa, zapalili, na horyzoncie,
gdzieś na wysokości Grenlandii pokazał się pierwszy promień słońca.
- W zasadzie nie znaliśmy się dobrze...
...jak to ludzie...
- Co prawa przyjeżdżał do mnie z dokładnością zegarka co dwa lata,
zawsze we wtorki, przywoził kawałek suszonej kiełbasy i zdjęcie
nowego dziecka, ale w zasadzie jego wizyty rozstrajały mnie nerwowo.
Nie miał nic od powiedzenia o polityce, a bez niej jak bez wody.
Po prostu nie da się żyć.
Nocny stróż poczuł swojego człowieka, więc anyżówkę zamienił na
coś bar-dziej kulturalnego.
Popijali tak mniej więcej do godziny dziesiątej, później zasnęli.
Obudził ich mróz i zmierz. Cmentarz był pusty, nie grasowały na
nim nawet hieny, ponie-waż dzisiaj w Polsce już i na cmentarzach
nie ma co ukraść.
- Jezus Maria - krzyknął facet, który przed kilkoma dniami stracił
brata - prze-spałem jego pogrzeb!
- Jakie to wobec wieczności ma znaczenie? - próbował pocieszyć
go nocny stróż - po drugie opowiadałeś o jeszcze jednym bracie.
Na jego pogrzeb na pewno się nie spóźnisz, już tego dopilnuję.
Zdesperowany wydobył butelkę śliwowicy trzymaną specjalnie na swój
po-grzeb, ale nieszczęśnik, który zaniedbał nawet pogrzeb brata
nawet na nią nie spojrzał.
Zarzucił - do tego na lewa stronę - przenicowany płaszcz i gdzieś
tam poleciał.
Nocny stróż patrzył za nim długo i przenikliwe. W końcu nalał sobie
szklankę śliwowicy, wypił, resztkę ze szklanki delikatnie wlał
w ogień.
- I do czego tak się spieszyć ? Jaka jest w gruncie rzeczy różnica
kiedy się umrze ? Żadna. A jeszcze mniejsza że nie było się obecnym
na pogrzebie brata. Dla niego to przecież bez znaczenia, ale człowiek,
szczególnie Polak musi cier-pieć, najlepiej na wyrzuty sumienia.
Założył zużyty deszczowiec i krokiem człowieka zrezygnowanego do
cna po-dreptał w miejsce, w którym miano pochować brata jego dwunastogodzinnego
kompana.
Ale o dziwo w tym miejscu ziemia nie przyjęła tego dnia ani jednego
ciała. Widocznie facetowi pomyliły się albo cmentarze, albo rodzeństwo.
Lub wszyst-ko równocześnie.
Stróż zapalił coś, co kiedyś pewnie było papierosem, popatrzył
w gwiazdy. Jak przypuszczał wszechświat istniał i miał się zupełnie
dobrze.
Zupełnie odwrotnie niż aniołowie zamieszkujący ten padół. Z małymi
co prawda wyjątkami.
XLIX.
Podobno w całym bałaganie zwanym życiem najważniejszy
jest dostęp do mo-rza. Kłócą się o niego narody, mordują ludzie.
Niby wszystko się zgadza, przecież podobno zawsze tak od wieków było, ale na
boga, jakaś cywilizacja, przynajmniej ta szczątkowa, nich istnieje.
Ale gdzie tam. Przyjeżdża walec i wyrównuje. Bulwary, podmiejskie plaże, place
zabaw dla dorastających panienek.
- Mam tego wszystkiego powyżej dziurek od nosa - skarżył się pewnego dnia jakiś
lekko nie dopity jegomość prześladującej go, i to już od lat, sąsiadce.
- Popatrz pani - tłumaczył jej zawile, ale w miarę zrozumiałem, przynajmniej
dla niego, językiem, mam łuszczycę, nabawiłem się jej kapiąc w Bałtyku, do
tego przy trzecim stopniu zagrożenia sztormem. I jak pomogło mi w tym moim
nieszczęściu państwo ? Skierowało do sanatorium i to wszystko. Trzy dni by-dlęcy
wagonem tłukłem się do dziury zwanej nie wiadomo dlaczego Krynica, piłem jakieś
świńskie wody o smaku gorszym niż perfumy od ruskich, łuszczy-ca nie puściła,
ale za to żona tak. Podobno wyjeżdżając nie zadbałem o jej życie seksualne.
Pies to wszystko drapał.
Zdesperowany mężczyzna sam siebie poczęstował wymiętym papierosem, rozłożył
wyświechtaną do granic możliwości gazetę poprzedniego dnia znale-zioną na wysypisku
śmieci, czyli jedynym miejscu w okolicy, gdzie można coś znaleźć a nie stracić,
i na głos przeczytał : ludzie tęsknią nie tylko za PRL -em, za NRD także.
Zdumiony pożyczył od nie mniej zdesperowanej sąsiadki trzy złote i w pobli-skim
Pewexie nabył wino owocowe o smaku ginących narodów.
- Napije się pani ? - zapytał bardziej z kurtuazji niż wyrachownia, i chociaż
znał odpowiedź za każdym razem miał nadzieję, iż wiedźma odmówi.
- Jak pan dobrze wie, z panem poszłabym na koniec świata.
Popatrzył na nią jak na szczęście nie namalowany, historyczny naturalnie ob-raz
wybitnego Polaka z Czech Jana Matejki.
- Już tyle razy pani Ziutko tłumaczyłem, iż coś takiego jak koniec świata nie
istnieje. Co innego, gdyby Ziemia była okrągła, może wtedy udałoby się jakiś
koniec znaleźć, ale tak ? Nie ma takiej możliwości, ponieważ dokąd pani nie
pójdzie, zawsze wróci w to samo miejsce.
- Nigdzie się nie wybieram ! - krzyknęło babsko - raz poszłam na wybory i co
z nich wyniknęło ? Gruba kreska.
Zdegustowany do granic utraty resztek człowieczeństwa mężczyzna napił się wina
prosto z butelki, wytarł usta, przyłożył do nich papierosa i pomyślał, iż jednak
warto żyć.
- Nie wydaje się pani, że sens życia jest nieźle skonstruowany ?
Kobieta popatrzyła na niego jak na niespełna rozumu, którym zapewne był.
- Nie rozumiem panie Franiu. Od lat staram się za panem nadążać bez względu
na własną reputacje, ale nie zawsze mi się to udaje.
- Mam na myśli stara purchawko, że już tyle lat jakoś ta nasza Ziemia trzyma
się kupy. I nie rozpada na małe atomy, polarne niedźwiedzie chodzące wspak,
czy kobiety nie chcące zachodzić w ciążę.
Kobieta nie pytając na pozwolenie sięgnęła po butelkę z winem.
- Jest mi pani wina złoty pięćdziesiąt plus procenty. Niestety nastały czasy,
kie-dy nawet sąsiadkę nie za bardzo jest czym poczęstować.
- Z przyjemnością panu oddam...
- Byle dzisiaj. Muszę zapłacić zaległy rachunek za nieużywane światło. Polska,
przecinek, to chyba jedyny kraj na świecie, w którym musi się płacić za coś,
czego się nie używa. Licznik zdjęli mi ze trzy lata temu, ale rachunki przycho-dzą
jak w zegarku przesuwająca się wskazówka.
Pewnie narzekaliby jeszcze przez kilka minut, ale spadło ze trzydzieści kropel
deszczu, więc każdy z nich schronił się pod swoim parasolem. W przypadku kobiety
była to masarnia, mężczyznę zaś zagnało pod wynaturzoną budkę z pi-wem.
Warowało pod nią ze czterech przedstawicieli wybranego przez Boga narodu by
szerzyć nihilizm, zgnilizm i wszystko, co nijakie.
Mężczyzna oparł się o siebie, zamówił butelkę w której było wszystko, natu-ralnie
oprócz piwa i melancholijnie rozglądnął się po okolicy.
- Znowu nic nie budują - powiedział bardziej do siebie, niż do grupy posłów
miejscowej społeczności.
- A niby co mają budować ? - najgłupszy człowiek w okolicy straciwszy w wy-niku
zakulisowych intryg stanowisko burmistrza odezwał się tym swoim nie do wytrzymania
falsatem - Już przecież istniej agencja towarzyska, ochotnicza straż pożarna,
przejście graniczne prowadzące donikąd.
- Nie pytałem was o zdane - pan Franio był wyraźnie zły - pomyje zwane pi-wem
tylko dodawały mu adrealiny.
- Nie po to rodzice zostawili majątek na wschodzie, by teraz nic się nie budo-wało
- zażył z grubej rury. Od razu można było to zauważyć po twarz warują-cych
pod budką.
Dopiero po kilku minutach jeden z nich nieśmiało zapytał :
- A co przesiedlenie ze wschodu ma wspólnego z nie budowaniem niczego w naszej
prześlicznej okolicy ?
- Jak to co ? Bardzo dużo, o wiele jak na twój zakłuty łeb. Nie ma dróg dojaz-dowych,
hipermarketów, kościoła z prawdziwego zdarzenia, mafii - wychodzi głucha prowincja.
I tak rzeczywiście było. Przecież nikt nie chce mieszkać na odludziu, do tego
zapomnianym przez boga, historię i dziennikarki z kolorowych pism dla idio-tów.
Bez odpowiedzi pozostawało jedynie pytanie, jak z tego wszystkiego się wy-rwać.
Wina owocowe swoją drogą, Unia swoją, a człowiek przecież powinien żyć. I do
tego przyzwoicie, chociaż słowo to w naszym kraju już przed wiekami straciło
na aktualności.
- Jeszcze jedno piwo - zdesperowany Franio nachylił się na cuchnącą wszyst-kim,
co tylko może zaproponować wieś, deską służącą za bar.
- Dopłatę pan dostał? Powinien się pan podzielić, tak przynajmniej wymaga przyzwoitość.
Franio popatrzył na niego jak na idiotę, którym pewnie był, spokojnie wypił
świński płyn i ruszył w swoją stronę.
Pozostała po nim kulistość Ziemi, oraz przeświadczenie rodaków, iż jak ktoś
z nich ma już cztery złote na dzień więcej od innych przewraca mu się w głowie.
Co niestety jest prawda. Bezdyskusyjną.
L. Pogrzeb dwudziesty piąty, czyli jubileuszowy, a te, jak wiadomo,
nie zawsze się udają.
Kropiło w odwrotnym do zamierzonego kierunku.
Kto o tym decydował nie za bardzo było wiadomo, po drugie dociekanie
który kierunek był tym zamierzo-nym równało się pewnego rodzaju
desperacji, ponieważ ci sprawujący władzę starają się trzymać rękę
na pulsie wszystkiego. Nawet przyrody.
Za to cmentarz wyglądał wspaniale. Jeden kamień na drugim, plus kilka desek
niezbitych z sobą sprawiały wrażenie naprędce wzniesionej barykady.
Nie za bardzo tylko wiadomo było przeciw komu ? Umarły nie był już żadnym zagrożeniem,
a żywi ? Pies ich drapał.
Piersi ludzie którzy pojawili się na cmentarzu z niedowierzaniem przyglądali
się rozgardiaszowi na nim panującemu. Palili papierosy, nieudolnie otrząsali
się z deszczu, wspominali co bardziej zabawne sceny z filmów Aldomowara.
Minęło kilkadziesiąt minut, i nagle zdano sobie sprawę, iż tak dokładnie to
nikt nie wie na czyj pogrzeb przyszedł.
Zaproszenia były bardziej niż lakoniczne, plotki różniły się bardziej niż cza-sami
płci kobiet, a tak zwana szara rzeczywistość nie za bardzo wtrącała się w nie
swoje sprawy.
Spoglądano na siebie z coraz rosnącym niepokojem, aż nagle pojawiła się mi-styczna
postać w długim do ziemi niebieskim płaszczu i łamliwym głosem za-prosiła wszystkich
do kościoła.
Na środku opróżnionego z ławek pomieszczenia paliło się małe ognisko, kilka
pół przeźroczystych kobiet wykonywało wokół niego coś na kształt tańca, a ol-brzymia
trumna oparta o przeciwległą ścianę sprawiała wrażenie niepotrzebnego grata
w tej sali, wypełnionej, jakby na to nie patrzeć, rozpustą
Do tego cicha muzyka nie pasowała do tego miejsca, Chociaż była jak najbar-dziej
dyskretna wszyscy, którzy ośmielili się wejść do kościoła potraktowali ją jak
niepotrzebnego intruza.
- Proszę księdza - zapytał najbardziej odważny z całego towarzystwa - kogo
chowamy ?
Ksiądz z wyraźną niechęcią popatrzył na niego jak na nowonarodzonego.
- Niby skąd mam wiedzieć ? Zamówiono ten pogrzeb przez Internet, także przez
niego przysłano wszystkie potrzebne papiery. Tylko zapłata miała odbyć się
w sposób tradycyjny. Jak i złożenie do grobu.
Czekano jeszcze przez kilka minut, ale rodzina, lub ten, kto się za nią podawał,
nie pojawił się, więc ksiądz, z widoczną niechęcią skinął na swoich lekko za-wianych
pomagierów i ci w sekundzie usunęli palące się ognisko i wyrzucili poza kościół
tych kilka pół przeźroczystych, tańczących kobiet i przystąpiono do ceremonii
pochówku.
Nie zabrało to wiele czasu. Wszystkim jakby nagle spieszyło się do wyimagi-nowanych
zajęć. Przede wszystkim księdzu.
Wymamrotał na otwartą dziurą jak rana kilka zdawkowych zdań, tępym wzro-kiem
popatrzył na najbliższe, pozbawione kory drzewa, i dał znak by złożono trumnę
do grobu.
W ciszy która nie wiadomo dlaczego nastąpiła, dość dziwne zabrzmiał łamli-wy
głos łapiducha podnoszącego trumnę :
- Coś mi się widzi, że jest pusta.
Ksiądz zdecydował się w sekundzie, machnął rękę i ceremonia została po-wstrzymana.
Trumnę położono na najbliższym, dość solidnie wyglądającym nagrobku, ktoś pobiegł
po kilof i po chwili oczom zdumionego towarzystwa ukazała się pusta trumna.
Gdyby nie miniaturowe zdjęcie leżące na jej dnie, można byłoby pomyśleć, iż
ludzie zebrali się na cmentarzu na darmo.
Ale tak nie było. Kolorowy kartonik fotograficznego papieru przedstawiał ru-dą
piękność w kwiecie wieku w trakcie masowania sobie olbrzymiego biustu.
- Prowokacja postkomunistów - krzyknął ksiądz - że też nawet nie uszanują miejsc
świętych.
- Takie ich prawo - wymamrotał ktoś cicho, o wiele za cicho by rozróżnić głos
i skazać na wygnanie.
- Nie będziemy przelewać z próżnego w puste. Poświęcić zdjęcie, zabić wieko
i do grobu - ksiądz okazał się nad wyraz zdeterminowany.
I tak też się stało. Tłum rozstąpił się i trumna w miarę bezpiecznie dotarła
nad brzeg przerażającego dołu, w którym podobno czaiła się nieśmiertelność,
ale jakoś nikt się nawet nigdy o nią nie otarł.
- Wolę być nieśmiertelnym - jakieś wyblakłe dziecko o kolorze tafli zachodzą-cego
jeziora najwyraźniej nie zdawało sobie sprawy z powagi sytuacji.
Uciszono go szybko i sprawnie. I co najważniejsze skutecznie. Dopiero w wiele
lat później zdało sobie sprawę ze swego występku i nie przystąpiło do świętej
komunii. Ale to już zupełnie inna historia.
Ksiądz szybko uporał się z dręczącą go coraz bardziej i widoczniej ceremonią,
obmył ręce wodą podsuniętą przez usłużnego wikarego, wytarł je w brzeg su-tanny
i już chciał odejść gdy nagle podszedł do niego niepozornie wyglądający mężczyzna,
zmęczony od wyraźnego nadużywania uciech doczesnych.
- Znałem ją - powiedział ni to do siebie, ni świata - znaczy kobietę, nie zdjęcie.
Zapanowała cisza przerywana jedynie głośnym odmierzaniem czasu przez niewidoczny
chronometr.
- Jak to możliwe ? - zdziwił się ksiądz - takie rzeczy zdarzają się w złej
literatu-rze, a nie w mojej parafii. Wytłumaczy się pan na plebani.
Pociągnął zdumionego mężczyznę za rękaw do podstawionej lektyki i po kilku
minutach siedzieli w ciepłem pomieszczeniu wypełnionym zapachem kapusty, w
rękach trzymali pełne domowej nalewki kieliszki a z niewidocznych głośni-ków
dochodził odgłos pracujących w polu wieśniaków.
- Tyle się w życiu natrudziłem - nagle mruknął - jakby do siebie - ksiądz -
a tutaj żadnej pociechy, zrozumienia czy chociażby przyzwolenia na inność.
Przy-chodzisz na cmentarz, niby wiesz co cie czeka, a tutaj zdjęcie. Mam pobłogo-sławić
i pochować zdjęcie ! Do tego nie wyretuszowane i dość niewyraźne. Za jakie
grzechy Bóg spuszcza na mnie takie upokorzenie ?
Mężczyzna nie odpowiedział od razu. Napił się łyk, przełknął, zakrztusił, roz-glądnął
za popielniczką.
- Stwórca wie co czyni - powiedział w końcu, kiedy ksiądz był już w stu pro-centach
pewien iż nigdy nie usłyszy jego głosu - pochowałeś dzisiaj zdjęcie po-nieważ
tak chciał Najwyższa. A z nim nie należy dyskutować.
Ksiądz odstawił kieliszek na stertę nie przeczytanych gazet, popatrzył na pa-pierosy,
ale tylko wzdrygnął się, chwilę pomyślał.
- Nic z tego nie rozumiem. Jeżeli On chciał bym pochował zdjęcie nie mam nic
przeciwko, ale przecież to niezupełnie według prawa kanonicznego. Wyraźnie
mówi ono iż...
Mężczyzna przerwał mu delikatnym ruchem ręki.
- Znałem ją, nie będzie miała nic przeciwko.
- To czysta paranoja! - krzyknął ksiądz i aż poderwał się z miejsca - jak ktoś,
kto przestał istnieć może nie mieć nic przeciwko pochowaniu własnego zdjęcia
zamiast ciała ?
Nie zważając na gościa wyszedł przed parafię. Nie pamiętał, czy podczas ce-remonii
pochówku padało, ale teraz rozlało się na dobre.
- Przynajmniej woda zmyje brudy, te doczesna jak i odwieczne.
Nie zważając na błoto, kałuże i bardzo prawdopodobne przeziębienie ruszył przed
siebie jak człowiek który od życia już nic nie oczekuje.
Nagle zatrzymał się, znajdował się dokładnie przed grobem w którym nie dalej
jak godzinę temu pochował feralne zdjęcie.
Przeżegnał się, padł na kolana i ze zdumieniem stwierdził, iż zamiast krzyża
do chwierutającej się drewnianej belki przyczepiona jest jego fotografia.
LI.
Nie wie po co przyjechał do tego pustego jak jego
poprzednie życie miasta, w większości wypełnionego niezrealizowanymi
pomysłami, walającymi się od-padkami zepsutego jedzenia, czy hordami
wyleniałych zwierząt włóczących się bez celu od jednego osiedla
do drugiego.
Na dworcu przystanął niezdecydowany, w którym kierunku ma pójść. Był je-dynym
pasażerem, który wysiadł z pociągu widma składającego się z zaledwie jednego
wagonu w którym brakowało okien, oraz lokomotywy.
Rozglądnął się za informacją, ale zardzewiałe sztachety zasłaniające dostęp
do od lat nieużywanego okienka odstraszyły go, jak kiedyś egzaminy na studia
prawnicze.
Niezdecydowany dokąd ma pójść zapalił ostatniego papierosa, jaki mu pozo-stał,
zaciągnął się i zdecydowanym ruchem odrzucił go, jak czasami porzuca się niewygodnych
przyjaciół.
Popatrzył na swoją podróżną torbę i roześmiał się. Zupełnie nie pasowała do
miejscowości w której się znalazł, więc bez większego zastanowienia postawił
ją na kawałku czegoś, co kiedyś zapewne było ławką i ruszył w lewą stronę.
Jakby miało to jakieś znaczenie w którą stronę pójdzie. Gdzie by nie poszedł
spotykał tylko zmęczone kobiety, albo zarumienione od wstydu dzieci. Nieraz
zastanawiał się, dlaczego - i czego - dzieci te się wstydziły ? Przecież wojna
skończyła się już wystarczająco dawno by mogły zapomnieć, a nowej niestety
nie było widać na horyzoncie.
Niezdecydowany co ma ze sobą począć przystanął na skrzyżowaniu dwóch światów,
płaskiego, pozbawionego szerszych perspektyw świata baśni, oraz bardziej realnego
pod postacią knajpy zapraszającej do swego odurzającego wnętrza zapachem kapusty.
Nie namyślał się długo, przecież w świecie baśni przeżył wystarczającą ilość
wyroków, odwołań, amnestii czy prostych ucieczek na kilka dni z więzienia.
Lekko pchnął drzwi a te rozchyliły się z hukiem godnym noworocznych fajer-werków.
Przeżegnał się i wszedł.
Nieznany mu obraz Modiglianiego wisiał na przeciwległej ścianie, zardzewiały
fortepian królował w obesranym (chyba przez myszy) rogu tej dziwnej tancbu-dy,
a szczuplutka barmanka o wzroście ponad przeciętnym o dziwnym, prawie tępym
wyrazie twarzy przecierała przeźroczystą od brudu szmatą nieistniejący kufel
do piwa.
Podszedł do baru, położył na nim złotą rublówkę i poprosił o paczkę papiero-sów.
Nic się nie wydarzyło, przerażająca cisza w dalszym ciągu gnębiła społe-czeństwo.
- Prosiłem o paczkę papierosów - powiedział szeptem bardziej do siebie niż
ko-gokolwiek, a już na pewno nie do barmanki.
- Palenie już od dawna nie jest w modzie. Jak seks, piłka nożna, komunizm i
wiele tym podobnych głupot.
Zabrał rublówkę z baru, podszedł do najbliższego stolika, usiadł, z przemęczo-nego
plecaka wydobył kanapkę nie najświeższej daty przydatności do spożycia i zaczął
ją niezdarnie miętosić.
- W tym lokalu, zresztą jak w każdym porządnym zabrania się spożywania przyniesionego
pożywienia - szczupła, wysoka barmanka stała przed nim i pro-sto, bez zażenowania
patrzyła mu w oczy.
- A co kuchnia proponuje ?
- Moja, czy tutejsza ?
Zastanowił się przez chwilę.
- Dla mnie to bez znaczenia.
- Proszę, jeżeli naprawdę jest pan głody pójść za mną.
Nie odwracając się i nie sprawdzając czy podąża za nią przeszła przez do tej
pory niewidoczne dla niego drzwi do pomieszczenia składającego się z dużego,
rozkopanego łóżka oraz miednicy do połowy napełnionej wodą.
- Tutaj także nie ma nic do jedzenia - powiedziała zupełnie bez sensu.
Poczęstował ją nadgryzioną kanapką, którą połknęła w sekundzie. Wydobył z plecaka
następną, a po chwili jeszcze jedną.
- Czego chcesz w zamian ? - zapytała kiedy chyba nasyciła pierwszy głód. Wymownie
spojrzała przy tym na łóżko.
- Chcę wiedzieć, gdzie się znalazłem.
Uśmiechnęła się, ale jakoś kwaśno.
- W jedynym miejscu na świecie, w którym obraz Modilianiego wisi na ścianie
w obrzydliwej knajpie bez żadnego zabezpieczenia.
- To już zdążyłem zauważyć. Coś więcej...
Odwróciła się od niego, rozebrała i położyła do spoconego łóżka. Delikatnie
zapiął plecak, pozbierał pergamin w który zapakowane były kanapki, nie powie-dział
nawet do widzenia, wyszedł na zewnątrz, jakoś dobrnął na dworze i ku je-mu
wielkiemu zdumieniu po kilku minutach tuż przed nim zatrzymał się jakiś pociąg.
Wsiadł, zapalił, rozglądnął się po okolicy dość przeciętnie prezentującej się
z okien niezbyt szybko jadącego pociągu.
W pewnej chwili przypomniał sobie nagą kobietę leżącą na spoconym łóżku, jak
i zamazany, nieznany mu wcześniej obraz Modilianiego. Roześmiał się.
Kobieta siedząca naprzeciwko niego zareagowała na jego śmiech kaszlem.
- Młodzi ludzie już od dawna tak chaotycznie nie wyrażają swoich uczuć. Na
pana miejscu poczułabym się dość niezręcznie.
Zaprosił ją do wagonu restauracyjnego, a mniej więcej po godzinie wysiedli
na najbliższej stacji, wcześniej upewniwszy się, czy w tej dziurze znajduje
się jaki-kolwiek hotel.
Kiedy w kilka godzin później leżał w łóżku i bezmyślnie spoglądał w sufit,
a kobieta trajkotała coś o wielkim uczuci, nagle wstał, ubrał się i ruszył
na poszu-kiwanie dziury w której nie ma nic do jedzenia, ale przynajmniej Modiliani
wisi w knajpie na ścianie w szczupłe dziewczyny sypiają w spoconych łóżkach.
część
II>>>
|