Spójrz na te obrazy
Czy jest w nich coś, co chciałabyś zatrzymać w
pamięci?
Jaki drobiazg sprawia, że wciąż masz je przed oczami?
O których będziesz śniła, a o których chciałabyś zapomnieć?
Przy którym chciałabyś pozostać na zawsze, a który odepchnąć od siebie?
W której przestrzeni chciałabyś pozostać, a która potrafi cię odnaleźć?
Który obraz wzięłabyś ze sobą w długą podróż, a z którym pozostała w domu?
Co na tych obrazach jest sceną, a co widownią?
Kim jest malarz, a czym kreowany świat?
Milczenie
Odczarowany świat jest ciszą. Milczeniem krzykliwie
niemym. Sterylny, wypielęgnowany lub nędzny, bolesny i nie do zniesienia.
Odczarowany świat, gdzie opowiadamy sobie o swoich słabościach,
nadziejach, porażkach, niechęci. Ale w słabości tkwi siła. Twórcza
moc, która sprawia, że tworzymy nasze małe, przyczajone światy,
tworzymy od nowa i znów od nowa każdy następny dzień i każdą noc.
To, co dopuszczamy do swojej świadomości i to, co odrzucamy broniąc
się przed napastliwym. Świat bez narratora i świat z narratorem.
W którym z tych światów zamieszkuje malarstwo?
Obrazy mają zdolność zakradania się w nasze życiorysy odgadując niuanse nastrojów
i klimatów. Rozmawiają z nami językiem symboli, kreski, koloru. Tak jak czerwień
zachodzącego słońca między burzowymi chmurami. To też jest obraz malowany ręką
Malarza Natury. Ale nie będzie o pejzażach. Są zbyt ufne, zbyt proste, zbyt
naiwne by przynależały do cywilizacji i zdegradowanej roli człowieka współczesnego.
Niekiedy obrazy przeobrażają nasz sposób patrzenia, odkrywając na nowo to,
z czym zżyliśmy się, a przyzwyczajenie odebrało nam właściwy ogląd przedmiotu.
Niekiedy rozpoznajemy w nich siebie przerażeni trafnością kreski i zdumieni
jakimś charakterystycznym gestem zatrzymanym na płótnie. Niekiedy trwa w nich
nastrój, zdumiewająco przypominający jakąś sytuację, która być może jest nam
bliska. Niekiedy są sekretem jakiegoś detalu, drobiazgu który przynależy tylko
do nas i naszej pamięci. Niekiedy.
Francis Bacon
Bywalec nocnych klubów i najsłynniejszych galerii
świata.
Włóczęga z berlińskich ulic lat 20-tych i gość Grand Palais w Paryżu.
Nieodgadniony.
Irlandzki twardziel o angielskiej wrażliwości i aparycji.
Wrażliwy i brutalny. Delikatny i wulgarny.
Miłośnik "męskich mężczyzn" i .."pięknych kobiet". Ryzykant i kaskader.
Między nieprzespanymi nocami a morzem alkoholu powstają obrazy wyjątkowe.
Obrazy opisujące tragizm i bezsilność naszego wieku.
Odrzucony
W biografii Bacona odnajdujemy zdarzenie, które być może zaważyło nie tylko
na jego twórczości, ale sprawiło, że właśnie malarstwo Bacona otwiera nowy
wiek.
Miało to miejsce 1936 roku, gdy 27 letni Bacon zaproponował swoje obrazy na
Międzynarodową Wystawę Surrealistów, obrazy zostały odrzucone. Być może gdyby
zostały zaakceptowane jego malarstwo rozwijało by się w innym kierunku, poszło
inną drogą twórczą może bardziej surrealistyczną. Cóż, surrealiści są już historią,
a Bacon? Bacon jest malarzem na wskroś współczesnym, bez pruderii ukazującym
nasze "tu i teraz". Czy to nie paradoks?
A może taki jest los odrzuconych ?
Samotność
Samotność, która jest wyciszeniem. Samotność,
która ciąży. Samotność, która jest przerażeniem. Samotność, która
jest upokorzeniem. Samotność, która jest wyznaniem.
Samotność, która ma punkt oparcia w kompozycji obrazów. Realizowana na wiele
sposobów, posiada wiele sekretnych przejść do Niewypowiedzianego, do niedokończonego
gestu lub niedokończonej rozmowy. Dynamizuje przestrzeń i czas w zamkniętą,
zwięzłą całość.
I tak oto staje się obraz. Obraz Francisa Bacona. W samotności o samotności.
Samotność jako proces oddalania się od realiów, od świata, tego zaczarowanego
i tego odczarowanego.
Zobrazowana samotność w świecie Bacona jest bezcelowa i trudna. Samotność jest
motywem przewodnim, tych którzy uwikłani są w dramat. Jest to malarstwo na
jednego aktora. Wyjętego z realistycznej całości i odnalezionego w zdumieniu
i zatroskaniu o dalsze.
Ten spektakl trwa nieomal przez cały dorobek malarza. Narracyjność jest nieunikniona.
Malarz malując za każdym razem podnosi kurtynę w górę i każe swoim modelom
grać w okrutnym i bezlitosnym egzystencjalnym spektaklu.
"Cierp i cierpieniem ucz się"
Mówi Zeus w ulubionym przez malarza dramacie Ajschylosa "Oresteja"
Nad dramatami starożytnymi krążą wróżebne Mojry. Córki Nocy zwane Przeznaczeniem.
W ich mocy jest cały los ludzki. Podobnie w malarstwie Bacona cień owego nieubłagalnego
Przeznaczenia góruje nad postaciami. Jak na scenie przemieszczają się gesty,
ruchy, nastroje, które kompozycyjnie uzależnia od Przeznaczenia. Przed widzem
rysuje się współczesny dramat człowieka wyalienowanego. Postacie grają w jakimś
dramacie, może dramacie zwanym Życie. Mają do wyboru nicość lub pustkę egzystencjalną.
Skazani na samych siebie balansują między bytem i niebytem. Pustka jest bezpośrednia,
widoczna na pierwszy rzut oka. Pustka jest lejtmotywem, zgrabną inscenizacją,
w którą wpisane są kolejne postacie. Pustka jest jak zwierciadło, w którym
Bacon odbija swoje niepokoje, instynkty, lęki. Odbija je jednak w krzywym zwierciadle,
stąd postacie są zdeformowane i zniekształcone.
Świat zza szyby. Świat za szkłem.
Bacon lubił patrzeć na swoje obrazy przez szybę.
Szkło oddalało obraz. Budowało niewidzialna drogę jaką malarz musiał
przejść by wreszcie dojść do granicy, gdzie kończy się malarstwo
a zaczyna słowo. Szkło tworzyło dystans wobec oglądanego. Świat
zza szkłem jest bezpieczny, bo nie dotyczy tego, kto go ogląda.
Być może malarz bał się podchodzić do nich bliżej by nie usłyszeć
wycia każdego milimetra ciała. Okaleczenia nie sposób przejrzeć,
opisać, ale można namalować. Fakt bólu istnienia naniesiony na
płótno. Rana, blizna są emblematyczne. Są opowieścią czy skargą?
Oskarżaniem czy sądzeniem? Nad każdą raną krąży zgłodniałe krzyku
fatum. Pędzel służy Baconowi za skalpel, którym na żywca przeprowadza
sekcje ludzkich dolegliwości. Tak jakby istotne zamieszkiwało ciało.
Zdeformowanie jest substytutem literackim. Dopowiedzeniem tego, co zostało
ujawnione. Zróżnicowaniem nagości na ważne i mniej ważne.
Najważniejsze
Ujrzyj dotyk, nabierz go w dłonie jak wody, napij
się, nasyć. Naucz dotyk obrazowania, nazywania siebie poprzez kolor
i linie. Nie dotykaj, ale namaluj dotyk. Ten pośpieszny, chwilowy
zawieszony nad uczuciem. Połącz dwie osobne linie w jedną, połącz
dwa osobne echa w słowo, połącz nieufne z uległym, okrutne z delikatnym.
Jak jedność, która w przemijającym zachowuje trwanie w tej jednej
chwili zetknięcia przemijalnego z wiecznym. Wewnątrz pulsuje ciało.
Wewnątrz jest życie. Skradnij koloru, zabarw pierwsze nieufne spojrzenie.
Zamień szarość oczekiwania w krwiste, mięsożerne zawłaszczenie.
Nie odchodź obraz jest ci posłuszny. Podejdź bliżej by zobaczyć
spoiwo. Milimetr za milimetrem podążaj w odkrywanie dotyku. Nadając
mu kształtu nadajesz mu płynny, melodyjny rytm: oddalanie, zbliżanie,
oddalenie, zbliżanie. Nie odchodź, zaczerpnij dotyku jak głębokiego
oddechu. Westchnienia, które już dawno wypowiedziałeś patrząc na
obraz.
Nie ma tła,
Ale jest przestrzeń. Zaimprowizowana, prowizoryczna,
chwilowa. Przestrzeń, którą wypełnia kolor. Dynamizuje. Obrazy
Bacona są jak płaskorzeźby przestrzenne, Malarz rzeźbi swój lęk,
swoje koszmary, swoje niepokoje. Jest ilustratorem bólu i nieuchronności
Przeznaczenia. Przeznaczenie to sięga mitologii greckiej. Trzech
mojr, które przędą nic żywota. Bacon przędzie historie kondycji
ludzkiej. Zamalowując blichtr uwydatnia nędzę. Jest w tym pedantyczny
i brutalny. Aż do przesady ekspresyjny. Rozognia swoje płótna i
pozwala im płonąć. Tak by objęły płomieniem nie tylko namalowane
ciała, ale ciało oglądającego. Rozrywa na ranę jaką jest człowiek.
Z tej rany wycieka groteskowa machina ciała i kości.
Bezpodmiotowość, bezprzedmiotowość
Postacie przybywają z nikąd. Z pamięci, z fotografii,
z życiorysu, z otoczenia, z przenośni. Jakby wyrwane z pespektywy,
zawieszone w jakiejś złowrogiej przestrzeni. Ujawnione i ujawniające.
Są dysonansem, klasterem w tej szczególnej baconowskiej kompozycji.
Nieokiełznaną pokusą obnażania. Obnażeni i obnażający. Ekshibicjonizm
jest grą jaką prowadzi malarz z widzem. Nagość, która bywa uboga
i poniżająca, zatroskana o swój los.
Przejmująco dosadna i przejmująco błaha. Nagość, która prowadzi do odkrycia
formy.
Scenografia
Uboga jak niedopowiedziane, jak niedokończone,
jak brak relacji z otoczeniem. Rekwizyty są proste, aż do przesady
bezpośrednie i zapożyczone z groteskowej, absurdalnej codzienności:
krzesło, łóżko, lusterko. Minimalizm przypomina scenografię beckettowską.
Przy minimalnym użyciu środków uzyskanie maksymalnej siły wyrazu.
Aktorzy Bacona też jakby na coś, na kogoś czekały. Nieruchome,
zamarłe w półsłowie, pół ruchu, pół geście.
Na co czekają modele Bacona? Na dotyk? Na podmuch wiatru? Kolejny cios? Straceni
czy ocaleni? Scenografia przenosi nas w obszar nie odkryty. Dziki. Funkcjonalny.
Podstawowy. Stawia wymagania wobec aktorów. Bohaterowie obrazów są jakby wciągnięci
w dialog z przedmiotami. Czyżby głos miały przedmioty? Przedmioty wyostrzają
sytuację, nadając jej wymiar powszedni, a jednocześnie w tej powszedniości
tkwi pewna absurdalność sytuacji, absurdalność egzystencji. Krzesło, które
nie jest krzesłem, łóżko, które nie jest łóżkiem, lusterko, które nie jest
lusterkiem. Obcość. Skąd ta obcość. Jak wąskie tory, dzikie, porośnięte ziołami
i trawą, za wąskie by utrzymać bagaż zapomnienia. Scenografia nie osacza, ale
trzyma widza w napięciu. Współistnieje z przedstawianą sytuacją, z modelami
kontrapunktując krótkie historie, scenki. " History speaks louder than pantings".
Ta opowieść jest lakoniczna i aż do bólu prosta.
"I did hope one day to make the best painting of the human cry"
Krzyk nie mówi, nie woła.
Czy krzyk jest mową ciała?
W obrazach Bacona słyszy się nieustający munchowski
krzyk. Wydłużony, wertykalny jaśnieje w ciemności. Jak błysk rozświetlający
mrok. Czy jest to jeden i ten sam krzyk?
Czy może wiele, odmiennych od siebie. Krzyk w obrazach ma tę zastraszająca
siłę, że trwa do póty do póki trwa obraz. Nieustający, zanurzony w kompozycji
obrazu. Krzykiem jest nie tyle wysłowiony grymas ust, co kontury, sylwetka,
tło, przedmioty. Krzyk jest językiem.
Językiem, którym porozumiewa się ostateczność z prozaicznością. Tak jakby nie
było już słów by wysłowić dramat. Nie przekłamuję. Ten krzyk przemierza miliardy
kilometrów na spotkanie z ukojeniem. Obezwładnia postacie. Pulsuje dziwnie
organiczny. Wprawia w ruch każdy milimetr płótna. Forma jest wyciem, treść
ciszą. Minuty wtopione w blejtram nadają mu tempo i wysokość częstotliwości.
Twarz Prawdziwego
Czym jest prawdziwa twarz? Twarz Prawdziwego.
Oblicze, które się nie zmienia. Trwa niezmienne. Bacon jakby poszukuje
odpowiedzi. W bezliku twarzy chce wybrać tę jedyną:
tę, którą pokochasz, tę którą znienawidzisz. Bacon nie poszukuje twarzy Innego,
ale twarzy Prawdziwego. W tych poszukiwaniach jest obsesyjny i uporczywy. Łamie
strukturę twarzy na wiele części. Tak jakby chciał się przyjrzeć każdej części
z osobna. Dostrzec niuanse podobieństw i przeciwieństw. A twarzy jest wiele.
O wielu imionach i przeznaczeniach.
Twarz pojedyncza, naznaczona cichym indywidualizmem, trawiona emocjami, taktyką
stawania się z dnia na dzień. Twarz zbiorowa niezróżnicowana, bierna, beznadziejnie
obca
i obojętna. Twarz prywatna zanurzona głęboko w samej sobie i niewysłowiona.
Twarz publiczna, jałowa, bezradna, skazana na trud nie przynależenia do samej
siebie.
Twarze na co dzień i od święta. Twarze znoszone,
pomarszczone, umęczone. Twarz, wehikuł naszych wyobrażeń o drugim
człowieku. Historia jego życia zapisana zmarszczkami, bliznami,
zniekształceniami. Historia, ale i charakter człowieka. Jego trud
realizowania swojego człowieczeństwa. Twarz: lustro ludzkiej duszy?
Twarz jest zasłoną. Wystarczy ją zedrzeć by ujrzeć prawdziwe oblicze ludzkości
lub pojedynczej jednostki. Twarz jest tylko pretekstem by prowadzić zwodniczą
grę pozorów.
Zatracając się w mimice i ułudzie uśmiechów. Pogrążona w wyuczonym grymasie
szczęścia lub smutku. Jak z dorysowanym klownowskim uśmiechem lub wielkimi
nagryzmolonymi kredką łzami. Na ile jest wiarygodna, prawdziwa? Czym byłaby
prawdziwość szczęścia i prawdziwość smutku? Czy Bacon malując chce odnaleźć
tę prawdziwość? Może byłaby czymś bolesnym, przerażającym i nie do zniesienia?
Twarz zatracenia z heideggerowskiej dyktatury "się". Indywidualność utracona
pokryta deformacją i zniekształceniem.
To przeinaczenie materii posiada złowrogie przesłanie. Bacon odtwarza to, co
kryje się po drugiej stronie twarzy.
Henrietta Moraes
Dzieło Bacona inspirowane jest jego biografią.
Modelami są jego kochankowie, przyjaciele, znajomi. Jest w tym
pewne podobieństwo do Picassa, który chorobliwie malował twarze
swoich kochanek. Bacon maluje twarze swoich kochanków: Luciana
Freuda, George'a Dyera, Michela Leirisa, Muriela Belchera. W tym
korowodzie męskich twarzy istnieje unikalne studium twarzy Henrietty
Moraes. Tym bardziej ciekawe, że w zniekształceniach jej twarzy,
fragmentaryczności, dezintegracji, można dopatrywać się wpływów
Picassa. Na wpół uśpiona oddaje się bez słowa rysunkowi, który
jest nerwowy, szybki. Obecność i nieobecność, twarz która się odsłania,
a jednocześnie zakrywa tę właściwą. Toksyczna przeszłość nawarstwia
gmatwaninę kreski. Toksyczne twarze z rachunkiem sumienia w tle.
Rozkrzyczane twarze jak szczekanie psów z przedmieścia. Twarze
zawieszone na hakach powietrza czekają na interpretację. Na ujrzenie
i dostrzeżenie. Bezwładnie zanurzone w przestrzeni jak lot ptaka
bez skrzydeł. I znów nikomu nic się nie przyśni. Pierwszy ruch
pędzlem jest zdecydowany. Przebudzi lub uśpi malowaną twarz, uprowadzi
w dyktat kolorów.
Panie Bacon, a gdzie podział się uśmiech?
Choćby podobny do tego z Autoportretu Rembrandta ?
Tło śmieje się w głos. Tło nie kto inny.
Tło jest paradoksem. Absurdalnie jednolite.
Akrobatka
W Tryptyku "Studies of the Human Body" (1970)
tło jest odmienne. Uspokojone, stonowane.
Kobieta z tryptyku była interpretowana jako wamp, femme fatal, kobieta-nietoperz.
Dla mnie jest to akrobatka, która tańczy na linie. Liną jest biało-brązowa
kreska pociągnięta poziomo wzdłuż obrazu. Postać spiętrza się w jakiejś niepojętej
akrobatyce wprowadzając nową jakość do obrazu: zwielokrotnienie ciała. Aerodynamiczna
sylwetka ślizga się po przestrzeni i w czasie. Czyni to z cyrkową zwinnością.
Balansując między liną a przestrzenią, między młodzieńczością a starością.
Jest w tym ryzyko, bunt, pokusa. Niepewność każdej następnej minuty, sekundy.
Odczucie niebezpieczeństwa upadku, ześlizgnięcia się w przepaść, w inny wymiar,
w inną przestrzeń.
Isabel Rawsthorne
"Portret Isabel Rawsthorne stojącej na ulicy w Soho" (1967), to jeden z niewielu
kobiecych motywów tego malarstwa. Bo Bacon z malarstwem rozmawia jak mężczyzna
z mężczyzną. Jego kobiety są piękne, ale i męskie. Choć sam malarz nie poszukuje
w nich piękna, ale bezsensowności bycia kobietą. Pochwycona w osamotnienie miasta.
Ukryta w granacie nocy. Zmierzchu? Zamknięta w klatce. Istotnie jest w niej coś
zwierzęcego, nieujarzmionego. Dostrzeżona na jednej z ulic w Soho, zawładnięta
przez wyobraźnie malarza. Jakby na kogoś czekała lub była niepewna kolejnego
kroku. Nadając temu czekaniu wymiar zwierzęcego niepokoju. Rozchwiana na czasowe
i bezczasowe. Lub może zastanawia się czy zrobić ten następny krok, czy będzie
to ten najważniejszy? Najwłaściwszy? W która stronę świata pójść, bez słowa odejść
w to dalekie i jedyne miejsce ziemi. Ale czy będzie mogła zrobić chociaż jeden
krok ku wyzwoleniu? Malarz przecież umieszcza ją w klatce. Może jest to klatka
jej własnych fobii, obsesji, lęków, zahamowań. Lub może klatka stworzona przez
współczesną cywilizację. System praw i obowiązków. Owa miejska stabilizacja,
która egzystuje między ruchliwymi ulicami a szarym krawężnikiem. Może jest w
nią wpisana jej chęć ucieczki. Ucieczki od wysłowionego, od relacji, od przynależenia.
W tej postaci jest pewna melancholia. Marzenie o ucieczce. Marzenie o autonomii
własnego "ja".
Czy rozpoznamy, w która stronę świata jest zwrócona jej twarz?
Klatka
Gdy zamykam cię w klatce jest dobrze: ciepło,
zimno. Radość dla zmęczonych stóp. Stóp, których nie widać. Stopy
są twoją tajemnicą. Stopy są twoim sekretem. Wmawiasz im ,że dotykają
ziemi. Że są blisko. Że grunt jest tak prosty jak pociągniecie
pędzlem. Że grunt pod stopami równa się wszystkie gwiazdy, które
codziennie wypluwają ciemność, noc. Pręty klatki są na tyle szerokie,
że widać przyszłość. Przyszłość pokryta sztuczną farbą i chorowitą
linią horyzontu. Będziesz czekać. Wiem. W tym niesfornym sześcianie
o prętach miękkich jak sierść, jak pieszczota, jak pocałunek, jak
deszcz, jak.Nie zdążysz policzyć swoich ran by wylizać je aż do
zagojenia gdy zamknięty w obrazie, w klatce zamilkniesz. Przecież
słowa są od święta. Wykarmione jak grzeszne karpie. Nie grzeszyć
to tak jakby nie być. Przyszłość.
Z daleka lśnią rany. Lśnią jak klejnoty w świetle księżyca.
Anatomia bólu
Chcę pisać o bólu, który jest czymś więcej niż tylko obrazem. Wychodzi poza
obręb obrazu, poza jego tematykę, poza kompozycję, poza sam zamysł malarza.
Ból otwiera drzwi każdego z tych obrazów by wydostać się na zewnątrz. Na spotkanie
z widzem, z nieznanym audytorium, z otoczeniem. Staje się komentarzem pełnym
obaw, przestróg i lęków. Komentarzem zatrzymanym między fikcją a realnością.
Ból uświadomienia własnego "Ja", które zamieszkując właściwie jest bezdomne.
Ból miara naszego oczekiwania na Nieoczekiwane.
Chcę pisać o bólu uformowanym z buntowniczej melancholii
malarza. Jego przejrzystość nabiera kształtu. Dopasowuje się do
ciała niczym strój wybranego do podróży w nieznane. Pyta samego
siebie: który ból jest dotkliwszy? Fizyczny czy psychiczny? Chcę
pisać
o bólu lśniącym jak ostrze noża przecinające przestrzeń na nieprawdziwe i nieprawdziwe,
i jeszcze bardziej lśniącym jak obnażona kość, niema, wyczulona na delikatny
podmuch słonego wiatru, i jeszcze bardziej lśniącym jak usta spragnionego wgryzającego
się w jałowość i brak. O bólu, który nadchodzi nagle, niepostrzeżenie przerywając
wątła nić między tobą a światem. Ból ma swoistą konstrukcję wpisaną w wizerunek
bezsilności, osaczenia i osamotnienia.
Chcę pisać o bólu z nad krawędzi czasu jak mocuje
się z przynętą nadziei. Jakby przebudzony ze snu odkrywa swoje
nowe przeznaczenia. Wtopiony w gładką powierzchnię złudzeń.
Za chwilę będzie skargą, najczulszą skargą zranionego. Zranionym może być każdy.
Ten, kto zawierzył bezpośredniości uczucia. Ten, kto w ukryciu odnajduje przeszłe,
minione. O bólu, który nieustannie towarzyszy postaciom z obrazów. Okaleczeni
zrośnięci z ruchem przedwiośnia. Tutaj zawsze przedwiośnie lub jesień i ani
dnia dalej.
Chcę pisać o bólu nieoswojonym zwierzęciu naszych
pragnień. O tym spasionym szczurze przypadku podążającym podskórnym
traktem i drążącym sobie znane ujścia. O tej narowistej rzece pędzącej
po mapie naszego ciała, wylewającej się daleko poza brzegi odczuć,
poza granice wytrzymałości. O bólu spojrzenia, bardziej odczuwalnego
od dotyku. Pod powiekami sól i piasek, kto wie z jakiej pustyni?
W tych obrazach jest też lęk przed bólem. Przed tym trudnym przynależeniem
Poza. Poza okolicznościami i poza historią. Ból jest enigmatyczny.
Nie wiadomo skąd przychodzi i dokąd odchodzi. Nie potrzebuje makijażu
czy zbędnych słów. Milczy. Niekiedy bardziej milczący od ciszy.
Bezsilność
Milkniesz by wsłuchać się w siebie. Krzyczysz
by wsłuchać się w przestrzeń.
Zatroskany o każdy oddech, o każde skinienie palca. Podglądasz to, co niezauważalne.
Taka jest rola artysty. Nadawać kształt niewidzialnemu. Później dopiero przychodzi
kontekst, problem, temat. Każdy obraz przedstawia człowieka. Tak jakby tylko
człowiek miał prawo
do wysłowienia niewysławialnego. Czy potrafi przemówić? Czy potrafi odtworzyć
to, co jest jego dramatem? Każdy obraz jest samotnią. Jakąś cenną przestrzenią,
w której malarz poszukuje prawdy ludzkiego losu. Samotnią, bo tylko w samotności
możemy odnaleźć odpowiedni wymiar siebie i rzeczywistości. Zbłąkani zanikający
w bezpostaciowość.
Niekiedy postacie mówią:
Uprawiamy szaleństwo jak zabawę, jak sport, jak
grę towarzyska, jak jedyną rozsądną rozrywkę. Znudzeni pięknem
z nonszalancją szastają brzydotą. Ale ta brzydota wbrew pozorom
jest piękna. Piękno nieoswojone. Niedotykalne. Pozostawione na
pastwę autentyczności. Atrapy piękna runęły, pozostało wyobrażenie.
Piękno człowieka zdegradowanego do ciała i tylko do ciała. Malarz
jakby igrał z wymiarami. Nadając postaciom ten swoisty i jakże
charakterystyczny ruch wokół własnej osi. W ten sposób tworzy zamknięty,
ogołocony świat. Jakby każda postać była osobną planetą, osobnym
wszechświatem, osobną krainą. Ruch obrotowy, nieustający, ciągły
przyprawiający o zawrót głowy. Być może modele zostali wciągnięci
w jakiś wir. W wir obcego biegu rzeczy. Uaktualnionego w obrazach
i samoczynnie wprawiającego w ruch akcję. Oszołomieni bezpośredniością
sytuacji, nie mają nic na swoją obronę. Poddają się zakłopotani
swoją bezradnością i beznadziejnością losu. Kontury uciekają z
nadanej im formy, rozpływają się, przybliżają, oddalają. Rozmyte
jakimś niejasnym zamysłem twórcy. Rozpryskują się we wszystkie
kierunki. Symultaniczne w ruchach. Wertykalne w sposobie narracji.
Horyzontalne w rytmie kreski. Postacie są jakby w tunelu. Jaki
to tunel? Czasowy? Z jednego wymiaru do innego? Z trójwymiarowości
w bezwymiarowość? Z rzeczywistości realnej do nierzeczywistego?
Seks
Ciało można rozbierać na kawałki. Potem składać je na nowo. Pędzel
jak narzędzie chirurgiczne otwiera precyzyjnie trzewia. Tętnią
czy mówią? Szeptem, na głos, na całe gardło. Wołają, wyją, skomlą.
Tylko tło jest nienaruszone, spokojne jak po upalnym dniu. Nieruchome
oczekujące wilgoci. Tło dotyka ramion. Ten dotyk jest bolesny.
Uwydatnia ranę.
Seksualność jak brutalność pierwszego ciosu. Musi być pokonany i tryumfujący.
Krew, wszędzie krew. "Czasami zastanawiam się czy na dywanie jest krew czy
farba?"
Cuchnie krwią. Gniewny rysunek, makabryczność koloru. Zemsta na nieuchronności.
Krew ma różne kolory, różne zapachy, różny smak.
Ciało rozdarte i zdeformowane. Ciało podniecone i chcące. Ciało łaknące i nasycone.
Maskarada skrajności: ciało, mięso, padlina.
Męskie ciała mocujące się ze sobą o dominację. Żywe instrumenty, na których
gra gwałt, rozprawa z nieokreślonym. Brutalny seks, w którym nagość jest tylko
narzędziem.
Tutaj rządzi niepohamowany instynkt, ta cienka granica między człowieczeństwem
a zwierzęcością.
Dlaczego czerwień?
Można by dziełu Bacona zadawać tysiące pytań: dlaczego? Ale sztuka niekiedy
nie ma odpowiedzi. Tworzenie dla Bacona było intuicyjne, instynktowne. Podstawowym,
być może najprymitywniejszym popędem. Po co podążać za pięknem, które dla twórcy
pozostaje wciąż nieosiągalne. Bacon maluje emocje, te prymitywne i zwierzęce.
Malarz pracuje w brutalizmie i w namiętnościach. Jakby chciał zdemaskować piękno,
jako sztuczny i nie prawdziwy wytwór ludzkiej fantazji i tęsknoty za lepszym
w codziennej walce o samego siebie.
Ale Bacon wpada w pułapkę bowiem brzydota tez może być piękna. A to, co odrażające
może być fascynujące. Pięknem o bardziej realnym znaczeniu.
Kandinsky w swojej książce "Du Spirituel dans
l'art., et dans la peinture en particulier" pisze o kolorze w dwóch
aspektach: fizycznym i duchowym. Ten drugi aspekt wydaje mi się
szczególnie interesujący. Dla Kandinsky'iego kolor prowokuje wibracje
duszy. Nie tylko dotyczy zmysłu widzenia, ale i innych zmysłów.
Czy można wyobrazić sobie zapach koloru lub dźwięk koloru? Czym
byłoby jedno i drugie u Bacona? Jaki zapach ma czerwień?
Dlaczego czerwień?
Bunt
Postacie mocują się z przestrzenią. Czy chcą wydrzeć
swój prywatny, autonomiczny teren?
Są w ciągłej walce. W walce przeciw strukturze. Przeciw anatomii. Przeciw.
Jest to malarstwo trudnych pytań i buntu. Buntu wobec Przeznaczenia, które
w tak prosty sposób potrafi rysować narrację życia każdego z nas. Każdy kto
chce być artystą nie może się z tym zgodzić.
Nagość. Nagość jest też buntem. Strój przeszkadzałby mowie ciała. To jest coś
więcej niż skarga. To jest coś więcej niż oskarżanie. To jest coś więcej niż
wołanie sumienia.
"Make the one perfect picture. to paint
the one picture what will annihilate all the others ones"
Obrazem tym jest bez wątpienia "Three Studies
for Figures at the Base of a Crucifixion" (1944). Najbardziej dramatyczny
z całego dzieła Bacona. Przejmujący. To horror bezkształtu ciała
w walce o siebie, o swój kształt, o przynależenie do człowieczeństwa.
By wypowiedzieć dramat ciało musi stracić swoją formę. Tylko bezkształt,
coś nieokreślonego może przemówić o określonym. Nienawiść zaczajona
w każdym fragmencie rzeczywistości. Szalona nienawiść rozpętująca
tragedie i rozpacz. Nienawiść, która nas okalecza. Okalecza swoim
niewytłumaczalnym i bezpodstawnym istnieniem. Współczesna wersja
ukrzyżowania przedstawia bezkształtne ciało by nie powiedzieć ochłap
ciała pochwycony w pułapkę nienawiści. Bezskutecznie próbuje się
wyrwać, ocalić w sobie jakiś ludzki fragment. Spotworniały jakby
w skrajności sytuacji zapomniał ludzkiego ciała. Jakby cierpienie
odebrało mu możliwość siebie. Cierpienie nie tylko zniekształca
odbieraną rzeczywistość,
ale i poczucie własnego ciała. Jest to zatrważające studium bezbronnej jednostki
rzuconej na pastwę nienawiści. Nienawiści osaczającej i totalnej. Podmiot na
jednym z obrazów tryptyku ma przepaskę na oczach. Tak jakby toczył nieświadoma
walkę z niebezpieczeństwem, którego nie zna, z niebezpieczeństwem, którego
nie rozumie. Czy przepaska przesłania mu prawdę czy ją ukrywa? W obliczu ostateczności
nie ma okoliczności usprawiedliwiających.
Ewa Sonnenberg
|