Sens w bezsensie, a może bezsens w sensie?
Przez lata, niestety, przechowuję w pamięci obrazy, których tak po pro-stu nie lubię, a kiedy usiłuję wymazać je z siebie, jak na przykład listopa-dowy wieczór w cukierence Vis a vis, za oknem obrzydliwa, spotykana tylko w Krakowie mgłą połączona z wyjątkowym bezsensem wszystkich i wszystkiego zrozumiałym tylko w tej mieścinie.
Jest nas w cukierence dwoje, czyli Andrzej Warchał i ja, i jak państwo się już domyślili, od co najmniej czterech godzin artystycznie milczymy, czyli Andrzej na składane mu, co jakiś czas pytanie, czy się napijemy lekko tylko kiwa głową.
Drugim obrazem ( wspomnieniem) jest plaża w Jastarni w kilka dni po sezonie, czyli gdzieś w okolicach trzeciego września, gdzie z pustej już plaży można wygrzebać wszystko ( no, może poza Krzysztofem Pasier-biewiczem).
Szczątki prezerwatych, kilku pijanych Skandynawów, flagi narodowe różnych nacji, kilka zagubionych i zdezorientowanych panienek, nie koja-rzących, iż czas beztroski już dawno się skończył, sanki przysypane śniegiem, wspomnienie po Janie Himilsbachu, jaki wiele innych inszości jak, jak miał zaszczyt wyrazić się pewien dość znany polityk
Powyższe refleksje nasunęły mi się ( jak to się w Krakowie ładnie na-zywa), kiedy zastanawiałem się nad zakończonym właśnie kolejnym, ni-jakim sezon wystaw plastycznych.
Wielkości bronią się same bez niczyjej pomocy, kilka galerii ( Starmach, U Fejkla, Pod Rejtanem, Otwarta Pracownia, Sala Wystawowa ZASP) nie wymagają prawie żadnych sarkastycznych, a tym bardziej złośliwych uwag, ale cała reszta przypomina przerażającą samotnię z Warchałem w cukierence Vis a Vis, albo coś, co po wakacjach pozostaje na plaży w Jastarni. I nie tylko tam.
Nie wiem, z jakiego powodu setki, jeżeli nie więcej, spragnionej sławy pseudoartystów z sobie tylko wiadomym ( albo i nie) samozaparciem godnym o wiele poważniejszej sprawy wiesza na wszystko przyjmują-cych ścianach " dzieła", co najwyżej nadające się na podpałkę na do-rocznych Wiankach.
Byłbym jednak niesprawiedliwy, gdybym w tym momencie nie wpo-mniał, o co najmniej ośmiu personach ( znanych mi od lat z twarzy i na-zwiska), bez których wernisaże, które starałem się opisywać nie miałyby najmniejszej racji bytu.
Ale, czy kilka butelek cienkiego wina dla kilku osób na ponad czterystu wernisażach rocznie (!) jest jakimkolwiek usprawiedliwieniem dla czegoś tak durnego, że szumnie nazywanego sztuką?
Może dla popijających jak najbardziej, ale pewnie dla wystawiających już o wiele mniej.
Nawet, jeżeli nie ma już między nami Andrzeja Warchała, a Jastarnia już jakby nie ta, co kiedyś.
Roman Wysogląd |